Zarys Hipotezy Gai-Uranosa

Pogląd holistyczny sformułował jako pierwszy Arystoteles w swoim słynnym określeniu: „Całość stoi przed częściami; nie jest ona prostą sumą swoich części składowych, ale czymś więcej, ma wyższą konstytucję i sens”.

W dziewiętnastym wieku badania społeczności owadów prowadzone przez filozofa i entomologa Maurycego Maeterlincka (1862-1949) doprowadziły do wniosku, że społeczeństwa mrówek, termitów i pszczół kierują się zupełnie innymi prawami, niż można by o tym sądzić na podstawie zachowań sumy poszczególnych osobników. Do podobnych wniosków odnośnie ludzi tworzących tłum doszedł Gustaw Le Bone (1841-1931), tworząc klasyczne dla socjologii (jak również psychologii) dzieło Psychologia tłumu.

Nauki ścisłe dłużej opierały się poglądom holistycznym, grzesząc raczej nadmiernym redukcjonizmem, choć wśród ich przedstawicieli zdarzały się również wyjątki. Za taki należy uznać Davida Bohma, którego zdaniem aby zrozumieć mikroświat „zamiast rozpoczynać od elementów i poszukiwać związków miedzy nimi, należy zacząć od całości”.

Poglądy o wszechzwiązku ziemskiej materii wypowiadane były stosunkowo wcześnie. Już Arystoteles, Ovidiusz, Strabon zauważyli, że istnieją procesy wietrzenia i erozji ziemskich skał, a więc muszą istnieć także procesy działające w przeciwnym kierunku – wydźwigające góry, jako że przez długie wieki nie udało się procesom denudacji wygładzić ostatecznie ziemskiej rzeźby. Miały to być trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów; nie znano jeszcze ruchów górotwórczych. Ziemska materia uczestniczy w odwiecznym obiegu materii: procesy denudacji rozkruszają skały, które tworzą glebę, rośliny i zwierzęta po śmierci zasilają ją w minerały, wybuchy wulkanów dostarczają nowych skał metamorficznych, a trzęsienia ziemi i ruchy górotwórcze zmieniają rzeźbę powierzchni Ziemi. Żeby zrozumieć procesy przebiegające na powierzchni Ziemi, należy uwzględniać wszystkie te zjawiska razem wzięte, gdyż traktowanie ich w sposób wyrywkowy nie daje właściwego obrazu.

Tak rodziły się przekonania holistyczne na temat ziemskiej biosfery – o wzajemnym związku wszystkich elementów ożywionych i nieożywionych, a w dalekiej konsekwencji poglądy, że Ziemia i wszystko, co się na niej znajduje, funkcjonuje na wzór jednego ogromnego organizmu. Poglądy takie odnajdujemy już u Platona:

Przyjmijmy, że Wszechświat jest najpodobniejszy do tej istoty żywej, której poszczególne istoty żywe i gatunki są cząstkami. Ta istota obejmuje i ma w sobie wszystkie istoty żywe pomyślane tak, jak ten świat zawiera nas i wszelkie inne zwierzęta natury widzialnej (Platon, 1960, s.42).

W czasach nowożytnych odnotowujemy prace Jamesa Huttona (1726-1797), traktującego Ziemię jako żywą istotę, w której wszystkie elementy są sobie nawzajem potrzebne: zwierzęta, w tym człowiek, nie mogą żyć bez roślin, a te z kolei – bez energii słonecznej. Zwierzęta są potrzebne również roślinom, które po ich śmierci wykorzystują minerały żyjących niegdyś ciał. Poglądy te wsparte były pracami innych przyrodników, m.in. Jean Baptiste Lamarcka (1744-1829), a szczególnie Karola Darwina (1809-1882), który obliczył, że niepozorne pierścienice – dżdżownice przetworzyły wielokrotnie w swych organizmach wszystkie gleby całego świata.

Władimir Wiernadski (1863-1945) uważał organizmy roślinne i zwierzęce za potężny czynnik geologiczny, wywierający wpływ na litosferę, hydrosferę i atmosferę Ziemi, tworzący razem ze sferą „nieożywioną” monolit życia – biosferę. Życie bowiem jest źródłem zarówno minerałów skorupy ziemskiej, pokładów skal osadowych (wapieni, dolomitów, węgla) jak i gazów atmosferycznych.

W dwudziestym wieku poglądy o żywej biosferze – Gai rozpowszechniły się dzięki pracom Lynn Margulis i Jamesa Lovelocka. Zależności istniejące pomiędzy wszystkimi jej elementami tworzą zupełnie nową jakość, różną od prostej sumy części składowych. Procesy zachodzące w biosferze jako całości należy rozpatrywać we wzajemnym ze sobą związku, inaczej niż to bywało w naukach szczegółowych. Stwarza to dodatkową trudność w dociekaniach poznawczych, gdyż wciąż nieobjęte są ludzkim umysłem powiązania „wszystkiego ze wszystkim”, jednak sama świadomość istnienia daleko sięgających zależności pomiędzy poszczególnymi elementami materii ożywionej i nieożywionej wpływa istotnie na nasze naukowe widzenie Świata. Jak napisał Konrad Rudnicki w związku z prahinduską zasadą kosmologiczną, w myśl której Wszechświat jest nieskończony w czasie i przestrzeni i nieskończenie różnorodny:

Hinduski mędrzec sprzed tysiącleci powiedziałby współczesnemu kosmologowi: Wszechświat jest zbyt złożony, aby go opisać wzorami waszej obecnej, prymitywnej matematyki (Rudnicki, 2002, s. 22).

Ta różnorodność, w imię rozjaśnienia i uproszczenia obrazu zjawisk, zmusza często do działań redukcjonistycznych, które uzasadnia się możliwością dokonania konkretnych rachunków na gruncie matematyki, która przecież nie operuje pojęciem „różnorodności” czy tym bardziej „nieskończonej różnorodności”.

Trudność taka sama, owa niemożliwość opisania różnorodności (urozmaicenia) w języku znanej nam matematyki, stała się przyczyną, dla której relacyjna teoria Gottfrieda Leibniza (1646-1716) uległa matematycznej formie kartezjańsko-newtonowskiego opisu Świata, i popadła w zapomnienie. Czy więc z braku możliwości matematycznego opisu różnorodności, leżącej przecież u podstaw poglądów holistycznych, sam pogląd staje się jałowy poznawczo? Otóż tak się nie dzieje. Obraz Świata pojawia się wcześniej niż możliwość jego ścisłego, matematycznego opisu.

W nauce o Niebie pogląd holistyczny dość długo nie znajdował racji bytu. Oczywiście, z wyjątkiem kosmologii, w której zgodnie ze słowami Bohma: „zaczynano od całości”. Inne gałęzie „sztuki gwiaździarskiej” cechowała niezwykła szczegółowość opisów. Dotyczyło to zarówno dalszych przestrzeni jak również najbliższych Ziemi – Układu Planetarnego Słońca. Rejestrowano więc i czyni się to nadal, różnice w budowie, składzie chemicznym i mineralogicznym poszczególnych planet, ich księżyców oraz atmosfer. Próby odpowiedzi na pytanie, „dlaczego” istnieją takie różnice, wciąż wydawały się przedwczesne, choć z natury rzeczy próby takie przecież istniały.

Zarejestrowane istotne różnice w składzie atmosfer planet, szczególnie Wenus, Ziemi i Marsa, dawały przez wiele lat asumpt do twierdzenia, że tylko na Ziemi mogło powstać życie, gdyż tylko tutaj wszystkie warunki po temu były odpowiednie. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku zwrócono jednak uwagę na fakt, że atmosfera ziemska jest wysoce niestabilną mieszaniną gazów i „gdyby nie istniało życie”, stale podtrzymujące tę niestabilność, stan atmosfery szybko przeszedłby w stan stabilny, nie sprzyjający dalszemu rozwojowi życia, a nawet niszczący. Taka nierównowaga, świadcząca o zmniejszaniu się entropii układu, według Lovelocka, może być wywołana jedynie przez życie. Wysoka zawartość tlenu jest przyczyną, że metan jest chemicznie niestabilny i utlenia się, dając dwutlenek węgla i wodę. Gdyby metan nie był wciąż produkowany przez organizmy (głównie przez żołądki przeżuwaczy i bakterie gnilne bagien i delt wielkich rzek), jego zawartość w atmosferze bardzo prędko spadłaby prawie do zera.

Wynika stąd, że samo życie stworzyło i podtrzymuje warunki odpowiednie dla jego istnienia. Odkrycie to stało się zarówno podstawą do stworzenia hipotezy Gai jak również precyzowało metody poszukiwań życia we Wszechświecie i „braci w rozumie”: zamiast szukać domniemanych śladów kosmitów w postaci sygnałów przybywających z przestrzeni kosmicznej czy widocznych z dala budowli, jak kanały na Marsie, należało poszukiwać niestabilnych atmosfer planet. Jedynie stan niestabilny może być twórczy i stanowi o rozwoju – zarówno fizycznym jak i biologicznym.

Ale i hipoteza Gai – ogromnego monolitu ziemskiej materii żywej i nieożywionej, powiązanej wielką siecią zależności pomiędzy poszczególnymi gatunkami, a w konsekwencji ekosystemami, nie jest pełna. Już dla starożytnych było oczywiste, że bez Słońca nie istniałoby na Ziemi życie; pisał o tym także Hutton w swej hipotezie żywej Ziemi. Dość wcześnie zauważono też konieczność istnienia na orbicie wokół Ziemi masywnego Księżyca, choć niektórzy badacze argumentowali osobliwie: Księżyc jest potrzebny, aby… oświetlać noce. Dzisiaj wiemy, że jego rola w rozwoju biosfery jest o wiele bardziej doniosła. Jak wykazano, obecność masywnego ciała na orbicie wokółziemskiej stabilizuje parametry ziemskiej orbity. Gdyby nie istniał Księżyc, parametry orbity Ziemi, w tym jej nachylenie do ekliptyki, zmieniałoby się w dość dużym przedziale wartości, a co za tym idzie znacznie zmieniałyby się także warunki klimatyczne. W konsekwencji warunki byłyby o wiele mniej sprzyjające życiu niż obecnie. Prawdopodobnie dzieje się tak na Marsie, który ma tylko dwa małe satelity o małej gęstości, i zima precesyjna, która tam obecnie panuje, zmieniła ongiś sprzyjające życiu warunki na bardziej wrogie.

Wpływ Księżyca zaznacza się u organizmów w ich odpowiedzi adaptacyjnej (rytmach biologicznych) na rytmy pływów, co szczególnie wyraźnie występuje w organizmach wodnych, które zarówno odżywianie, budowę swoich muszli, rozmnażanie, migracje i in. uzależniły od rytmów Księżyca.

Długo niedocenianym wpływem Kosmosu na Ziemię był opad na jej powierzchnię materii meteorytowej, jednak rozwój meteorytyki i meteoryki pokazał, że może ona być przyczyną ogromnej ilości zjawisk niezwykle ważnych, czasem nawet katastroficznych dla biosfery – od zapylenia atmosfery i zmniejszenia ilości słonecznego promieniowania podczerwonego – po epoki lodowe, inwersję biegunów i wyginięcie gatunków. Znaczenie takie mogą mieć także wybuchy supernowych w pobliżu Słońca, zmiany natężenia wysokoenergetycznego wiatru galaktycznego czy zmiennych pól magnetycznych i elektrycznych, pojawiających się pod wpływem rozbłysków chromosferycznych i wiatru słonecznego. Nie zdajemy sobie także sprawy z faktu, jak wiele zależało od pola grawitacyjnego, w którym ziemskie życie powstało (rozmiar i proporcje ciał, budowa szkieletu, położenie ośrodków krwiotwórczych itd.). Te wszystkie związki i wpływy Kosmosu na Ziemię i jej życie, które zebrałam w monografii (Korpikiewicz, 2002), pozwoliły mi na wysunięcie hipotezy Gai- Uranosa – systemu nie tylko ziemskich, ale także kosmicznych zależności.

Wszechzwiązek ziemskiej materii wraz z kosmiczną był znany od ubiegłego wieku, kiedy poznano skład chemiczny gwiazd i materii międzygwiazdowej oraz uświadomiono sobie, że atomy składające się na nasze ciała powstały we wnętrzach czerwonych olbrzymów, które wybuchając – zasilały materię międzygwiazdową w cięższe pierwiastki. Nie znano jednak dalekosiężnych wpływów sił kosmicznych (grawitacji, promieniowania, pól elektrycznych i magnetycznych) na ziemską biosferę i ich modyfikującej roli w procesach życia.

Problem charakteru środowiska kosmicznego, które pozwoliło na rozwój życia, był zauważany od kilku wieków; rozważania te osiągnęły swe apogeum w idei (zasadzie) antropicznej, głoszącej niezwykłą przyjazność wszechświatowego środowiska dla pojawienia się życia. Robert Henry Dicke w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku doszedł do wniosku, że skoro życie istnieje (przynajmniej na Ziemi), to Wszechświat musiał posiadać określone cechy, które powstaniu życia sprzyjały. Jest to tzw. słaba zasada antropiczna. Zasada silna natomiast głosi, że cała ewolucja Wszechświata, od początku jego istnienia, była nakierowana na pojawienie się, na pewnym etapie rozwoju, życia. W słabej zasadzie parametry Wszechświata wynikają z faktu istnienia organizmów biologicznych, choć nic nie można powiedzieć o konieczności czy też przypadkowości ich narodzin. Silna nie tylko implikuje dane dotyczące Świata, ale nawet więcej – konieczność narodzin obserwatora.

W rozważaniach nad cechami środowiska kosmicznego koncentrowano się głównie na fizycznych wartościach (stosunku sił, ładunków, prędkości ekspansji Wszechświata, sile grawitacji itd.), które musiały zaistnieć, aby w końcowym etapie ewolucji kosmicznej narodził się człowiek. Na poparcie idei antropicznej podaje się szereg danych liczbowych, które dowodzą, że niewielka nawet zmiana wartości sił fizycznych czy ich stosunku do innych sił, zaowocowałyby zupełnie innym, już jałowym Wszechświatem. Narodziny gwiazd, galaktyk, a w dalszej konsekwencji – życia, mogły mieć miejsce jedynie w wąskim przedziale parametrów.

Jednakże badaczom umykał fakt, że być może „zupełnie inny zespół parametrów” też mógł być sprzyjający rozwojowi życia (Korpikiewicz, 2006). Takich „innych” zespołów parametrów może być dowolnie wiele, i ich „różnorodność” czyni podobne dociekania jałowymi poznawczo. Pokazuje jedynie, jak zawęziliśmy nasz horyzont koncentrując się w antropicznych badaniach na zastanych wartościach.

Jeśli jednak poddać krytyce bardziej ogólne cechy środowiska kosmicznego, wyznaczające ramy dla Wszechświata sprzyjającego narodzinom i rozwojowi życia, to należałoby przedyskutować, jakie ogólne kategorie bytu są reprezentowane w kosmicznym środowisku. Te najważniejsze, według mnie, „kategorie”, w Arystotelesa rozumieniu sposobu bytu, to „harmonia, różnorodność, nierównowaga i rytmika zjawisk” (Korpikiewicz, 2006).

Greccy filozofowie chcieli widzieć Świat doskonałym, jednak takim nie był i tylko lepiej lub gorzej zbliżał się do greckiego ideału. Zauważyli, że w Świecie panuje symetria, proporcjonalność i harmonia. Wyobrażali sobie ją w ruchu ciał niebieskich (ich kształtach, orbitach i dźwiękach, jakie miały wydawać te ciała przy obrocie). Świat ziemski nie był tak doskonały, jednak i w nim odnaleźć można było harmonię w symetrycznej i proporcjonalnej budowie istot żywych, w budowlach wzniesionych ludzką ręką, w liczbach i konstrukcjach geometrycznych. Harmonią ze Światem miała być również świadoma egzystencja człowieka w środowisku, polegająca na koegzystencji z Naturą i życiu w zgodzie z samym sobą.

Postulowana doskonałość Świata kryła w sobie wszak pewne niebezpieczeństwo: o ile Świat byłby w istocie doskonały („doskonały”, czyli w rozumieniu Arystotelesa skończony, taki, który osiągnął swój cel), to nie mógłby się rozwijać.

Jednak w istocie Natura nie realizuje do końca swoich możliwości. Ciała zwierząt i roślin nie są doskonale symetryczne, a płatki śniegu i linie brzegowe – nie są doskonale fraktalne. Także ciała niebieskie, które miały być zbudowane z doskonałej „piątej substancji” nie są dokładnie kuliste i poruszają się po krzywych stożkowych, a nie po okręgach. Nawet prawa Przyrody, które są w większości symetryczne, manifestują się nam poprzez łamanie symetrii.

Konieczność istnienia w ewoluującym Świecie termodynamicznej nierównowagi została dostrzeżona w związku z problemem śmierci cieplnej Wszechświata. Ale równowaga Wszechświata – to nie tylko równowaga termodynamiczna, to także tworzenie struktur trwałych. Z punktu widzenia sił jądrowych – są nimi atomy żelaza. Biorąc pod uwagę grawitację – to czarne dziury, maksymalna kumulacja materii i maksimum entropii.

Jednak siły Wszechświata nie dokonują swego dzieła, a raczej z rzadka dochodzą do struktur trwałych, jak wtedy, gdy tworzą atomy żelaza w końcowym etapie ewolucji gwiazdy czy czarną dziurę – w przypadku gwiazdy masywnej. Dlaczego nie uczyniły tego w przeszłości, krótko po Wielkim Wybuchu? Nie stało się to, co się mogło stać, ale przecież Wszechświat „doskonały”, równowagowy, nie mógłby się rozwijać. Nierównowaga zatem zwiastuje rozwój Wszechświata jako całości, jak również rozwój jego elementów składowych. Jak zauważyłam wyżej, nierównowaga atmosfer planetarnych jest najlepszym dowodem na istnienie życia pod jej powloką, co egzobiolodzy starają się wykorzystać do poszukiwań życia na innych planetach. Organizm żywy, jak modelowy homeostat, musi mieć zdolność przywracania równowagi bądź stanu sprzed zakłóceń, jednak bez procesów przebiegających w nim w stanach nierównowagowych, nie mógłby ani się rozwijać ani żyć. Czy takim homeostatem jest też organizm Gai jako całość – świat ożywiony i nieożywiony, spleciony ze sobą ogromną siecią zależności? Czy potrafi przywracać stan sprzed zakłóceń i zawsze obroni się przed kataklizmem wywoływanym przez człowieka?

Konieczność istnienia substancji Wszechświata w różnorodności jej form dość długo umykała uwadze filozofów. W myśli prahinduskiej pojawił się pogląd o nieskończenie różnorodnej formie kosmicznej boga Kriszny, co zaowocowało współcześnie prahinduską zasadą kosmologiczną, sformułowaną przez Rudnickiego i Michała Hellera (Rudnicki, 2002). Tym samym rozważania na temat różnorodności dalekiego Kosmosu wyprzedziły zauważenie różnorodności biologicznej – bioróżnorodności. Istnienie różnorodności jest warunkiem koniecznym rozwoju. Żeby jednak ona zaistniała, potrzebny jest stan nierównowagi. Równowaga termodynamiczna, grawitacyjna czy atomowa, zaowocowałaby jednorodnością i stagnacją.

Zjawiska i struktury Wszechświata cechują się dążnością do symetrii, równowagi, proporcjonalności, różnorodności, rytmicznej powtarzalności, choć nie zawsze jest ona realizowana. Pozostaje pewien niewykonany do końca krok, wąski margines dla działań ewolucyjnych, który okazuje się warunkiem koniecznym dla rozwoju zarówno materii nieożywionej jak i biologicznej. Wszechświat doskonale symetryczny pod względem struktur i praw, pozostający w trwałej równowadze, pod każdym względem „dokończony” – doskonały nie mógłby się rozwijać, nie mogłaby w nim przebiegać ewolucja materii ani na poziomie biologicznym ani na poziomie materii nieożywionej.


Bibliografia:

  • Bohm D. 1988. Ukryty porządek, tłum. M. Tempczyk, Wydawnictwo Pusty Obłok, Warszawa
  • Korpikiewicz H. 1998. Koncepcja wzrostu entropii a rozwój Świata, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań
  • Korpikiewicz H. 2002, Kosmoekologia z elementami etyki holistycznej. Hipoteza Gai-Uranosa, Prodruk, Poznań
  • Korpikiewicz H. 2006, Kosmoekologia. Obraz zjawisk, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań
  • Platon, 1960. Platona Timaios i Kritias, tłum. W. Witwicki, Warszawa
  • Rudnicki K. 2002. Zasady kosmologiczne, Wyższa Szkoła Ochrony Środowiska, Bydgoszcz

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty