Zbiornik i cyrkulacja

There are texts, and that is all

Michel Serres

Czy nie jest tak, że każda próba poważniejszej odnowy myśli wiąże się ze zmianą w sposobie czytania tekstów, z wypracowaniem nieznanego wcześniej trybu ich lektury? Jeśli trudno byłoby uznać tę zależność za jakieś prawo uniwersalne, to jednak pozostaje faktem, że w wieku XX pojawiała się ona z uderzającą regularnością. Wszyscy ci, którzy usiłowali wówczas popchnąć myśl na nowe tory, którzy chcieli do niej wpuścić trochę świeżego powietrza, wiedzieli doskonale, że nieodzownym ku temu warunkiem jest swoista kreatywność w podejściu do tekstu. Pomyślmy o strukturalizmie Lévi-Straussa i jego lekturze mitów, pomyślmy o Barcie i jego S / Z, pomyślmy o Deleuzie i jego książkach z historii filozofii, pomyślmy o archeologii Foucaulta, o tym, jak czyta on w Słowach i rzeczach dzieła z epoki klasycznej, pomyślmy o Derridzie, Dumézilu, pracach Blanchota, Vernanta, Serres’a… W każdym przypadku odmienna metoda, odmienna filozofia lektury – odmienna przynajmniej od perspektywy tradycyjnej, od egzegezy tekstu, od jego interpretacji. Można by nawet pokusić się o sporządzenie katalogu wszystkich najważniejszych modeli, jakie w tym zakresie wypracowało minione stulecie: lektura strukturalistyczna, dekonstruktywistyczna, archeologiczna, immanentna itd.

Jeżeli dzisiaj, w kontakcie z obecnie powstającymi formami dyskursu filozoficznego, krytycznego, społecznego czy humanistycznego, ogarnia nas coraz częściej uczucie rosnącego znużenia, a niekiedy wręcz nudy – wypływające bez wątpienia z ich przewidywalnego charakter1 – to dzieje się tak również za sprawą aktualnego uwiądu w dziedzinie budowania heterodoksyjnych relacji z czytanym dziełem. I nie mam tu wyłącznie na uwadze – i nawet nie w pierwszym rzędzie – wszelkiej maści „możliwie wiernych” monografii myśli bądź twórczości danego autora, lecz także, po pierwsze, cały zbiór klasycznych technik mobilizujących i zestawiających w pisanym tekście różne cytaty i parafrazowane fragmenty w celach argumentacyjnych, erudycyjnych, ilustracyjnych; po drugie, dostrzeganie w śledzonym i wykorzystywanie we własnym wywodzie takich przede wszystkim jednostek jak „idee”, „twierdzenia”, „opinie” oraz takich stosunków jak „wpływ”, „inspiracje”, „pokrewieństwo”, ale też „sprzeczność”, „opozycja”, „niezgodność”; po trzecie, postępującą ślepotę na całą gamę innych elementów i relacji dających się pośrednio rekonstruować w szeroko pojętej przestrzeni dyskursu. Innymi słowy, dwudziestowieczne fałdy zostały wygładzone i tekst na powrót stał się doskonale czytelną płaszczyzną, gdzie bez większych przeszkód artykułują się autorskie myśli, zamiary, odkrycia, marzenia. Nic prostszego, nic bardziej zrozumiałego, nic bardziej przezroczystego niż czytany tekst – zdają się dziś mówić nie tyle bezpośrednio wyrażane sądy (na tym poziomie oczywiście wiemy, że chodzi o skomplikowaną wewnętrznie strukturę, o gęstą intertekstualną sieć, o złożoną morfologicznie całość itd.), ile efekty faktycznej lektury, przejawiające się na rozmaite sposoby nawet w pisarstwie tych, którzy uchodzą obecnie za przedstawicieli najbardziej, mogłoby się zdawać, awangardowych nurtów intelektualnych. Tym, czego nam z pewnością brakuje, jest duch inwencji w bibliotecznych salach, wiara w siłę fikcji2, gdy przebiegamy wzrokiem po otwartej książce.

Aby nie być gołosłownym i nie poprzestać na mało znaczących deklaracjach czy postulatach, lepiej możliwie szybko przejść do rzeczy, pokazując na konkretnym przykładzie, jak taka twórcza lektura może wyglądać w praktyce i jakie odświeżające efekty w odbiorze tekstów (czy szerzej: tworów kultury) może wywołać. Nie wystarczy jednak w tym celu przeanalizować jakiś nietypowy akt odczytania zaistniały w przeszłości, ponieważ wówczas ugrzęźlibyśmy na powrót w miejscu, które chcemy właśnie opuścić. Ograniczając się bowiem do prezentacji czyjegoś dokonania w zajmującym nas tu obszarze, otrzymalibyśmy tradycyjną lekturę lektury nietradycyjnej, czyli uprawialibyśmy to, z czym – zgodnie z zapowiedziami – nie zamierzamy się identyfikować. Tego rodzaju sytuację retoryka określa mianem autofagii i naraża ona mówcę (bądź piszącego) na zarzut retorsji. Nie wierzymy może aż tak bardzo w retorykę, ale w rygor i konsekwencję rozwijanej myśli – nieodmiennie. No i chodzi przede wszystkim o to, aby nie nudzić…

Plan jest więc następujący. Najpierw przybliżymy pewien dziewiętnastowieczny tekst na sposób tradycyjny, to znaczy zgodny z powszechnym i mimowolnym oczekiwaniem, które rodzi się wówczas, kiedy czytelnik nie zna danego dzieła i chce się z nim pokrótce zapoznać. Następnie, również w trybie tradycyjnym, przyjrzymy się drugiemu tekstowi, który jest zaskakującym, niekonwencjonalnym odczytaniem tekstu pierwszego. Uzyskamy w ten sposób możliwość ukazania głębi różnicy między ortodoksyjnym i nieortodoksyjnym ujęciem tej samej pracy. Równocześnie będzie to przygotowanie do etapu trzeciego, w którym dokonamy swoistego przedłużenia logiki lektury obecnej w tekście drugim, aby zgodnie z tkwiącym w niej założeniem wyzwolić jej twórcze możliwości wobec innych tekstów. W sumie zatem – jakiś ruch, przemieszczenie, moment wyjścia.

– Morze –

Zapowiadanym tekstem referencyjnym jest wydane po raz pierwszy w 1861 roku Morze Jules’a Micheleta. Autora bez wątpienia przedstawiać nie trzeba, wspomniane dzieło jednak, choćby ze względu na brak polskiego przekładu, nie jest u nas szerzej znane. Micheleta kojarzymy przede wszystkim z pracami historycznymi – z Historią Francji, z Czarownicą – rzadko się natomiast wspomina, że stworzył on również cykl utworów poświęconych zjawiskom naturalnym, przyrodzie. Owad, Góry, Ptak – tytuły poszczególnych części cyklu jednoznacznie wskazują, o jakie fenomeny chodzi. Podobnie jest z Morzem.

Na tym jednak jednoznaczności się kończą. Michelet pisze o „morzu” – ale w jaki sposób? Z jakiej perspektywy? Jakiego rodzaju wiedzę otrzymujemy dzięki tej książce? Czym konkretnie zajmuje się w niej Michelet? Na żadne z tych pytań nie ma prostej odpowiedzi. Opowieść zaczyna się od ewokacji pierwotnych doznań, myśli i wrażeń, jakie wywołuje i wywoływał w ludziach bliski kontakt z morzem. Któż z nas, przybywających nad morski brzeg z głębi lądu, nie doświadczył dziwnego uczucia strachu i fascynacji, stając naprzeciw tego tajemniczego żywiołu? I czy podobna reakcja nie łączy nas ponad czasem z archaicznymi ludami? Cywilizacje wschodnie widziały w niespokojnych wodach „nocną otchłań”, a „we wszystkich dawnych językach, od Indii po Irlandię, synonimem bądź odpowiednikiem słowa morze były noc i pustynia”. Chęć zgłębienia morskiej tajemnicy nie kazała jednak długo na siebie czekać. „Najodważniejsi żeglarze, Fenicjanie i Kartagińczycy […] przemierzyli Morze Śródziemne, rzucili się na wielkie wody, choć szybko musieli się na nich zatrzymać”3. Początek mógłby zatem sugerować jakąś romantyczną, literacką z ducha historię o stopniowym opanowywaniu przez człowieka morskich przestrzeni. Poziomy opowieści zaczynają się jednak szybko mnożyć. Do wymiaru poetyckiego niemal natychmiast dołącza wymiar wiedzy naukowej. Korzystając z rodzącej się wówczas oceanografii, ze współczesnej mu biologii, chemii, geografii, a nawet astronomii, Michelet mówi o cyrkulacji wód w obrębie systemu prądów morskich, o wulkanicznych strefach na Pacyfiku i Atlantyku, o różnicach w zasoleniu i ich życiodajnych efektach, o faunie i florze, o burzach, sztormach i huraganach. Padają nazwiska Maury’ego, Lamarcka, Rittera, Humboldta… Oba wymiary ściśle się ze sobą splatają, naukowe twierdzenia, z których korzysta Michelet, uwydatniają jedynie liryzm morza. Kiedy pisze on na przykład o wpływie ciał niebieskich na ruchy wód, pojawiają się metafory tchnienia, tęsknoty, miłosnego przyciągania, przyjacielskiej rozmowy4. Morze ma swój puls, oddech, język, własną osobowość. Do tych poetyckich refleksji i naukowych wywodów dołącza w pewnym momencie trzeci, dużo bardziej przyziemny rejestr, który wyznaczają osobiste reminiscencje autora. Jako świadek potężnej burzy na północnym wybrzeżu Francji z października 1859 roku Michelet poświęca jej osobny rozdział. W części na temat systemu morskich latarń opisuje słynną latarnię Corduan, w pobliżu której przez sześć miesięcy mieszkał. Mnożą się jednak nie tylko poziomy opisu, ale też funkcje samych wypowiedzi, które z deskryptywnych nierzadko przechodzą w preskryptywne. Tak jest choćby wówczas, gdy Michelet formułuje postulaty, jak to byśmy dziś nazwali, proekologiczne, domagając się stworzenia na wzór praw człowieka i obywatela międzynarodowego zbioru zasad mających zastosowanie do wszystkich mórz i regulujących na nich stosunki między ludźmi a zwierzętam5. Tak jest również w przypadku zaleceń zdrowotnych i higienicznych, jakie autor kieruje pod adresem bladych i zmizerowanych mieszczan: „A Pani, młoda chorowita damo, która bez najmniejszej skargi powoli umiera, niknie w oczach i – któż tego nie widzi? – opuszcza samą siebie… Tymczasem wzmacniająca siła, zdrowotna ożywczość, która tonizuje najmniejszą żywą tkankę, znajduje się po trzykroć właśnie nad morzem”6.

Już nawet ten bardzo pobieżny przegląd zagadnień obecnych w książce Micheleta wskazuje na trudności z jej gatunkowym zaklasyfikowaniem. Oczywiście, jest to swoisty hołd złożony morzu, ale czy mamy tutaj do czynienia z dziełem literackim? popularno-naukowym? luźną eseistyczną refleksją? Problem w gruncie rzeczy pozorny, ale sygnalizuje, że zjawisko tak zwanych zmąconych gatunków, mających jakoby charakteryzować naszą „postmodernistyczną” epokę, zostało przez niektórych błędnie odczytane. To raczej sztywne granice i podziały dyskursywnych form mają charakter lokalny, z trudem podtrzymywany i o tyle nietrwały, natomiast czymś jak najbardziej naturalnym, samorzutnym jest współobecność w jednym dziele tonacji i treści, które z punktu widzenia różnych ideologicznych klasyfikacji uznajemy za niewspółmierne bądź heterogeniczne. Żywioł pisania bez większych problemów osiąga fazę ciekłą, przenikając przez rozmaite prowizoryczne przepierzenia. Dzieło Micheleta przypomina pod tym względem samo morze, którego fale oraz głębinowe ruchy unoszą elementy pochodzące z różnych miejsc, pozwalając im się spotkać w jednym wielobarwnym świecie.

– Zupa –

Nieco ponad sto lat później na Micheletowe Morze – na Micheletowe morze – wyprawił się Michel Serres, aby pod powierzchnią anegdoty i patosu dostrzec w głębi książki, jak gdyby na jej strukturalnym dnie, trudne do przebrania filozoficzne, naukowe i analityczne bogactwa: ogólną gnoseologię, zarys naturalistycznej koncepcji początków wiedzy, epistemologię praktyk naukowych opartą na wszystkich dziedzinach encyklopedii, filogenezę i ontogenezę… Lektura Morza, jaką znajdujemy w dosłownie kilkustronicowym artykule zatytułowanym Michelet: The Soup7, jest zadziwiająca. Serres dodatkowo zastrzega, że strategie wykorzystane przez niego do odczytania tekstu obecne są w samym tekście, że to sam przedmiot wyjaśnienia objaśnia zbiór metod mających go . Można by tu zatem mówić o lekturze ściśle immanentnej. Ale po kolei.

Naczelną ideą filozoficzną Morza, twierdzi Serres, jest dziewiętnastowieczny wariant hylozoizmu, a więc koncepcji, wedle której materia ma charakter ożywiony. Ta stara doktryna powraca w dziele Micheleta jako efekt połączenia dwóch funkcjonujących ówcześnie teorii: niemieckiego neptunizmu oraz francuskiej heterogenii. Zgodnie z neptunizmem morze to pierwotna zupa, die Ur-Suppe, z której wyłoniły się wszystkie obiekty naturalne; z kolei heterogenia głosiła pogląd, że istoty żywe rodzą się z materii, i to w sposób spontaniczny. Stąd idea, wedle której „morska mieszanina, pierwotny płynny stan, jest źródłowym stanem życia. […] Morze to matka: la Mer, c’est la mère8. W referencyjnym tekście śladów takiego sposobu myślenia o morzu jest wiele i nie przyjmują one wyłącznie formy poetyckich metafor, choć na przykład to ostatnie porównanie Serres’a stanowi niemal dosłowne powtórzenie frazy z oryginału9. O wiele bardziej znaczące są natomiast nawiązania Micheleta do współczesnego mu stanu wiedzy. W rozdziale zatytułowanym Morze Mleczne (tak jak mówi się o Drodze Mlecznej) Michelet zastanawia się nad tajemniczym śluzem obecnym w morskiej wodzie: „Nawet najczystsza woda morska – daleko od lądu, z niczym niezmieszana – jest lekko biaława i lepka. […] Czym jest ten morski śluz?  Czy nie jest to uniwersalny pierwiastek życia? Zaprzątnięty takimi pytaniami udałem się do słynnego chemika […] i ex abrupto zapytałem go: ‘Czym jest pańskim zdaniem ta biaława, lepka substancja, którą zawiera w sobie woda morska?’ ‘Niczym innym jak samym życiem’ – odpowiedział”10.

Morze to zatem zbiornik wypełniony życiodajnym mlekiem, prebiotyczna zupa, z której – wracamy do lektury Serres’a – wyłaniają się kolejne zorganizowane formy życia: plankton, koralowce, mięczaki, ryby, ssaki, wieloryby, syreny (manaty). Porządek genezy istot żywych jest całkowicie nieprzypadkowy, ponieważ jej ostatni element – manat – zamyka cykl: u wieloryba gruczoł sutkowy wciąż znajduje się u dołu tułowia, tymczasem manat ma go, tak jak zwierzęta wodno-lądowe (foki, morsy itd.), na piersi. Stąd, jak pisze Michelet, wraz z syrenami pojawia się „cień kobiety”, zapowiedź nowego stosunku samicy do dziecka, nowej formy matczynej opiekuńczości11. Gdyby – dodaje Serres – zatrzymać się na wielorybie, cykl byłby niedoskonały; doskonały staje się wraz z syreną, dopiero wtedy bowiem prawdziwa „matka [syrena] rodzi się z matki [morza]”12. W tym sensie nie chodzi tu o linearny łańcuch bytów, lecz o opis spiralnej reprodukcji odwiecznej kobiecości. Albo inaczej: pod fenotypicznym rozwojem istot żywych Michelet poszukuje niezmiennego genotypu rozrodczości.

Cyrkularna natura genetycznego ruchu przejawia się również w innych sferach, chociażby w procesie powstawania nowych lądów z raf koralowych. Taki jest właśnie ogólny cel Ziemi, jej nieustannego wysiłku: przekształcić, wytworzyć, zreprodukować.

Pojawia się następujący problem: jak ta praca przebiega? W jaki sposób morze, pierwotna zupa, wytwarza ów cykliczny łańcuch, to znaczy genetyczne inwarianty? Michelet, zdaniem Serres’a, poszukuje odpowiedzi na to pytanie we wszystkich dziedzinach wiedzy składających się na encyklopedię (w sensie systemu nauk), która również – zgodnie z etymologią, ale nie tylko – tworzy pewien krąg, jest cyklem. Dla filozofa wywodzącego źródła wiedzy ze zjawisk naturalnych i podejmującego kwestię ogólnej komunikacji między formami – niezależnie od tego, do jakiego „porządku” (zawsze wtórnego) one należą – izomorfizm między cyklicznością morskich genez a cyklicznością zbioru dyscyplin starających się je rozjaśnić jest jak najbardziej znaczący (wrócimy jeszcze do tego).

Serres zwraca najpierw uwagę na pojęcia zaczerpnięte przez Micheleta z geometrii. Ziemia to w pierwszym rzędzie system okręgów, system sferyczny: najważniejsze jest koło równikowe oraz dwa kręgi wulkanów, jeden rozciągający się we wschodniej części świata (od Japonii po Kordyliery) oraz drugi, analogiczny, na Atlantyku13. Każde z tych kół posiada wyróżnione punkty. Na równiku są to obszary kondensowania się gorącej wody i powietrza, hot points, najcieplejsze i najgęstsze miejsca na planecie. Z kolei dwa wulkaniczne kręgi, których środki zlokalizowane są na kole równikowym, przecinają je w dwóch punktach (nieopodal wysp karaibskich i na północ od Jawy). Skrzyżowania te to „centra świata” i „geometrycznie można je określić jako maxima maximorum14.

Geometria zarysowuje krawędzie gara, w którym warzy się morska zupa. Jak każda zupa, również i ta jest pewną mieszaniną, którą uzyskuje się poprzez ruch. W przypadku morza chodzi o dwa jego podstawowe typy – ruchy horyzontalne i wertykalne – opisywane przez mechanikę. Te pierwsze to prądy morskie i pływy, zależne częściowo od astronomicznych oddziaływań i podpadające pod tzw. prawo Chazallona, które mówiło o związku morskiego falowania z ruchem wibrujących strun, a jednocześnie opierało się na Eulerowskiej koncepcji form sinusoidalnych. Ruchy wertykalne to natomiast – jak mówi Michelet – morskie spazmy, a więc burze, cyklony, huragany, trąby powietrzne. Również i one podpadają pod pewne prawo – prawo burz stworzone przez Maury’ego – wskazujące na ich cyrkularny charakter: „Burze i cyklony, które same są spiralami, kręgami kręgów15, wpisują się w ruch okrężny. Na półkuli północnej posuwają się lewoskrętnie, a na półkuli południowej prawoskrętnie”16.

I tak Serres przechodzi przez kolejne dziewiętnastowieczne dziedziny nauki, których hipotezy i ustalenia odnajduje w opowieści Micheleta: mamy więc barologię, naukę o elektryczności, termodynamikę, chemię, wreszcie biologię, która przez pojęcie mlecznych dróg powraca do astronomii i zamyka encyklopedyczny krąg. Każda z nich w odmienny, choć zarazem komplementarny sposób tłumaczy zasadę ruchów zachodzących w i na morzu. Barologia wskazuje na różnice w ciśnieniu między obszarami rozkładającymi się wzdłuż równika jako przyczyny powstawania stałych wiatrów. Ówczesna elektrologia (w terminologii Comte’a) podkreśla, że trąby powietrzne są przede wszystkim wywoływane przez kłębowisko chmur wypełnionych elektrycznością. Termodynamikę Michelet wykorzystuje do zrozumienia prądów morskich, które płyną od gorącego do zimnego źródła. Chemia kładzie nacisk na różnice w zasoleniu, a biologia dostarcza pojęć organicznych (pulsacja, pompa, krążenie itd.). Druga istotna rzecz polega na tym, że ruchy te zawsze przyjmują formę cyrkularną, i to podwójnie, tworząc – jak to ujmuje Serres – cykle cykli, kręgi kręgów. Krążą cyklicznie wiatry, ciepłe i zimne wody, trąby powietrzne, prąd elektryczny, sole mineralne, życiodajny śluz itd. Analogicznie, świat jest kolejno maszyną statyczną, maszyną dynamiczną, silnikiem elektrycznym, silnikiem parowym, pracownią chemiczną, wreszcie organizmem. I takiej samej deklinacji podlegają centralne punkty Ziemi, owe maxima maximorum, zlokalizowane na równiku: bieguny wysokiego i niskiego ciśnienia, źródła gorącej i zimnej wody, pozytywny i negatywny biegun elektryczny, miejsca o największym stężeniu soli mineralnych, serca pompujące morską krew itd. Żadna perspektywa nie wyklucza drugiej, wszystko spina hylozoizm: „Czym jest hylozoizm, jeśli nie mechanicyzmem połączonym z witalizmem w syntezie, w której nie ma żadnych luk? […] Dla Micheleta synteza ta jest uzasadniona przez sukcesję obszarów wiedzy w obrębie encyklopedii”17.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym ostatnim zdaniu, a ściślej: przy sugerowanym przez nie związku między teorią natury a teorią wiedzy. Według Serres’a Morze to książka mówiąca nie tylko o historii naturalnej tout court, ale również o historii naturalnej nauki. Innymi słowy, Michelet przedstawia zarówno genezę bytu, jak i strukturalnie jej odpowiadającą, a zarazem wynikającą z niej genezę nauki. Geometryczne schematy nie powstały w ludzkiej głowie, lecz są naturalnymi formami rzeczywistego świata. Termodynamiczne zasady opisane przez Carnota od dawna funkcjonowały w morskich głębinach. Podobnie reakcje syntezy i rozkładu badane przez chemię. W efekcie można powiedzieć, że „natura jest źródłem samowiedzy, z niej samej wywodzi się nauka o naturze”18.

Rozumiemy doskonale, dlaczego Serres uwypukla ten wątek i dlaczego – ogólnie rzecz biorąc – Michelet jest mu bliski. W okresie, gdy wszyscy wyzbywali się naiwnej wiary w świat wolny od kategorialnych zapośredniczeń umysłu, gdy wymazywano pojęcie natury bądź wpisywano ją we wszechogarniającą domenę kultury, gdy koniec końców rządy obejmował zradykalizowany kantyzm, Serres szedł dokładnie w odwrotnym kierunku, naturalizując samą wiedzę, naukę i poznanie, jednak nie w tym sensie, że byłyby to naturalne zdolności i wytwory człowieka, lecz – o wiele bardziej radykalnie – że istniały one przed człowiekiem, że istnieją niezależnie od jego umysłu i postrzeżeń, niezależnie od ludzkiego podmiotu.

Tę, zdawałoby się, fantastyczną, niemożliwą do utrzymania koncepcję wiedzy i poznania Serres ugruntowuje empirycznie w innych rozważaniach, nad źródłami geometrii, dla zrozumienia których elementem fundamentalnym jest gnomon – ujmowany nie tyle jako zegar słoneczny, co jako niezależne obserwatorium astronomiczne i automat wykreślający geometryczny model świata. Pionowo sterczący obiekt – kij, słup, kamień – dzień po dniu zostawia na ziemi ślady, rysuje linie, koła, punkty. Nie ma tu miejsca na żaden podmiot, a mimo to jest abstrakcja, teoria, informacja – poznanie:

Informację odbierają gnomon i płaszczyzna rzutu, nie oko. Obiektywny receptor, oś i znaki ustąpią kiedyś miejsca zmysłowemu ciału, ale najpierw to one je zajmują. […] W diagramie Słońca, promieni, osi i zapisu na ziemi nie ma miejsca dla oka, ani dla czegoś, co można by nazwać punktem widzenia. Teoria jest jednak obecna. Dokładny bądź przybliżony (czasem też precyzyjny) pomiar, abstrakcyjna redukcja, wyszukane przejście od bryły do południka, od południka do linii, od linii do punktu, geometryczny model świata – wszystko to zarysowuje się bez interwencji organów, funkcji czy zdolności. Świat daje się widzieć światu, który go widzi – oto sens słowa teoria. Więcej: rzecz – gnomon – wkracza w świat, aby mógł on na samym sobie odczytać zapis, który na sobie zostawia. […] W sensie dosłownym gnomon jest inteligentny, ponieważ pośród tysięcy sytuacji gromadzi tylko niektóre, to znaczy rozróżnia, pojmuje. Jako receptor bierny widzi światło, jako aktywny – zapisuje na płaszczyźnie krajką cienia, jako teoretyczny – ukazuje model nieba. Aby ponownie odnaleźć dostęp do tej, tak!, automatycznej nauki, do tej sztucznej inteligencji, musimy zapomnieć o wszystkich filozoficznych przesądach ulotnej nowożytności19.

Nowożytna epistemologia – człowiek w centrum wszechświata, podmiot w centrum poznania, konstrukcja wiedzy w zamkniętej przestrzeni umysłu – okazuje się więc w pełni ahistoryczna. Rodząca się w Grecji matematyczna abstrakcja nie przechodziła ani przez poznający podmiotu, ani przez żadną idealność. „Punkt, linia, kąt, płaszczyzna, koło, trójkąt, kwadrat… wyłaniają się tam jako formy idealne w grze jasności i mroku, wśród samych rzeczy, w łonie świata jako takiego, będąc tak samo realne jak promienie światła, pręgi cienia, a zwłaszcza łączące je krawędzie”20.

Zwolennicy różnych postaci kantyzmu czy konstruktywizmu będą oczywiście wysuwać twierdzenia przeciwko tego rodzaju „naiwnemu realizmowi”. Nie chodzi tu jednak o rozstrzyganie, kto ma rację w tym sporze. Można gromadzić i gromadzi się argumenty zarówno za pierwszym, jak i drugim stanowiskiem. Najistotniejsze21, że tym, co wówczas zachodzi, są przemieszczenia całego zbioru elementów (w tym przypadku form geometrycznych) już to ku biegunowi umysłu, już to ku biegunowi świata. Elementy te zostają puszczone w obieg, zaczynają cyrkulować, tworząc tym samym taką całość, która wchodzi w skład encyklopedii i strukturalnie odpowiada wszystkim morskim ruchom wyróżnionym przez Micheleta/Serres’a w ślad za wszystkimi dziedzinami dziewiętnastowiecznego kręgu wiedzy.

Cóż bowiem – wracamy wirowym krokiem do lektury Morza ­– objawia nam każda z tych dyscyplin? Z jednej strony: punkty zagęszczenia, koncentracji, kondensacji (soli mineralnych, gorących wód, strumienia elektrycznego, śluzu itd.), z drugiej: kręgi, cykle, spirale. Zawsze jakiś zbiór elementów i zawsze jakieś krążenie. Zawsze zbiornik i cyrkulacja. Otóż te dwa podstawowe pojęcia określają nie tylko strukturę morza – potrójnie i znów cyrkularnie22 – ale po prostu strukturę jako taką. Czym jest zbiornik? „Zbiorem elementów obecnych w danym miejscu”. Czym jest cyrkulacja? „Działaniami, poprzez które elementy te dystrybuowane są w danej przestrzeni”. A definicja struktury brzmi dokładnie: „zbiór elementów plus operacje dokonywane na nich”23.

Wraz z dotarciem do tej definicji zamyka się kolejny cykl. Jeśli w tekście Micheleta na najgłębszym poziomie rzeczywiście chodzi o formalne złożenie zbiornika i cyrkulacji, to zawiera on – niejako w pigułce – cały zbiór interpretacyjnych narzędzi wypracowanych w XIX stuleciu: od językoznawstwa przez marksizm po psychoanalizę. Na pytanie: czym jest zbiornik? co jest w zbiorniku? XIX wiek odpowiada: kapitał, kwantum energii, sfery libido, język itd. Na pytanie: co cyrkuluje? co zakreśla kręgi kręgów? odpowiedź brzmi: słowa, pieniądz, pragnienie, wartości itd. Oczywiście, do tych bazowych pytań dołączają inne. Co hamuje cyrkulację? Kto lub co tworzy zbiornik? Czy krążenie podlega transformacjom, jakimś prawom? Wszystkie one jednak są wtórne wobec wyjściowej struktury.

Lektura Morza zaproponowana przez Serres’a decyduje wreszcie o jej własnej naturze. O swoim podejściu Serres pisze: nie zrobiłem niczego innego, jak tylko dodałem jeszcze jeden cykl do encyklopedycznych cykli. Co więcej, metoda pozwalająca mu zidentyfikować w książce Micheleta serię ruchów tworzących morze – i odpowiadających im obszarów wiedzy – wyrasta z niej samej: „strategia krytyki mieści się w krytykowanym przedmiocie. Wszystkie strategie, których potrzebowałem, są obecne w tekście Micheleta. Musiałem odpowiedzieć na dwa proste pytania, które zostały sformułowane dzięki analizie tekstu w kategoriach encyklopedii: czym jest zbiornik? czym jest cyrkulacja? Nie ma potrzeby wprowadzania metod z zewnątrz, aby odczytać tekst: metoda jest w tekście. Tekst jest swą własną krytyką, własnym wyjaśnieniem, własną aplikacją”24. Chodzi zatem, jak już wspomniano, o lekturę ściśle immanentną lub też cyrkularną: tekst, przechodząc przez moment lektury, nieustannie odsyła do samego siebie. Serres dodaje: nie jest to przypadek wyjątkowy, lecz – przeciwnie – daje się go bez problemu uogólnić.

Pajęczynowy zamek

Spróbujmy dokonać takiego uogólnienia, testując pojęciowe i analityczne możliwości obecne w podejściu do tekstu, które zastosował niegdyś Serres. Za punkt wyjścia przyjmiemy pewną ideę, która często powraca w pismach francuskiego filozofa Gilles’a Deleuze’a. Chodzi o następujące rozumowanie: istnieją dwa ogólne porządki, porządek cielesny i porządek bezcielesny, treść i wyraz, ciała i wypowiedzi. Każdy z tych porządków jest inaczej sformalizowany, jest też inną formacją (w sensie genealogicznym). Stąd relacja, jaka między nimi zachodzi, jest daleka od wszelkiej odpowiedniości, korespondencji. Wypowiedzi nie opisują, nie przedstawiają ani nie wyrażają tego, co dzieje się na poziomie ciał. Nie są też względem nich izomorficzne, homogeniczne. Tym, co je łączy, jest stosunek „agonalny”, wydarzeniowy. Wypowiedzi interweniują w porządek ciał, „atrybuują się” im jako zdarzenia, ustanawiając wśród nich granice, połączenia czy zgrupowania, przyspieszając, opóźniając bądź antycypując pewne działania oraz reakcje. Ale i odwrotnie: określone układy i stany rzeczy warunkują, umożliwiają, blokują lub ukierunkowują drogi rozwoju danych dyskursów.

Powyższą myśl Deleuze formułował w wielu miejscach, najjaśniej być może – wespół z Guattarim – w Mille plateaux25. Pojawia się ona również w książce o Foucaulcie, gdzie znajduje swe zastosowanie w analizie kilku prac autora Słów i rzeczy: „Historia szaleństwa ukazywała, że szpital ogólny jako forma treści […] bynajmniej nie miał swego źródła w medycynie, tylko w policji; a medycyna jako forma wyrazu, czynnik wytwórczy dla wypowiedzi o ‘nierozumie’, rozwijała swój dyskursywny porządek, diagnozy i zalecenia poza szpitalem”. I podobnie to wygląda w przypadku reżimu dyscyplinarnego i kryminologii, fajki i obrazu Magritte’a, procedur Roussela… Za każdym razem „obie formy nie mają tej samej formacji, tej samej genezy czy genealogii”, równocześnie jednak „przenikają się wzajem, niczym podczas bitwy”26.

Odnotujmy w tym kontekście najważniejsze rzeczy. Po pierwsze, mamy tutaj do czynienia z pewną ideą-formą czy po prostu z formą myśli, składającą się z określonych elementów i zależności (porządek cielesny, porządek dyskursywny, formacja, związek agonalny, zdarzeniowa atrybucja…), które mogą ulegać i ulegają konkretyzacji w różnych dziedzinach przedmiotowych.

Po drugie, ruch, który zachodzi w obrębie tej formy, jest okrężny, cyrkularny: wypowiedzi bezustannie wydarzają się na poziomie ciał, a porządek cielesny wciąż kształtuje warunki dla formacji dyskursywnych. Przykładowo, zgodnie z analizami Foucaulta w dziewiętnastowiecznym dyskursie medycznym w pewnym momencie wyłaniają się wypowiedzi mówiące o kauteryzacji, podawaniu opium czy stosowaniu eteru jako środkach terapeutycznych. Niedługo potem tego rodzaju praktyki rzeczywiście zaczynają być stosowane w domach odosobnienia, ale wpisują się one w zupełnie inną logikę, w reżim dyscyplinarny, ponieważ funkcjonują tam jako groźby, kary i techniki ujarzmiania. W kolejnym jednak kroku wszystkie te techniki pozwalają na formułowanie nowych wypowiedzi, choćby dlatego, że stabilizują i wzmacniają relację na linii lekarz (podmiot poznania)–chory (przedmiot poznania). Nieprzerwanie przechodzimy od jednego do drugiego porządku i z powrotem. Osławiona pętla: władza–wiedza–władza, jest niczym wir przenoszący poszczególne elementy to tu, to tam.

Po trzecie, owa cyrkularna forma – bezustanny ruch okrężny między dwiema formacjami – sama cyrkuluje w możliwie szeroko pojętej przestrzeni wiedzy, przenikając nie tylko wewnętrzne granice nauki, ale również granice nauki i sztuki. Najbliżej zlokalizowane są oczywiście strefy wyznaczone przez dzieła Foucaulta i Deleuze’a, w których myśl ta – jak zasugerowano wyżej – co rusz się pojawia. W kolejnym kroku można przejść na obszar historii i badań społecznych, by również tam odsłonić identyczny sposób ujmowania zależności między dyskursem a porządkiem ciał i rzeczy. Analizy Jeana-Pierre’a Faye’a dotyczące nazistowskiego języka, refleksje Jacques’a Rancière’a nad związkami między „zdarzeniami mowy” a rewolucją, studia Arlette Farge nad osiemnastowiecznym dyskursem ulicznym a działaniami policji – we wszystkich tych przypadkach pojawiają się te same elementy, ten sam wirowy ruch: wypowiedzi w ten czy inny sposób wydarzają się na poziomie ciała społecznego, którego układy warunkują zaistnienie wypowiedzi27. Nie ma jednak żadnego powodu, by się na tym zatrzymywać, forma ta zatacza kręgi w jeszcze bardziej oddalonych miejscach. Czy jednym z krańcowych punktów, do którego ona dociera, nie byłby Pajęczynowy zamek Kurosawy?

 Mówi się, że film ten jest przede wszystkim studium władzy, studium natury ludzkiej. Bez wątpienia to prawda. W tej samej jednak mierze ukazuje nam on konflikt między bezcielesnym wymiarem dyskursu a dynamiczną rzeczywistością ciał, heterogeniczność i nieprzystawalność obu tych poziomów, a jednocześnie nieustanny obieg zachodzący między nimi, który sprawia, że elementy dyskursywne wciąż interweniują w materialnym świecie, a elementy materialnego świata zakrzywiają rozwój danego dyskursu.

Przyjrzyjmy się na początek jednej z pierwszych scen, w której po odparciu wroga dwóch komendantów – Washizu i Miki – udaje się do pajęczynowego zamku, by stanąć przed swym władcą, księciem Tsuzuki. Przejeżdżając przez pajęczynowy las, wpadają w jego sieć: błądzą, kluczą, powracają w te same miejsca, krótko mówiąc, krążą, zataczają koło. Figura koła (ściślej: spirali) jest niezwykle istotna w całym filmie, słowa i znaki bez przerwy zmierzają ku afektom i działaniom, by same ulegać modyfikacjom pod ich wpływem. Dokąd bowiem doprowadza obu bohaterów ten błądzący ruch? Do ducha, wiedźmy, która siedzi przy kołowrotku i – symbol jest oczywisty – przędzie niczym mojra nić ludzkiego życia. Robi jednak coś jeszcze: mówi. Wiedźma reprezentuje najpierw ów podstawowy dualizm: z jednej strony rozwijający się wątek rzeczywistości, z drugiej rozwijające się linie dyskursu. Poza tym tak naprawdę żadnej wiedźmy nie ma: to tylko niematerialny duch, metafizyczny twór, poza-byt, same bezcielesne słowa, które – jak wielokrotnie domyślają się sami bohaterowie – są ich własnymi snami, wypowiedzianymi marzeniami, pragnieniami (Washizu: „Mnie i tak się zdaje, że to sen. I słowa tej wiedźmy są jego częścią”; Miki: „Sen jest zwierciadłem naszych niskich żądz”). Spotkanie z wiedźmą to spotkanie z samym sobą, błądzenie we własnym wnętrzu, cyrkularny ruch od jawności życia ku niejawnym pragnieniom i z powrotem: od niejawnych pragnień ku jawie słów.

Jakie relacje zachodzą między tym, co wypowiada się poprzez ducha, a tym, co dzieje się w rzeczywistości? Zrekonstruujmy najpierw, w ramach jego wewnętrznej chronologii, podstawową linię dyskursu, którą rozwija wiedźma:

  • Washizu, dowodzisz fortem pierwszym.
  • Miki, dowodzisz fortem drugim.
  • Washizu, zostaniesz dowódcą fortu północnego.
  • Miki, zostaniesz dowódcą fortu pierwszego.
  • Washizu, zostaniesz władcą pajęczynowego zamku.
  • Miki, twój syn zostanie władcą pajęczynowego zamku.
  • Washizu, nie przegrasz żadnej bitwy, póki nie ruszy pajęczynowy las i nie podejdzie pod mury zamku.

Jak ta seria wypowiedzi odnosi się do rzeczywistych losów ukazanych w filmie? Otóż w kategoriach prawdy i fałszu należałoby powiedzieć, że są one jak najbardziej prawdziwe, że wszystkie „przepowiednie” się spełniły. Ale ich bezsprzeczna prawdziwość bynajmniej nie pozwala orzec, że między tworzonym przez nie porządkiem a porządkiem rzeczywistych wypadków zachodzi relacja korespondencji, odpowiedniości czy odzwierciedlenia, ponieważ owe „realizacje” wpisują się w zupełnie inny łańcuch wydarzeń, w zupełnie inną, poza-dyskursywną formację, która kształtuje się w złożonym splocie interakcji między ciałami, na poziomie fizykalnym. Przyjazd księcia Tsuzuki do fortu północnego, uśpienie strażników, zabójstwo księcia, zabójstwo strażnika, opanowanie przez Washizu pajęczynowego zamku – wszystko to inaczej się formuje, inne są też zależności, inna jest natura wynikania. W konsekwencji to, co dyskurs kreślił jako apogeum szczęścia – objęcie przez Washizu i syna Mikiego książęcej władzy – okazuje się źródłem ich tragedii, obłędu, upadku, śmierci. Pojawiający się za każdym razem wraz z wiedźmą jej złowróżbny śmiech symbolicznie podkreśla ową niewspółmierność między dwoma porządkami. Nie oznacza to jednak, że nie ma między nimi żadnego spięcia. Wręcz przeciwnie, wypowiedzi antycypują, popychają, przyspieszają, orientują określone działania, a te z powrotem odsyłają do dyskursu. Zdyskursywizowana żądza Washizu dotycząca objęcia władzy książęcej popycha go do serii morderstw, z drugiej strony zaś akt księcia mianujący go dowódcą fortu północnego zmienia kwalifikację wypowiedzi, która z mrzonki staje się przepowiednią. Ostatnie słowa wiedźmy („Nie doznasz porażki, póki las nie podejdzie pod mury zamku”) hamują w zasadzie jakąkolwiek aktywność samuraja, natomiast kroczący las, będący de facto wyciętymi drzewami maskującymi ruchy wrogiej armii, czyni z tych słów wypowiedź o charakterze ironicznej przenośni. Przykłady można by mnożyć, zwłaszcza uwzględniając na płaszczyźnie dyskursu takie elementy jak zachęty, reinterpretacje, oskarżenia Asaji oraz krzyki ptaków odczytywane jako znaki.

Wyszliśmy od pewnej formy, formy-idei, składającej się z określonych elementów i relacji. To był nasz zbiornik („zbiór elementów obecnych w danym miejscu”), punkt maximum maximorum, w którym przecinają się kręgi Foucaulta, Deleuze’a, Serres’a, tekstów historycznych, humanistycznych, filmów itd. Następnie staraliśmy się zasygnalizować, jak obecna w tym punkcie forma, która sama krąży wokół własnej osi, cyrkuluje po tych kręgach. Odtworzyliśmy zatem cykl cykli, na podobieństwo ruchu wirów wspominanych przez Micheleta. Ale można też oczywiście powiedzieć, że to natura analizowanych tu tekstów i dzieł pozwala na puszczenie tej formy w obieg i śledzenie jej cyrkulacji w przestrzeni wiedzy. Wówczas sam ten artykuł okazuje się zbiornikiem. I czy zastosowana w nim metoda, strategia lektury nie wyrasta z tego, co stało się jej przedmiotem? Czy, przykładowo, pomiędzy filmem Kurosawy a odnośnym fragmentem tego tekstu istnieje izomorfizm, odpowiedniość? Czy porządek Pajęczynowego zamku i porządek rozwijanego we wspomnianym fragmencie dyskursu nie są raczej: heterogeniczne, inaczej sformalizowane, nieprzystawalne? A jednak co chwila się one krzyżowały, spotykały, mocowały, zawiązywały i zrywały lokalne alianse: mój tekst rozcinał, naginał, selekcjonował złożoną materię filmową, której cząstki, skrawki, słowne oraz wizualne okruchy zwrotnie przenikały i ukierunkowywały bieg zaprezentowanego wywodu. Formalna struktura, którą lokalizowaliśmy w wybranych dziedzinach przedmiotowych, określa zarazem nasz stosunek do tych dziedzin. Istotnie, zasady lektury immanentnej – jak stwierdził Serres – dają się bez trudu uogólnić.

  1. „Nuda przewidywalnych dyskursów…” – pisał Barthes w 1975 roku. Zob. Roland Barthes, Roland Barthes, Gdańsk 2011, s. 161.
  2. Przypominam, że etymologicznie fikcja oznacza coś wymyślonego, wymodelowanego, skomponowanego, wyobrażonego. Postulat fikcjonalizacji lektury odsyła do tego właśnie źródłosłowu, choć oczywiście konotacji związanych ze zmyśleniem i fałszem nie da się tutaj uniknąć. Jakaż jednak opowieść nie jest zarazem wymyślona (wy-myślana) i zmyślona? Narratywiści już dawno stwierdzili, że nawet najbardziej realistyczna opowieść historyczna, przynajmniej do pewnego stopnia, jest w takim właśnie sensie fikcyjna.
  3. J. Michelet, La mer, 5 éd., Paris 1875, s. 4 i nast.  
  4. Pierwszy przykład z brzegu: „Podobnie jak kwiaty rosnące na ziemi zwracają się ku słońcu, tak sama nosząca je ziemia spogląda na słońce i ciągnie ku niemu. Jej najbardziej ruchliwy element, płynna masa, podnosi się i daje znak, że odczuwa jego przyciąganie. Występuje z brzegów, dąży ku górze (ile tylko ma sił) i dwa razy dziennie wypina w kierunku przyjaznych gwiazd własną pierś, posyłając im choćby westchnienie”. Tamże, s. 45–46.
  5. Tamże, s. 337.
  6. Tamże, s. 355–356.
  7. M. Serres, Michelet: The Soup, w: tenże, Literature, Science, Philosophy, Baltimore-London 1982 (tekst ukazał się pierwotnie, także po angielsku, w 1977 roku).
  8. Tamże, s. 30.
  9. Por. Michelet, dz. cyt., s. 19: „[Morze] jest nieco wybuchową matką, ale ostatecznie chodzi o matkę”.
  10. Tamże, s. 111, 113.
  11. Tamże, s. 248.
  12. Serres, dz. cyt., s. 30.
  13. Por. Michelet, dz. cyt., s. 37–38.
  14. Serres, dz. cyt., s. 32.
  15. Tak definiuje burzę morską sam Michelet: jest to „progresywny wir posuwający się naprzód dzięki wirowaniu wokół własnej osi”. Michelet, dz. cyt., s. 292.
  16. Serres, dz. cyt., s. 33.
  17. Tamże, s. 35.
  18. Tamże, s. 29.
  19. M. Serres, Gnomon: les débuts de la géométrie en Grèce, w: Eléments d’histoire des sciences, M. Serres (dir.), Larousse-Bordas 1997, s. 109–110.
  20. Tamże, s. 110.
  21. W tym momencie dokonujemy zakrzywienia lektury, aby już tutaj zasygnalizować możliwość jej analitycznego wykorzystania.
  22. „Morze to mieszanina, synteza, agregat, o którym można mówić na trzy sposoby: 1) jako sumie koncentratów obecnych w zbiorniku; mieszanina przenosi sumę elementów skoncentrowanych w zbiorniku. 2) To zbiór poruszany przez sumę cyrkulacji biorących początek w zbiornikach – mieszany przez sumę cyrkulacji. 3) Natura morza jest taka, że samo może być analizowane przez sumę cykli encyklopedii. Encyklopedia jest zbiornikiem”. Serres, Michelet, s. 36.
  23. Tamże, s. 37.
  24. Tamże, s. 38.
  25. Por. G. Deleuze, F. Guattari, Mille plateaux, Paris 1980, s. 109–111.
  26. G. Deleuze, Foucault, Paris 1986, s. 69, 73.
  27. Szerzej na ten temat piszę w trzecim rozdziale książki Myśl i zdarzenie.

Komentarze

2 komentarze

  • Paweł Chipaux
    7 miesięcy ago

    Mam taką wątpliwość: Jaki jest sens „uogólniania” problemu cyrkulacji u Serresa (taki przynajmniej widzę tu główny motyw) za pośrednictwem Deleuzea i jeszcze kurosawy? Czy nie za dużo tego dobrego? Czy nie więcej powstaje tu różnic których nie da się dobrze wyjaśnić albo choć o nie zapytać w krótkim tekście? Czy Serres nam nie wystarcza i dlaczego? Czy trzeba go uzupełnić o „ontologię” i sztukę? Czy tez może on sam serwuje nam jako filozof i literat wystarczające”uogólnienia”? Mój problem zasadza sie na tym ze Serres – z tego co rozumiem – posluguje sie zrodlowo pojęciem tekstu i to teskt jest dodana do micheletowskiej cyrkulacją (nie jest to wiec klasyczny strukturalizm a raczejczysta dekonstrukcja). Kiedy teraz autor dorzuca nam monizm dwuaspektowy Deleuzea narzuca sie pytanie: U serresa tez mamy dwa aspekty zycia i wiedzy. Czy tekst wpisuje juz w siebie te dwa aspekty i jest przez to od nich pierwotniejszy? Autor nie zająknął sie o tym co miałoby napędzać cyrkulację u Deleuzea Rzekome uogólnienie jest wiec tylko z porządku mnożenia przykładów czy dziedzin nie zaś sięganiem w głąb.

  • TF
    7 miesięcy ago

    Nie wiem, czy do końca zrozumiałem tę wątpliwość, ale spróbuję trochę wszystko uporządkować:
    1. Kwestia uogólnienia dotyczy sposobu lektury tekstu, lektury immanentnej, to znaczy zastosowania takiej metody do jego odczytania, którą oferuje sam tekst. To, co robię z materią filmową Kurosawy, można potraktować jako ucieleśnienie owej deleuzjańskiej formy – idei, którą znajduje w filmie.
    2. Różnice między Serresem / Micheletem a Deleuzem / Kurosawą oczywiście istnieją, ale nie o nie tu chodzi.
    3. Problem cyrkulacji jest wielowątkowy, to znaczy pojawia się na wielu poziomach, również na tym, o którym Pan wspomina: zasadniczo jednak chodzi o formę, formę podwójnie cyrkulującą – wokół własnej osi i w pewnej przestrzeni, tak jak trąby powietrzne – natomiast czy dzieje się to na poziomie morza, wiedzy, tekstów, jest z tego punktu widzenia wtórne. Ostatnia część mówi po prostu o takim ruchu na pewnym przykładzie.
    4. Nie do końca rozumiem zarzut o ‚braku zająknięcia się w kwestii tego, co napędza cyrkulację u Deleuze’a’. Czy chodzi tu o wewnętrzna cyrkulację, czy o cyrkulację formy w polu wiedzy? W tym pierwszym przypadku chodziłoby o pytanie, co powoduje, że wypowiedzi wydarzają się ciałom, a poziom cielesności współwarunkuje rozwój dyskursu (i można tę kwestię różnie rozpatrywać: na poziomie ogólnym, być może wykorzystując koncepcję samego Deleuze’a, na poziomie konkretnych przypadków wyglądałoby to być może każdorazowo inaczej, ale generalnie w tym tekście nie to mnie interesowało, lecz sam fakt takiego a nie innego cyrkularnego funkcjonowania). W tym drugim przypadku pytanie by brzmiało: dlaczego w polu wiedzy krążą pewne formy? Serres by prawdopodobnie odpowiedział: ponieważ wszelkie granice i podziały w tym polu są sztuczne, tymczasowe, także między nauką a sztuką, natomiast ‚naturalną’ właściwością tego pola są przemieszczenia, ruchy, translacje, komunikacje etc. Stąd Hermes jako symbol tej filozofii.

Komentuj

Powiązane posty