Obrzeża pośrodku (fragment)
Prezentujemy esej „Obrzeża pośrodku” autorstwa Báyò Akómoláfé ze zbioru o tym samym tytule, który ukazał się po polsku nakładem Wydawnictwa Współbycie w przekładzie Dawida Czecha. Dziękujemy za możliwość publikacji eseju i zachęcamy do zakupienia książki bezpośrednio ze strony wydawnictwa.
Obrzeża pośrodku
W wielu rdzennych społecznościach spoza zachodniego kręgu kulturowego szamańska chata stoi na peryferiach wioski, na samych marginesach życia – w nabożnej dali. Przechodzące obok dzieci przyspieszają kroku, a te, które przypatrują się samotnemu domostwu zbyt długo, narażają się na reprymendę rodziców.
Mogłoby się wydawać, że to bijące źródło lokalnej wspólnoty, tak kluczowe dla jej dobrostanu i rozwoju, powinno zajmować miejsce centralne, choćby ze względu na łatwość dostępu. Istnieją jednak dobre powody ku skrajnemu usytuowaniu domu znachora lub znachorki. Przede wszystkim do takiego przybytku należy wybierać się z najwyższym szacunkiem, nigdy pochopnie. Celem wizyty nie mogą być głupstwa ani plotki. Może to dlatego polinezyjskie słowo tapu, z którego wywodzi się słowo tabu, zawiera w sobie przestrogę dla suplikantów, by „zachowali ostrożność”. Odprawiane tam gusła mają ponadto charakter duchowej mediacji: znachorzy i znachorki czuwają nad nie-ludzkimi społecznościami nawiedzającymi żyjących. Utrzymanie równowagi, bez której trudno o stabilne i dostatnie życie, możliwe jest jedynie w miejscach, gdzie ludzkie nieprzerwanie prowadzi dialog z nie-ludzkim. Szamańskie praktyki wymagają zatem zdolności uważnego słuchania, dla której obrzeża zapewniają niezbędną estetykę i warunki symboliczne.
To społeczno-architektoniczne upodobanie znachorów i znachorek do peryferii można też wytłumaczyć inaczej. Obrzeża są powszechnie uważane, zwłaszcza w kulturach „prostoliniowych”, za miejsca osobliwe, gdzie wszystko nagle się urywa. Symbolizują granicę oddzielającą wnętrze od tego, co na zewnątrz; różnicę między p a nie p. Śmierć jest skrajem, za którym kończy się życie. Światło jest skrajem ciemności, prawda zaś – herezji. W kulturach „krzywoliniowych”, społecznościach nawykłych do kolistego myślenia o rzeczywistości, obrzeże jest nieodróżnialne od środka. Ponieważ świat to gęsto spleciona sieć współstawania się w cyklu życia i śmierci, nie sposób stwierdzić, gdzie ma on koniec, a gdzie początek – tak jak nie sposób wskazać punktu początkowego na okręgu. Poniekąd zawsze znajdujemy się pośrodku, w korowodzie intra-działających sił sprawczych, którego przejście mąci wygodne pojęcia źródła i ujścia. Jesteśmy palimpsestem wielu rękopisów, a własną ciągłość zawdzięczamy radykalnym rozłamom i nowym sojuszom, których ślady stwarzają warunki do naszego ucieleśnienia. Już teraz każdy najdrobniejszy gest jest kwestią ogromnej wagi, bo pociąga za sobą jedne fakty społeczne i historyczne, a odbiera znaczenie drugim. W tym świecie urzekających splątań, owych dziwacznych spotkań o nietypowych początkach – w świecie znachorów i znachorek – obrzeża to nie miejsce, gdzie wszystko się urywa, lecz miejsce, gdzie wszystko krzepnie i tężeje. Śmierć dla życia nie jest Innym, a ciemność nie jest kainowym bratem miłego bogu światła. Pod cienką warstewką ziemi skrywa się jeszcze troszkę nieba.
Tak właśnie należy rozumieć splątanie: nie jesteśmy wycofaną ze świata całostką, zamkniętą we własnych granicach. Nie obdarzono nas niezależnością. Gdy kierujemy się zasadami uładzonej moralności, gdy staramy się spojrzeć na całą tę gmatwaninę z zewnątrz, gdy próbujemy zdobyć się na szczerość – negujemy nasze ekstatyczne splątania z wielością. Kwiat nie zaczyna się od korzeni ani nie kończy na koniuszkach płatków; jest ciągłą intra-aktywnością (a nie interaktywnością, bo to sugerowałoby, że byty poprzedzają relacje) chmur, deszczu, słońca, tańczącego na wietrze pyłu i bacznej uwagi ogrodnika lub ogrodniczki, a do tego całej gamy barwnych istot i ekosystemów. W pewnym sensie żadne „byty” nie istnieją. Zbliżywszy się do obrzeży, docieramy zatem do krzepnącego środka, gdzie dzikie spotyka się z dzikim, a my sami – z Wszechświatem w pół drogi, świadomi własnej współzależności i współwyłaniania się wraz z „ruchami”, których nie kontrolujemy ani nie potrafimy sobie zjednać.
Być może stawiając chatę na krańcu wioski, rdzenni znachorzy i rdzenne znachorki pragną dać do zrozumienia sobie i nam wszystkim, że nie jesteśmy pępkiem niewysłowionego Wszechświata; zwrócić naszą uwagę na to, czego nie da się wyrazić słowami, bo te nie przypominają epistemologicznych lusterek, w których przeglądają się rzeczy same w sobie. Jesteśmy wprawdzie częścią płynnej złożoności świata, lecz nie jego pierwszymi poruszycielami ani jedynymi aktorami na scenie theatrum mundi. Daleko nam do utęsknionej apoteozy. Wszystkie ludzkie atrybuty – myślenie, sprawczość, wola, intencjonalność, kreatywność, podmiotowość – są w istocie performatywnymi cechami większego, zmiennego pola. Aby zrozumieć własne istnienie i wysnuć opowieści o świecie, musimy dotrzeć na skraj siebie, nachylić się ku obrzeżom pośrodku, ku niepojętym przestrzeniom, gdzie z sadzawek zapomnienia wyłaniają się zupełnie nowe paradygmaty.
Jakie to wszystko ma znaczenie? Skoro czytasz te słowa, osobo czytelnicza, zapewne mieszkasz na miejskim osiedlu o ulicach oznaczonych precyzyjnymi nazwami. Miasto nie ma wyraźnych obrzeży, a jego funkcje sprowadzone zostały do stosunków komercyjnych, które umniejszają znaczenie zażyłości umożliwiających uważne słuchanie – lub całkowicie je wykluczają. W mieście nie ma szamana ani szamanki. Mieszkańcy nie mogą liczyć na kosmiczne wstawiennictwo; nie ma komu przedstawić ich spraw przed nie-ludzkim trybunałem. Dlaczego powinniśmy zainteresować się obrzeżami, a najlepiej obrzeżami pośrodku? Moja odpowiedź jest prosta: bo to zmienia wszystko. Zmienia nasze pojmowanie sprawiedliwości społecznej; wyobrażenia o relacjach łączących nas z najpilniejszymi wyzwaniami naszych czasów; podejście do szkolnictwa i oczekiwania wobec systemów edukacji, a także to, jak dokonujemy własnego człowieczeństwa. Słowem, zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości.
A widzenie to ryzykowna inwestycja sił. Jest przemożnie polityczne, nawet jeśli nie uznajemy je za takie lub, nomen omen, tego nie dostrzegamy. Widzialność nie jest czysta ani niewinna, toteż wielu myślicieli i wiele myślicielek zwraca uwagę na „reżimy widzialności” – struktury konceptualne określające, co uzyska znaczenie, a co zostanie zeń odarte. Widzenie, obejmujące zarówno czynność zmysłową, jak i jej dyskursywne konotacje, to kwestia relacji władzy, olbrzymich projektów społecznych oraz rozproszenia sprawczości. Widzenie to światowanie (worlding) – wytwarzanie świata, jego odkrywanie, a zarazem odgradzanie. W oczach etnografa pragnącego zbadać obcą, górską społeczność zamieszkiwana przez nią góra może jawić się jako przeszkoda – hałda martwej materii stojąca mu na drodze – owa społeczność tymczasem może upatrywać w niej potężnego ducha, którego próbie etnograf musi wpierw sprostać.
Często wplątani jesteśmy w systemy wpajające nam, że należy odwracać wzrok od tego, co najbardziej domaga się naszej uwagi. Jesteśmy ustawicznie przyciągani do środka – struktur państwowych, tradycyjnych instytucji lub majętnych korporacyjnych fundatorów – by tam rozniecić w sobie kolejną żagiew nadziei. Kątem oka widzimy jednak, jak obrzeża marnieją, gnijące plony na polach wiecznego spustoszenia. Nowe technologie zachęcają nas do stabilnego uczestnictwa w niestabilnym świecie. Nasze palce, tańczące tango po czarnym parkiecie ekranu, dają nam niewyobrażalne dotąd możliwości przybliżania i oddalania perspektywy. Ta praktyka dostosowywania głębi widzenia podtrzymuje iluzję, że jesteśmy obwarowani. Ze swojej przyjaznej użytkownikowi kanapy snujemy fantastyczne wizje przyszłości, a gdy te się nie ziszczają, popadamy w syzyfową rutynę: raz za razem z polityczną determinacją wtaczamy głaz, by w rozpaczy patrzeć, jak spada w dół zbocza.
Znachorzy i znachorki wiedzą, że nadzieja oznacza wysiedlenie. Dotknąwszy Wszechświata, tracimy grunt pod nogami; przybywszy na miejsce, zostajemy rozerwani. Aby się narodzić, trzeba się odrodzić – i nie jest to przyjemny proces. Od dawna powtarzam, że „zstępujemy na ziemię, ale nie wyjdziemy z tego bez szwanku”. Tymi słowy chwytam się innego rodzaju nadziei, która podlega nieustannym przemianom, nie stroni od cieni ani rozwiązłości świata i wciąga nas w misterne arabeski sympojetycznej emergencji1. To nadzieja, która mąci, a zarazem wybawia.
Znaleźć w sobie taką nadzieję to znaleźć się na skraju, na obrzeżach życia. Tak uzyskujemy sanktuaryjny azyl w świecie cierpiącym na chroniczny niedobór świętości. Te kłopotliwe poszukiwania przynoszą także bardziej namacalny skutek: pozwalają nam zrozumieć cielesność widzenia; zachęcają nas do przyjrzenia się temu, co zwykle umyka naszej uwadze. Stajemy się dziwaczni, równie szaleni i sędziwi co sam świat. Stykamy się ze światotwórczymi praktykami wiatru i termitów, z uświęconą poezją pszczół i szpaków w murmuracji, odwagą gór i nastoletnim temperamentem mórz. Świat nabiera wyrazistości i wigoru. Przestajemy traktować wiedzę, mądrość i działanie jako rzeczy odrębne, niby samorodki rozrzucone po złotonośnym polu (czerpiemy z tego inspirację do podejmowania „nowych”, kolektywnych prób odszkolniania edukacji oraz tworzenia lokalnych platform do swawolnego współuczenia się).
W dobie fundamentalizmów, kolonialnych paradygmatów, zmęczonych polityków i udręczonej polityki, opustoszałych filantropijnych szkatuł, słabnącej wiary w establishment, bolesnych interpelacji, urażonych ambicji oraz jadowitych słów – warto rozważyć odwrót, wycofanie się do wnętrza sanktuarium, aby odpowiedzieć na zew obrzeży. Obrzeży pośrodku.
- Sympojeza (sympoiesis) – termin ukuty przez Beth Dempster, a rozpowszechniony w kręgach nowomaterialistycznych feministek przez Donnę Haraway. Filozofka odrzuca pogląd o całkowitej niezależności bytów i proponuje zastąpienie autopojezy, rozumianej przez nią jako samodzielne wytwarzanie się organizmu, pojęciem sympojezy, oznaczającej „współ-stawanie się” lub „bycie-z”. Zob. Jestem listotą. Donna J. Haraway w rozmowie z Thyrzą Nichols Goodeve, przeł. Aleksandra Derra, Wydawnictwo Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2023.
