Aby zuniwersalizować filozofię trzeba otworzyć ją na myśl polską

Przełożony i opatrzony wprowadzeniem przez Piotra Paszkowskiego tekst Jaya L. Garfielda i Bryana W. Van Nordena pt. „Jeśli filozofia nie stanie się różnorodna nazwijmy ją po imieniu” podnosi bardzo słuszne hasło uniwersalizacji filozofii. Bez wątpienia obecnie filozofia jest anglo-europejską dziedziną poznania: zarówno w odniesieniu do historii filozofii, jak i w odniesieniu do aktualnych debat filozoficznych, mowa głównie o filozofach tworzących po angielsku i w niektórych innych językach europejskich. To ich podobizny stoją na filozoficznych ołtarzach, to im pali się kadzidła wykładów, seminariów,  artykułów, książek etc. Warto więc szukać także twórców z innych obszarów językowych, którzy mogą poszerzyć nasze horyzonty poznawcze. Co więcej, filozofia, jak zresztą każda praktyka poznawcza, jest dziedziną nie tylko poznania per se, lecz także dystrybucji prestiżu1. Każdy więc, kto zgadza się, że ideałem stosunków międzynarodowych byłaby maksymalna równość ludów i narodów, powinien zgodzić się też na to, żeby prestiż, także filozoficzny, dystrybuowano możliwie równo. Oczywiście, nie wzywam tu do kreowania wbrew faktom rzekomych osiągnięć filozoficznych. Nie, celowo piszę „możliwie równo”, by podkreślić, że filozofia tworzona w różnych obszarach językowych, etnicznych itd. nie musi być równie wartościowa i godna uwagi. Należy się starać jedynie wyrównywać te honory, których rozdystrybuowanie nie ma wartości jedynie merytorycznej, lecz także wynika z naturalnych zaburzeń perspektywy. Trudniej bowiem dostrzec tym, którzy rozdają filozoficzne honory, twórczość pisaną w rzadkich językach mało znanych krajów.

Jednakże warto zauważyć, że mamy do czynienia z tekstem napisanym przez dwóch zachodnich w wąskim tego słowa znaczeniu autorów, tekstem opublikowanym w języku angielskim, w jednym z najbardziej prestiżowych czasopism na świecie („New York Times”). Tak więc, jak intelektualni przodkowie Garfielda i Van Nordena mogli popełniać błąd perspektywy zanadto skupiając się na dziedzictwie filozofii grecko-, łacińsko-, anglo-, francusko-, niemiecko- i pewnie też włosko- i rosyjsko-języcznej, o tyle zwolennicy uniwersalizacji filozofii mogą popełnić ten błąd ponownie. I nie chodzi mi tu o argument, że w rewolucyjnym szale już w ogóle nie będzie się mówić o filozofii anglo-europejskiej, a jedynie azjatyckiej, afrykańskiej, indiańskiej i aborygeńskiej. Nie, nie posądzam ani Garfielda i Van Nordena, ani osób o podobnych poglądach o taki rewolucyjny szał. Obawiam się innego, o wiele subtelniejszego, ale przez to też łatwiejszego do popełnienia błędu.

Otóż, gdy Anglosas, Francuz, czy Niemiec myśli o niedocenionej filozofii nie-anglo-europejskiej wyobraża sobie Konfucjusza, Buddę i w ogóle Daleki Wschód; Awicennę, Awerroesa i w ogóle szeroko pojęty Bliski Wschód; do tego jeszcze myśl aborygeńską, afrykańską i indiańską. Kierując się więc jak najbardziej słusznym dążeniem do uniwersalizacji filozofii włączy – tak, jak postulują Garfield i Van Norden – do nauczania i nauki filozofii Azję, Afrykę oraz prekolonialne Amerykę i Australię. Jednak wykonując ten, zupełnie słuszny, ruch łatwo przeoczy on tradycje geograficznie bliższe, a pomijane  gdy mówi się o filozofii anglo-europejskiej. Obawiam się, że jeżeli słuszny postulat uniwersalizacji filozofii nie zostanie wykonany z odpowiednią ostrożnością i wrażliwością, doprowadzi on do utrzymania efemerycznego statusu polskiej tradycji filozoficznej.

Dlaczego? Słusznie po wielekroć diagnozuje się w różnych dziedzinach życia dominację postawy europocentrycznej. Tekst Garfielda i Van Nordena nie podnosi sprawy przyczyn tego stanu rzeczy. W moim przekonaniu jest to jednak konieczne, by móc stwierdzić, czym właściwie jest europocentryzm i na czym miałoby polegać jego zniesienie. Europa – mówi się słusznie – w XIX wieku skolonizowała większość świata, a nieliczne nieskolonizowane enklawy, jak Imperium Osmańskie, Persję, czy Chiny zmarginalizowała i podporządkowała sobie gospodarczo i kulturowo2. Kolonizacji dokonywała przemocą i podstępem, więc teraz powinna za to zapłacić. Jest to teza słuszna. Jednak pojawia się z nią kłopot, gdy trzeba dookreślić, kto jest, w podanym wyżej kontekście, Europą. Kim jest dłużnik, który ma płacić za kolonializm? Innymi słowy: kto rzeczywiście jest za kolonializm odpowiedzialny? Na pewno zgodzimy się, że nie można w identyfikacji tego podmiotu zbiorowego ograniczać się do kontynentu europejskiego. Stany Zjednoczone, Australia, do pewnego stopnia też Kanada oraz mniejszość anglo-burska w RPA też stanowią część tak rozumianej Europy. Jednak zadajmy inne pytanie: czy każdy kraj leżący na kontynencie europejskim jest byłym mocarstwem kolonialnym? Jestem skłonny się zgodzić, by na przykład Niemców i Włochów obciążyć odpowiedzialnością, mimo ich krótkiego romansu z kolonializmem, ze względu na silną integrację ich gospodarek z systemem kolonialnym tworzonym przez ich zachodnich sąsiadów i niewątpliwe czerpanie korzyści z koniunktury tworzonej przez zamorskie podboje i wymuszenia zachodnich odkrywców, konkwistadorów i żeglarzy. Jednak pomijając sprawę tych, których – zapewne z nadmierną złośliwością – można by nazwać paserami kolonializmu, pojawia się pytanie, co z nami. Co z nami, Albańczykami, Baskami, Białorusinami, Bośniakami (Boszniakami), Bułgarami, Chorwatami, Cyganami (Romami i ludem Sinti), Czechami, Estończykami, Finami, Grekami, Gruzinami, Irlandczykami, Islandczykami, Lapończykami, Litwinami, Łotyszami, Karaimami, Ormianami, Macedończykami, Serbami bałkańskimi i łużyckimi, Słowakami, Słoweńcami, Szkotami, Polakami, Tatarami, Ukraińcami, Węgrami, Wołochami (Mołdawianami i Rumunami), Żydami i wieloma innymi ludami? Co z, być może także, nami, Duńczykami, Norwegami, Szwedami, Turkami i innymi narodami?

Nie chcę tu wyznaczać ostrych granic między tymi, którzy korzystali z kolonializmu, i tymi, którzy temu procesowi się głównie przyglądali, bo nie przesądza to o istocie sprawy. Istotą sprawy jest, że rzesza ludów zamieszkująca gospodarcze obrzeża Europy nie jest odpowiedzialna za kolonializm. I, co najważniejsze, nie uczestniczyła w kolonialnym podziale łupów. Samo uczestnictwo w tym podziale nie gwarantuje jeszcze bogactwa. Jak pokazują przykłady Hiszpanii, Portugalii, Rosji i Turcji zagospodarowanie i zachowanie majątku zdobytego na podbojach i wyzysku obcych krajów też jest sztuką samą w sobie, którą nie każdy posiadł. Jednak my, Polacy, i nasi liczni sąsiedzi – mimo tego, że jesteśmy pełnoprawnymi Europejczykami – nie braliśmy udziału nawet w tym pierwszym, ekstensywnym etapie podziału łupów. Trzeba więc skonstatować, że słowo „Europa” jest co najmniej dwuznaczne. Czym innym jest Europa kolonizująca, czym innym jest Europa jako wspólnota kulturowa.

Jest sfera, w której dobrze tę różnicę widać, inna od sfery gospodarczej. Jest nią już wzmiankowany prestiż. Często twierdzi się, że wiek XIX to czas tworzenia narodów. Uważam, że to błędne uogólnienie, dotyczące tylko niektórych ludów. Niemniej istotnie ten niezwykle ważny w dziejach świata wiek był także brzemienny w skutkach dla tożsamości narodowych. Był to bowiem czas, w którym, poprzez coraz bardziej powszechną edukację i profesjonalizującą się naukę (powstanie klasy naukowców i uczonych, systemu szkolnictwa wyższego, wielu, jeżeli nie większości, kryteriów rzetelności i poprawności naukowej etc.) tworzyły się i utrwalały prawdziwe i fałszywe stereotypy dotyczące różnych krajów i narodów. Tworzono wówczas i rozpowszechniano kanony. Kanony nauk, sztuk, kultur, może też religii. Miliony dzieci, młodych ludzi i dorosłych uczyło się w różnych formach o wielkich świętych i błogosławionych, o artystach, filozofach i uczonych, o odkrywcach i wynalazcach, o mężach stanu, reformatorach i wodzach, których wydał każdy naród i którzy mają wyrażać jego charakter. Był to proces pierwotnej akumulacji prestiżu. Należy odnieść się z szacunkiem i wdzięcznością do tych licznych, ale pozbawionych instytucji i poparcia państwa, propagatorach polskiej kultury, którzy dbali o narodowe ołtarze i o to, by przynajmniej Polacy byli świadomi swojego wkładu w dzieje świata. Jednak siłą rzeczy nasza możliwość oddziaływania na świadomość globalną była minimalna i do dziś borykamy się z konsekwencjami naszego wykluczenia z tego procesu.

Występuję tu więc w imieniu tej Europy, która jak Polska, nie miała szansy na zaistnienie w tym – tylko w pewnym tego słowa znaczeniu – europocentrycznym świecie. Nie było nam dane nawet na chwile pobyć w tej Europie, której kultura stanowi centrum kultury światowej. Dlatego nagłe przesunięcie w kierunku nie-europejskich tradycji filozoficznych grozi nam powtórnym zapomnieniem o naszej filozofii. Najpierw nasza filozofia była uważana za nie dość europejską, teraz grozi jej, że zostanie uznana za zbyt europejską.

Widać to moim zdaniem dobrze na przykładach marginalizowanych nie-europejskich filozofów, podawanych przez Garfielda i Van Nordena. Awicenna i Awerroes, Frantz Fanon i Konfucjusz – z pewnością mówi się o nich za mało, studiuje się ich zbyt mało dokładnie. Ale czy zdarzy się spotkać jakiegoś współczesnego absolwenta filozofii, który nie znałby tych nazwisk? Myślę, że zapytany dopowiedziałby wręcz jeszcze: Al-Farabi, Budda, Laozi (Lao Tsy), Mani, Mencjusz, Sun Zi (Sun Tzu), Zaratusztra. Wiele osób, które kończyły filozofię w PRL lub w latach 90. będzie zapewne zdziwionych tym, co napiszę, ale jestem niemal pewny, że większość współczesnych absolwentów filozofii poza UAM nie zna Znamierowskiego, poza UJ – Ingardena, poza UŁ – Kotarbińskiego, poza UMK – Elzenberga, poza UW – Ajdukiewicza i Twardowskiego. Co więcej, jeśli zapytamy o wielkich twórców polskiej filozofii, takich, jak August Cieszkowski, Karol Libelt i Bronisław Ferdynand Trentowski – mało kto będzie kojarzył te nazwiska, niewiele osób będzie je umiało wymienić, a prawie nikt nie będzie w stanie podać choć jednej ich ważnej tezy.

Nie winię za to absolwentów filozofii; ilość materiału, którą trzeba opanować, by skończyć te studia, oraz własne rozważania potrzebne do napisania dwóch rozpraw dyplomowych (licencjackiej i magisterskiej) pozostawiają mało czasu na zgłębianie historii filozofii polskiej. Nie winię też za to szkolnych czy uniwersyteckich nauczycieli filozofii; doprawdy trudno jest zgromadzić pełną historyczną wiedzę już nawet o pierwszorzędnych twórcach filozofii; trzeba się zawsze kiedyś zatrzymać na tworzeniu swojego prywatnego kanonu, a wielkich filozofów zagranicznych jest bez liku. Nie szukam winnych. Chcę tylko wskazać problem i zadanie: nasza wybitna filozofia jest niemal kompletnie zapomniana. Ona też jest godna upamiętnienia i ożywienia w ramach uniwersalizowania filozofii.

  1. Domyślam się, że ten bardzo celny termin ma autora, ale nie udało mi się go znaleźć. Będę bardzo wdzięczny za informacje na ten temat, bym mógł odnotować i przytaczać jego nazwisko.
  2. Swoją drogą, wskazanie apogeum kolonializmu europejskiego nie jest wcale sprawą prostą. Przed rewolucją amerykańską XVIII wieczna Europa opanowała ogromny obszar niemal całych obu Ameryk. Można jednak przyjąć, że kolonizacja Ameryk wywarła tak nieodwracalny skutek na tożsamości tego wielkiego kontynentu, że mimo wywalczenia sobie niepodległości znajdujące się na nim państwa bądź stały się częścią podmiotu kolonizującego (jak Stany Zjednoczone), bądź nadal podlegają kolonialnej zależności (jak wiele jeśli nie wszystkie państwa Ameryki Łacińskiej). W wieku XIX, w którym dominacja Europy nad światem była chyba najwyraźniejsza, proces kolonizacji nadal trwał. Lata 20., 30. i 40. XX w. stanowią apogeum kolonizacji Azji i Afryki ze względu na rozpad Imperium Osmańskiego i przekształcenie jego posiadłości w państwa zależne od mocarstw europejskich, a także podboje kolonialne Włoch w Libii i Etiopii. Jednak na te same lata przypada modernizacja i emancypacja Chin oraz rozwój potęgi Japonii, mającej szanse stać się głównym mocarstwem azjatyckim. Upadek tego projektu zaś łączy się czasowo z powstaniem potężnych ruchów narodowowyzwoleńczych, które błyskawicznie doprowadziły do zupełnego upadku systemu kolonialnego.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *