​​Okrucieństwo rodziny i bezgraniczność troski

Najnowsza książka Sophie Lewis jest zarówno pewnego rodzaju kompendium różnych podejść do projektu zniesienia rodziny, jak i manifestem napisanym z pozycji gorliwej wyznawczyni tej idei. Jak sądzę, niewielka i przystępnie napisana pozycja może rezonować z czytelni(cz)kami niezależnie od kontekstu geopolitycznego. Weźmy na tapet choćby dwie przeciwstawiane sobie przez Lewis kategorie: granicę i nicość. Pierwsza jest semantyczną krewniaczką rodziny, którą Lewis chce „znieść”, a druga bezkształtną alternatywą, która ma ją zastąpić. Do rodziny, jaką znamy (nuklearnej i heteroseksualnej lub rozumianej jako kapitalistyczne państwo narodowe) przynależy się według określonych zasad – dziedziczenia lub kontraktu sankcjonowanego przez państwo (w formie małżeństwa czy nadania obywatelstwa). Kto zostaje z tak rozumianej – dla kontekstu dodajmy polskiej – rodziny wykluczony, wiemy aż za dobrze: urasowiony uchodźca, człowiek pozbawiony pracy i adresu, czy queerowy inny. Dlatego właśnie, jak zauważa Lewis w epilogu, nie jest wcale paradoksem, że straż graniczna rozdzielająca rodziny uchodźcze jest jak najbardziej prorodzinna: przemocą chroni nie tylko granicy państwa, ale także sankcjonowanej przynależnością do narodu rodziny. Funkcjonariusz WOT-u czy SG jednym gestem odmowy wstępu celebruje zarazem prawo krwi i prawo ziemi. Zanegowanie czyjegoś człowieczeństwa często zaczyna się właśnie od nierozpoznania lub zerwania jego więzi rodzinnych, które nagle okazują się arbitralne. W czyim zatem interesie leży zniesienie rodziny? I czym jest owo „nic”, które miałoby zastąpić skompromitowane więzi pokrewieństwa?

A kto nie chce obalić rodziny?

Jak się okazuje, za zwolenników zniesienia rodziny uznać można bardzo wielu. Po dość ostrej krytyce – wynikającej, jak sądzę, w dużej mierze z niezrozumienia – poprzedniej książki Lewis o surogactwie, autorka ostrożnie dobiera swoje sojuszniczki. Zaproponowana przez nią lektura istotnych dla myśli lewicowej tekstów uświadamia, że postulat zniesienia rodziny, choć nie zawsze formułowany wprost, pojawia się u wielu autorek od Aleksandry Kołłontaj po Donnę Haraway. Nie sposób wyczerpująco odnieść się do przywoływanych przez nią kontekstów, wymienię więc skrótowo choć kilka z nich. Wyjściowy i kluczowy jest dla Lewis czarny feminizm (m.in. dlatego, że zwolennicy idei zniesienia rodziny często oskarżani są o rasizm). Centralny dla jej analizy okazuje się krytykujący patriarchalną czarną rodzinę tekst Hortense Spillers z 1987 roku. Wspominając o niszczeniu (często w imię białej rodziny) więzi rodzinnych czarnych niewolników i ludności rdzennych, autorka wymienia rozmaite alternatywy tworzone przez ludności wysiedlane i zniewalane (np. ideę queerowego matkowania poza macierzyństwem Alexis Pauline Gumbs). Długą tradycję europejską reprezentuje m.in. utopijny socjalista Charles Fourier, domniemany twórca pojęcia feminizmu, orędownik seksualnego wyzwolenia kobiet (poprzez zniesienie rodziny). Tradycje antyrodzinnego marksizmu reprezentuje z kolei niezwykła postać komunistycznej aktywistki i partyjnej działaczki Aleksandry Kołłontaj, która w swoich odezwach i manifestach proklamowała „czerwoną miłość”, uspołecznioną i wykraczającą poza partykularyzmy więzów krwi i ziemi.

Lewis przywołuje też rewolucjonistów drugiej połowy XX wieku: pojawia się Shulamith Firestone i jej radykalny, wojujący z seksizmem i przemocą nuklearnej rodziny feminizm; antyrodzinny ruch queerowy, w ramach którego geje mieli zaopiekować się „nie swoimi” dziećmi po to, by kobiety mogły zmieniać świat; ruch Czarnej Siły (Black Power), którego bazą były świetlice-kantyny opierające się na uspołecznieniu opieki nad dziećmi i redystrybucji zasobów niezależnie od granic rodzin nuklearnych. Jak pisze Lewis, największym pechem w historii jest to, że te podobne sobie rewolucyjne praktyki, choć zbiegały się w czasie, nie rozpoznały siebie nawzajem w swoich postulatach i działaniach: „Sądzę, że gdyby gejowski abolicjonizm rodziny połączył siły z abolicjonizmem rodziny w rozumieniu postępowego feminizmu oraz ruchu Czarnej Siły, to wymyślona przez lesbijki zasada »matkowania przeciwko macierzyństwu« (Adrienne Rich) mogłaby zyskać nową, znoszącą różnicę płciową i rasową, moc”1. Choć konserwatywny backlash ukrócił starania rewolucji lat 60. i 70., to ich postulaty nigdy nie upadły. Trajektoria historii – powiązanie homoseksualności z pedofilią i AIDS, czy założenie, że potencjalnie przemocowa rodzina nuklearna stanowi jedyną możliwą podstawę tworzenia wspólnot – skutecznie utrudniła dalsze myślenie alternatyw. Także dzisiaj trudno jest rozróżnić między tym, co w rodzinie „dobre” i pożądane, a tym, co jest jej ideologicznym – kapitalistycznym i patriarchalnym – komponentem. Zdaniem Lewis, by lepiej zrozumieć, jak rodzinę znieść, nie wylewając zarazem dziecka z kąpielą, warto przyjrzeć się jednemu z ważniejszych dla heglowskiego marksizmu pojęć.

Aufhebung, czyli jak wymknąć się przemocy idei?

Nie bez powodu Lewis sięga do tradycji czarnych niewolników, by zrozumieć znaczenie niemieckiego Aufhebung. Jak zauważa, heglowski termin na angielski przetłumaczyć można jako positive supersession, czyli „pozytywne zastąpienie” (albo, za M. E. O’Brien, „pozytywne zniesienie”). Aufhebung, jak wiele innych niemieckich pojęć, zawiera w sobie różne, momentami sprzeczne idee: wyniesienie (sublimację), zniszczenie, zachowanie i radykalne przekształcenie. Zdaniem Lewis we wszystkich tych sensach Aufhebung realizuje się w momencie zniesienia niewolnictwa w USA – to wtedy bowiem po raz pierwszy słowo abolicja użyte zostało w sensie politycznego zniesienia jakiejś instytucji. W tejże logice rzeczywiste oblicze triady liberté égalité fraternité, ambiwalentnego dziedzictwa rewolucji francuskiej, ujawniła niedługo później rewolucja haitańska. Jak pisze Lewis: „ideał humanizmu, o którym trąbiła rewolucja francuska, został jednocześnie wyniesiony (uznany za słuszny), zniszczony (ujawnione zostało, że dotyczył tylko białych), zachowany (utrwalony na przyszłość) i przekształcony nie do poznania (zmuszono do włączenia w obręb jego obowiązywania tych, których pierwotnie wykluczał)”. Inaczej rzecz ujmując, neoliberalne pitolenie o byciu jedną wielką rodziną w rzeczywistości zdominowanej relacjami rynkowymi jest podobne oświeceniowemu ględzeniu o tym, że każdy jest wolny w gospodarce zorganizowanej wokół niewolnictwa i wyzysku. Model rodziny nuklearnej w istocie wprzęgnięty jest w karby kapitalizmu i kontynuuje pracę alienacji. Podług tej logiki praca reprodukcyjna ma załatwić się sama, a przemoc rynku łagodzi i ukrywa ideologia domowej enklawy – oczywiście dopóty, dopóki nas na taką enklawę stać.

Jak podkreśla Lewis, dominująca ideologia rodziny przesłania nie tylko smutną prawdę o tym, czym rodzina realnie często jest (przestrzenią przemocy i alienacji), ale także horyzont możliwości tego, czym może się stać. „Nie zrozumcie mnie źle – pisze Lewis – dostrzegam, że nasze quasi-uniwersalne pragnienie pokrewieństwa wyraża pragnienie opieki. Tym, co krytykuję, nie jest nasze zbiorowe pragnienie troski, lecz niewystarczalność środka, którym dysponujemy, by to pragnienie zrealizować”. W podobnym tonie o postulacie zniesienia rodziny – czyli jej radykalnym przekształceniu i odnowie – pisze M. E. O’Brien. W tekście pod tytułem „Uwspólnianie opieki”, który dzięki tłumaczeniu Michaliny Augusiak i Idy Ślęzak ukazał się po polsku, autorka zauważa, że „postulat zniesienia rodziny miał historycznie za zadanie pomóc wyobrazić sobie życie poza przymusową heteroseksualnością, jarzmem mizoginii i rodzinną przemocą”. Tak więc „zniesienie rodziny oznacza wyzwolenie naszej zdolności do opiekowania się sobą nawzajem w prawdziwie ludzki sposób”2. Zdaniem autorki, im bardziej dobrowolne więzi łączą członków rodziny, tym mniejszy towarzyszy im lęk przed otwarciem jej na całą społeczność, daniem wolności obecnym jej członkom, czy wpuszczeniem do niej nowych osób3. W tym kontekście nie dziwi kurczowe przywiązanie do idei katolickiej rodziny nuklearnej czy ciągłe piętnowanie i próby zakazywania rozwodów, antykoncepcji i aborcji. Jak wielu z nas pozostałoby w istniejących relacjach rodzinnych, gdyby okazało się, że można inaczej?

Odpuśćmy fantazję o nieprzygodnym

(…) obecnie, nawet gdy bywa konceptualizowane jako oparte na praktyce (jak to ma miejsce w wielu rdzennych kosmologiach), pokrewieństwo funkcjonuje jako językowe odwołanie do czegoś, co jest nieprzygodne i może ugruntowywać relacje. Moje pytanie brzmi zatem: czy możemy zawiesić tę fantazję o czymś nieprzygodnym? Czy możemy ją odpuścić?4

Z jednej strony wizja Lewis ma charakter rewolucyjno-utopijny, do czego autorka przyznaje się, pisząc, że z pewnością nie dożyje żadnej istotowej transformacji rodziny. Z drugiej strony interwencja niemiecko-brytyjskiej akademiczki stanowi opis rzeczywistości wielu z nas, dla których rodzina i tak nie działa – lub wręcz nie istnieje. Na kilkadziesiąt osób, dla których rodzina jest przezroczystą i wygodną oczywistością, czy wręcz rodzajem daru, znajdzie się co najmniej kilkanaście takich, dla których „prawdziwa” (biologiczna, genetyczna – można osuwać się coraz głębiej w absurdy esencjalizmu) rodzina jest czymś niezrozumiałym i niefunkcjonalnym. Wystarczy lekko zaburzyć dychotomię natura-kultura (intelektualną przewodniczką Lewis jest w końcu Haraway), by zorientować się, że pokrewieństwo krwi jest nie mniej arbitralne niż wybierane przyjaźnie i miłości, które wykraczają poza sztywno rozumiane struktury rodzinne (czy można ufać logice, w ramach której granice rodziny wyznacza nierozerwalna więź małżeńska?). Jak pisze Lewis, zniesienie rodziny to światotwórcze przedsięwzięcie (a world-building endeavour). Bo co właściwie znaczyłoby nie potrzebować rodziny? Co znaczyłoby dać wolność dzieciom jeszcze zanim będą musiały uwalniać się same poprzez terapię, samobójstwo, wyprowadzkę z domu rodzinnego, czy ucieczkę do innego miasta bądź  kraju? Oznaczałoby to między innymi życie w mniej okrutnym świecie, takim, w którym wartość przestaje ograniczać się do wartości rynkowej. Właśnie dlatego obalenie rodziny jest zamysłem rewolucyjnym: jeśli waloryzowana produkcja uzależniona jest od pozbawionej wartości reprodukcji, to przeformułowanie zasad rządzących zepchniętą do sfery prywatnej rodziny – podstawowej komórki ciała kanibala zwanego kapitalizmem5 – ma potencjał przekształcania pozostałych relacji społecznych. Parafrazując wspomnianą już O’Brien możemy bowiem stwierdzić, że radykalne zakwestionowanie rodziny nuklearnej jest warunkiem możliwości naruszenia cechującej ją szkodliwej i kontrrewolucyjnej logiki własności, mizoginii, heteronormatywności oraz dominacji. Ale chyba łatwiej wyobrazić sobie koniec kapitalizmu niż koniec rodziny, czy nie tak to szło?

Redakcja tekstu: Nadiia Janiczak

  1. Sophie Lewis, Abolish Family. A Manifesto for Care and Liberation, 2022, 52.
  2. E. O’Brien, „Uwspólnianie opieki”, tłum. Michalina Augusiak, Ida Ślęzak, Dialog 1(770) 2021, https://www.dialog-pismo.pl/w-numerach/uwspolnianie-opieki.
  3. Wizję alternatywnego modelu życia wspólnotowego O’Brien przedstawia za pomocą eksperymentu myślowego w formie wywiadu przeprowadzonego z obywatelką fikcyjnej komuny North Ironbound w Newark 24 czerwca 2069 roku. Zob. „Transkrypcja wywiadu z Kaylą Puan. Wywiad przeprowadzony przez M. E. O’Brien”, tłum. Michalina Augusiak, Ida Ślęzak, Dialog 1(770), 2021, https://www.dialog-pismo.pl/w-numerach/transkrypcja-wywiadu-z-kayla-puan.
  4. Sophie Lewis, Abolish Family, dz. cyt., 66.
  5. Por. Nancy Fraser, Cannibal Capitalism. How Our System Is Devouring Democracy, Care, and the Planet—and What We Can Do About It, 2022.

Komentarze

One thought on “​​Okrucieństwo rodziny i bezgraniczność troski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.