Wskazówki dla czytelniczek „Męskich fantazji”

Zrecenzowanie takiego dzieła jak Męskie fantazje Klausa Theweleita nie należy do łatwych zadań. Przeszkodą nie jest tu objętość (polskie wydanie liczy sobie 972 strony) ani nawet wysoki poziom komplikacji wywodu. Przeciwnie, książkę tę czyta się niczym dobry kryminał. A ponadto, gdy już jesteśmy przekonani, że rozgryźliśmy zastosowaną metodę i kolejny rozdział nie przyniesie nam niczego, poza nowym zbiorem danych, który teraz sami z łatwością zinterpretujemy – Theweleit wspina się na kolejne wyżyny. I być może to właśnie w tym, w tej lekkości wywodu, doskonałej narracji, „zwrotach akcji”, umiejętnie budowanym napięciu tkwi trudność, przed jaką staje recenzent. Ogólnikowe opisanie Męskich fantazji musi z konieczności dać efekt miałki, z drugiej strony – zejście na poziom szczegółu równałoby się zdradzeniu fabuły kolejnego odcinka Gry o tron… Pozostaje oczywiście metoda mieszana: z grubsza opowiedzieć o całości, dorzucając jeden czy dwa smaczki. Takie recenzje można jednak znaleźć w innych miejscach, a powtarzanie ich byłoby równie nużące dla czytelnika, co dla piszącego. Zamiast tego postanowiłem ugryźć ten problem z innej strony, zgodnej zresztą z koncepcją, która napędza całą Machinę Myśli: podrzucić czytelniczkom i czytelnikom kilka wskazówek pozwalających uzyskać większą korzyść z lektury Męskich fantazji.

– Czterdziestoletni kotlet? –

Opracowane na podstawie rozprawy doktorskiej (sic!) Männerphantasien ukazały się po raz pierwszy w latach 1977–1978 (odpowiednio: tom pierwszy i drugi, w wydaniu polskim zebrane w jednym wolumenie). Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że ich przedmiotem są postaci członków Freikorps – utworzonych przez weteranów I wojny światowej paramilitarnych oddziałów, torujących drogę niemieckiemu faszyzmowi. Historia nie tylko już zamknięta, ale również mało istotna z perspektywy hektolitrów krwi przelanych przez żołnierzy Trzeciej Rzeszy (i hektolitrów atramentu przelanych przez piszących o nich autorów). A jednak jest coś uderzającego w fakcie, że tłumaczenia tej książki podjęło się właśnie teraz tak polskie, jak i francuskie wydawnictwo, zaś niemiecki czytelnik dostał do rąk Das Lachen der Täter: Breivik u.a. (Śmiech morderców: Breivik i inni) przez wielu traktowany jako kolejny tom Męskich fantazji. O wyjątkowości książki Theweleita decyduje bowiem jej niezwykła aktualność. Nie taka, która wynika z jakiegoś zatoczenia przez historię koła, ale ze wskazania stałej obecności tego zagrożenia, jakim jest faszyzm:

 [z]mierzenie się z faszyzmem okazuje się […] konieczne nie po prostu ze względu na jego straszne skutki polityczne. Faszyzm trzeba zrozumieć i zwalczać nie w pierwszym rzędzie dlatego, że pochłonął tyle ofiar, nie dlatego, że stoi na przeszkodzie zwycięstwu socjalizmu, i nie dlatego, że mógłby „powrócić”, lecz raczej dlatego, że jako stale obecna albo możliwa forma produkcji realności w określonych warunkach może on być i jest również naszą produkcją. […] Ów stosunek produkcji rodzi – w określonych warunkach – rzeczywistość faszystowską, wytwarza struktury niszczące życie (s. 225)1.

Theweleit odsłania stałą, ponadhistoryczną potencjalność2faszyzmu – i to nie tylko gdzieś tam, w Białymstoku czy na okazjonalnych pochodach ONR-owców, ale również tu, w nas samych (w przenikających nas mikrofaszyzmach, jak mawiali Deleuze i Guattari). Stało się to możliwe dzięki temu, że odrzucił on wszystkie, naprędce skonstruowane w czasie II wojny światowej i bezpośrednio po niej, a dziś już nieco oklepane, wyjaśnienia.

Wedle najpopularniejszej interpretacji faszyzm jest jedną z postaci totalitaryzmu (kategorii tej wciąż używa m.in. poczytny, brytyjski historyk Norman Davies), a zatem jest kwestią formy państwa. Niepohamowany rozrost instytucji państwowych, które przeniknęły nawet do prywatnego życia, wymuszanie podporządkowania się za pomocą terroru oraz uniemożliwiająca samodzielne myślenie ideologia spowodowały, że wcześniej normalni członkowie społeczeństwa zmienili się w zwyrodniałe kreatury. Pierwszą ze słabości tej narracji jest ta, że ona sama jest na wskroś ideologiczna i do tego zwyczajnie moralizatorska: „zły” totalitaryzm ma tu bowiem swój „dobry” rewers, a jest nim demokracja liberalna, koniecznie w wydaniu amerykańskim (to właśnie do USA uciekła jedna z najważniejszych teoretyczek państwa totalitarnego – Hanna Arendt). Po drugie, to ogólnikowe ujęcie, skupiające się na prawach i instytucjach, ignoruje faszyzm jako zjawisko ludzkie, jednostkowe, empiryczne: pomija się fakt istnienia faszystowskich siepaczy, ludzi, którym wypełnianie faszystowskich obowiązków sprawiało przyjemność.

I jeszcze na koniec: ekstaza. Ów stan świętych, wielkich poetów i wielkiej miłości jest dostępny też dla wielkiej odwagi. […] Najwyższe z upojeń, rozpętanie niszczące wszystkie bariery. […] Także żądzy krwi. To ona, razem ze zgrozą, zalała walczących wezbraną czerwoną falą: upojenie, pragnienie krwi, gdy drżące zniszczeniem chmury zaległy nad polami gniewu (E. Jünger, cyt. za: K. Theweleit, s. 671–676, podkreślenia – CR)3.

Analizy tego typu faktów, z poziomu jednostkowego (a właściwie zbiorowego, choć nie ogólnego – w tym sensie, w jakim ogólna jest np. forma państwa) przeżycia, nie znajdziemy u żadnego z teoretyków totalitaryzmu. A nawet jeśli Arendt zdarzyło się zwrócić uwagę na jednostki, to tylko na beznamiętnych biurokratów, takich jak Eichmann4. Co więcej, lekceważony jest tutaj fakt, że faszystowskie osobowości istnieją również w tych państwach, których forma nie jest totalitarna – jak choćby właśnie w USA (co pokazały badania przeprowadzone w Berkeley po II wojnie światowej5).

Inna, równie rozpowszechniona interpretacja, sięga po wyjaśnienie przyczynowe: aktywność militarna Trzeciej Rzeszy była skutkiem kryzysu ekonomicznego w jakim znaleźli się Niemcy po przegranej I wojnie światowej. Wedle tej narracji pokrzywdzeni traktatem wersalskim mieszkańcy krainy pomiędzy Renem a Odrą przestawili swoją gospodarkę na zbrojenia… a skoro już wyprodukowali tyle karabinów i czołgów, nie pozostało im nic innego, jak tylko ruszyć do boju. I tu jednak ignorowane są dwa istotne fakty. Po pierwsze, kryzysy gospodarcze nie są zjawiskami rzadkimi (wystarczy wspomnieć ten, w którym sami tkwimy od 2008 roku), a jednak nie wszystkie sprawiają, że społeczeństwa ruszają na wojnę – zwłaszcza taką wojnę. Spektrum możliwych reakcji jest szerokie: można choćby dokonać rewolucji proletariackiej6, co wydaje się bardziej racjonalnym rozwiązaniem (z powodu zapaści ekonomicznej w końcu to nie „góra” doświadcza  najbardziej skrajnego ograniczenia możliwości życiowych). „Żaden człowiek z powodu ekonomicznej degradacji nie staje się nieuchronnie politycznym faszystą – chyba że jest faszystą już przedtem – faszystą emocjonalnym, faszystą od wewnątrz” (s. 856).

Co za tym idzie, po drugie, wyjaśnienie odwołujące się do czynników gospodarczych pomija fakt, że ten typ mężczyzny, który doprowadził później do zwycięstwa faszyzmu, nie został ukształtowany ani w czasie dwudziestolecia międzywojennego, ani nawet w efekcie I wojny światowej (jako, powiedzmy, efekt przyniesionej przez nią traumy). Przeciwnie, wytworzył go pokój epoki wilhelmińskiej – nie otwarty konflikt zbrojny, ale rodzina, szkoła, otoczenie (patrz: s. 829–830, 832, 836–837, 856).

– Uchodźcy z Syrii –

Kolejnym, często przywoływanym wyjaśnieniem, jest to kładące nacisk na ideologię, świadomość albo nadbudowę (jak kto woli). Rozważa się tu nie tylko faszystowską propagandę, ale także analizuje czytane przez faszystów książki, słuchaną muzykę, traktaty polityczne7. Takie podejście może budzić wątpliwość choćby z uwagi na ogromną różnorodność poglądów wyznawanych przez faszystów: byli wśród nich i katolicy, i protestanci, i niedoszli okultyści, i zwolennicy rodzimowierstwa – powrotu do religii przodków. Mimo wszystko, w całej tej mieszance da się znaleźć pewne punkty wspólne, jak choćby nacjonalizm czy antysemityzm.

Nie w tę różnorodność lub ignorowanie pewnych faktów (np. niezwykle częstego wykorzystywania propagandy do ataku na pewne postawy kobiet) uderza jednak Theweleit. Jego zdaniem niepłodna jest sama krytyka w kategoriach ideologii. W zasadzie ma on na myśli wszelkie opozycje typu racjonalne/irracjonalne, obiektywne/subiektywne, społeczne/psychiczne, naukowe/ideologiczne czy nawet prawdziwe/fałszywe. Analiza przeprowadzona w takich kategoriach sprowadza się do formułowania zarzutów o nietrafnym rozpoznaniu rzeczywistości: faszyści działali tak, jak działali, bo zostali wprowadzeni w błąd (co do Żydów, co do robotników, albo po prostu co do swoich interesów ekonomicznych). Przy czym nie tylko zakłada się tu, że krytyk faszyzmu rozpoznał tę rzeczywistość prawidłowo, ale również, że to on dysponuje właściwym kryterium racjonalności, zaś błędem faszysty jest, że nie posługiwał się ową (należącą do krytyka) racjonalnością – wymóg, sam w sobie, czysto arbitralny. Takie myślenie wciąż popularne jest choćby na lewicy:

W swojej najbardziej wulgarnej (i najpowszechniejszej) postaci myślenie to nazywa obiektywnym/racjonalnym/rzeczywistym wszystko, co wiąże się ze społeczną produkcją, subiektywnym/irracjonalnym/nierzeczywistym zaś to, co pojawia się tylko u człowieka, w jego „psychice” i przeszkadza w triumfie racjonalności „obiektywnego” procesu, wiodącego wprost do socjalizmu (s. 223).

Choć sam Theweleit słowa te kieruje przeciwko spadkobiercom niemieckiej KPD, pasują one doskonale choćby do niedawnych krytyk formułowanych przeciwko tym, którzy przeciwni byli przyjęciu uchodźców z Syrii. Z tekstów takich jak Lęk i barbarzyńcy Oskara Szwabowskiego można dowiedzieć się, że za anty-imigranckimi lękami polskiego społeczeństwa „tak naprawdę” nie stoi ruch ogromnych mas ludzkich, ale rzeczywistość neoliberalizmu, w której przyszło nam żyć. Fundamentalizm religijny i obciążenie ekonomiczne, których obawiają się Polacy, nie przychodzą z Południa, ale są naszą katolicką i kapitalistyczną codziennością. Zaś prawdziwe zagrożenie, niesione przez Syryjczyków, polega na zmierzeniu się z własnym faszyzmem, społecznym darwinizmem oraz podporządkowaniem siłom rynkowym.

Możliwe, że tak jak w przypadku antysemityzmu, który stanowił prymitywną formę krytyki kapitalizmu, i tutaj znajdujemy wyraz lęku i niechęci wobec panującego neoliberalizmu, destrukcyjnych praktyk realnego kapitalizmu, przerażającej nędzy i trwożliwego osamotnienia (Szwabowski).

Jak jednak wielokrotnie pouczają nas Męskie fantazje: lekarstwem na projekcje nie są inne projekcje. Theweleit wiele wysiłku poświęca temu, by pokazać, że faszyści nie kierowali się sformułowanymi przez swoich przywódców kłamstwami albo własnymi błędnymi wyobrażeniami czy wręcz urojeniami. Jeśli żywili nienawiść w stosunku do „proletariackich kobiet” i kierowali przeciw nim oskarżenia, to dlatego, że prawidłowo rozpoznawali coś w ich realnych zachowaniach. Theweleit idzie jednak jeszcze dalej, uważa, że w ogóle należy porzucić kategorię rozpoznania jako niepłodną badawczo (i zastąpić ją problematyką kodowania, o czym więcej w kolejnym paragrafie).

Weźmy za przykład taką wypowiedź faszystów, jak „Wszystkie kobiety to dziwki”. Wychowani w takim społeczeństwie jak nasze nie potrzebujemy szczegółowego wyjaśnienia tej frazy. To jasne, że nie jest to żaden sąd poznawczy, zawierający rozpoznanie: „każda kobieta ubiera się wyzywająco, staje wieczorami gdzieś przy ulicy i nagabuje przechodzących mężczyzn, by uprawiać z nimi seks za pieniądze”. Krytyka ideologii (albo subiektywności, irracjonalności, błędu) polegałaby w powyższym przypadku na wykazaniu, że nieprawdziwy jest sąd, iż wszystkie kobiety to dziwki (co najwyżej tylko niektóre uprawiają prostytucję). Jest to próba równie absurdalna co nietrafiona: czy faszysta miałby zatem kierować swoją nienawiść tylko przeciw określonej grupie kobiet? (Być może niektórzy „krytycy” faszyzmu odpowiedzieli sobie właśnie w duchu: „tak!”). My sami na tyle często słyszeliśmy te słowa, że wiemy, iż są one wygłaszane w zupełnie innym celu (niż sformułowanie jakiegoś sądu). Mają one „wyrazić” dwie rzeczy: wstręt i pogardę wobec samego faktu, że istnieje kobieca seksualność, że kobiety uprawiają z kimś seks, że są w stanie czerpać cielesną rozkosz oraz wrogość wobec wszelkich kobiet, które są samodzielne, żyjące w sposób, jakiego nie życzą sobie mężczyźni.

W związku z tym należy postawić problem inaczej, niż w kategoriach prawdy i fałszu. Autor Męskich fantazji pyta raczej: dlaczego jedyne kobiety, które jest w stanie (i tylko do pewnego stopnia) akceptować faszysta – czy szerzej: mężczyzna-żołnierz – to jego matka (najlepiej, żeby była wdową), jego siostra (nad którą trzyma pieczę) oraz siostra przyjaciela (o której przyzwoite prowadzenie dba)? Dlaczego żywi on, co Theweleit pokazuje na podstawie analizowanych tekstów, nienawiść do zmysłowej, potrafiącej doznawać rozkoszy oraz autonomicznej kobiety? Dlaczego pragnie do niej strzelać, zamordować ją, rozbić kolbą karabinu jej twarz na krwawą breję (a nie raczej ją zgwałcić, co wydawałoby się bardziej typowym zachowaniem żołnierza)?

Podobnie Theweleit postępuje w przypadku antysemickiej propagandy czy nienawiści do mas: nie zakłada pomyłki czy wręcz projekcji (choć zarazem potrafi rozpoznać halucynacje czy urojenia tam, gdzie rzeczywiście one występowały), ale wsłuchuje się w to, co ci mężczyźni-żołnierze mówią. Jak sam zauważa: „[w]ydaje się, że o faszyzm zbyt rzadko pytano dotąd samych faszystów, zbyt często zaś tych, którzy rzekomo go przejrzeli (lecz nie byli w stanie pokonać)” (s. 101–102). Jedną z największych zalet Męskich fantazji jest niezrównany empiryzm ich autora. Nie tylko przedarł się on przez morze tekstów źródłowych (pisane przez członków Freikorps powieści, dzienniki, pamiętniki, listy, artykuły prasowe oraz inne publikacje z epoki), ale przede wszystkim potrafił otworzyć się na ich zawartość, nie narzucać na nie swoich, z góry założonych opinii. „Opracowywany materiał miał tu pierwszeństwo przed interpretacjami” (s. 39). Mimo wyraźnego przywiązania do perspektywy psychoanalitycznej (o czym dalej) oraz marksistowskiej, Theweleit nie ma najmniejszych problemów z odrzuceniem związanych z tymi dyskursami schematów myślowych – o ile tylko okazują się one nieprzystające do analizowanych tekstów. To lekcja, którą powinni odrobić autorzy krytykujący przeciwników gender studies albo przyjmowania uchodźców z Syrii – wsłuchać się uważnie w to co mówią, uwierzyć im, że trafnie uchwycili rzeczywistość i następnie zapytać: co takiego jest w tych ludziach, w ich psychofizycznej konstytucji, że pałają taką nienawiścią do muzułmanek albo transseksualistów?8

Zacytujmy raz jeszcze Szwabowskiego: „tak jak w przypadku antysemityzmu, który stanowił prymitywną formę krytyki kapitalizmu” – to typowo lewicowa projekcja. Theweleit wiele uwagi poświęca pokazaniu, że realnym (tzn. stwarzającym realne zagrożenie) wrogiem mas, które „uległy” faszyzacji, wcale nie byli bogaci przedsiębiorcy. Nawet antysemityzm nie kierował się, jak głosi kolejne oklepane wyjaśnienie, w pierwszej kolejności przeciw Żydowi-bankierowi, ale przeciw Żydowi-lubieżnemu, a w szczególności przeciw lubieżnej Żydówce.

Męskie nasienie w czasie współżycia jest częściowo lub całkowicie przyswajane przez kobietę i w ten sposób wnika do jej krwiobiegu. Jedno jedyne współżycie Żyda z aryjską kobietą wystarcza, aby zatruć jej krew na zawsze. […] Teraz wiemy, dlaczego Żydzi używają każdego uwodzicielskiego podstępu, by zgwałcić niemieckie dziewczęta w jak najmłodszym wieku; dlaczego żydowski lekarz gwałci swe pacjentki, gdy są one uśpione (J. Estreicher, cyt. za: K. Theweleit, s. 508–509).

Aby uniknąć nieporozumień warto podkreślić, że Theweleit nie twierdzi, że antysemicka (a razem z nią antysocjalistyczna) propaganda kierowała się wyłącznie przeciw „rozpuście” Żydów (i proletariuszy). Oczywiście występowały w niej również oskarżenia o wyzysk ekonomiczny oraz o „wampiryzm” (od wypijania krwi nie-Żydów, zwłaszcza dzieci, po związek z tym, co martwe, z obumarłym życiem). Wskazuje on jedynie, że napiętnowanie seksualności grało w owej propagandzie rolę fundamentalną.

Krytycy postaw anty-islamskich wykonaliby lepszą robotę, gdyby zamiast przywoływać pojawiające się przy wyjątkowych okazjach (jak sytuacja w Syrii), ugrzecznione – bo przedstawiane w mass mediach – zarzuty o obciążeniu budżetu, wzięli na warsztat to, co od lat mówi się „na dole”. Częściej słychać tam gniewne wypowiedzi o przyjeżdżających na wymianę arabskich studentach, którzy sypiają z Polkami, niż o zabieranych miejscach pracy. A i w niedawnych dyskusjach o uchodźcach jednym z najczęściej stosowanych argumentów był ten, o przeważającej ilości młodych mężczyzn wśród imigrantów…

– Język „białego terroru” –

Ani analiza w kategoriach formy państwa, ani szukanie przyczyn ekonomicznych, ani wreszcie krytyka ideologii – na czym zatem polega specyfika metody Theweleita (oprócz jego niedoścignionego empiryzmu)? Podstawowym przedmiotem rozważań w Męskich fantazjach nie są ani statystyki dotyczące liczby zamordowanych, ani hierarchia i relacje pomiędzy dowódcami, ani opis wykorzystywanego uzbrojenia, ani analiza taktyki w poszczególnych bitwach – są to natomiast teksty, głównie literackie, pisane przez żołnierzy należących do Freikorps. Podjęte badanie dotyczy zatem – przynajmniej w pierwszym kroku – języka. Jednak nie z uwagi na to, co on „wyraża” albo „znaczy”. Takie podejście ponownie sytuowałoby nas w ramach krytyki ideologii, byłoby pytaniem o to, czy poszczególne sądy faszystów prawidłowo „oznaczają” rzeczywistość. Theweleita interesuje natomiast to, jak ten język funkcjonuje9, jak strukturyzuje (koduje) on rzeczywistość oraz jak zakorzenia się w ciele.

Poprzez stosunek do własnego ciała i do innych ludzkich ciał kształtuje się stosunek każdego ciała ludzkiego do świata obiektów, stąd zaś wynika jego sposób mówienia o sobie, obiektach oraz relacjach z obiektami. Jak mówi o tych relacjach „mowa faszystowska”? – oto kierunek, w którym będzie podążało nasze zapytywanie (s. 38).

Można by powiedzieć, że wychodzi się tu od języka po to, by dotrzeć do ciała. Na taki zabieg pozwala Theweleitowi badanie pojawiających się mowie faszystowskiej afektów – owe afekty nie są przy tym rozumiane po prostu jako prywatne, wewnętrzne, czysto psychiczne emocje jednostki, ale jako pewne stany ciała. Za przykład niech posłużą sporządzone przez Hansa Schwarza van Berka oraz kapitana Schneidera opisy wydarzeń na zamku Sythen (splądrowanym przez Armię Czerwoną). Przykładowo Schneider w artykule dla „Berliner Tag” pisze:

[…] dziwki przebrane za pielęgniarki. Każdy kradnie, rabuje, plądruje, przeczesuje kuchnię i piwnice […] raban trwa całą noc. Drzwi się rozpadają, trzaskają półki. Nagie kobiety stoją przed szafami pełnymi ubrań hrabiny i przymierzają je. W korytarzach i pokojach gościnnych pokłada się horda ponad stu ludzi, w tym jakichś czterdziestu „pielęgniarek”, mężczyźni i kobiety, wszyscy jednakowo w sztok pijani (cyt. za s. 97).

Szczegółowo odmalowali oni zajścia, które miały tam miejsce, przy czym, co niezwykle istotne, żaden z nich nie był naocznym świadkiem wydarzeń. Jako takie właśnie można je co prawda badać z perspektywy ich prawdziwości, by wykazać zgodność/niezgodność z faktami. Można jednak te teksty potraktować nie jako świadczące o zewnętrznej rzeczywistości, ale – co bardziej wartościowe naukowo – o samych ich autorach oraz o ich sposobie pisania.

Obaj autorzy piszą tak, jak gdyby byli na miejscu, co więcej: jak gdyby sami popełniali opisywane czyny w akcie ich opisywania. „Drzwi się rozpadają, trzaskają półki” – autor stoi w samym centrum wydarzeń, bez żadnego dystansu. To nie jest relacja – na poziomie afektywnym on towarzyszy owym czynom. Pisanie samo zdaje się sposobem na to, by dać upust agresji. […] Opisują oni to, co sami zrobiliby na miejscu Czerwonych albo co wręcz zrobili, stacjonując w rozmaitych zamkach jako członkowie oddziałów Reichswery lub Freikorpsów. Niewykluczone, że mamy tu do czynienia nawet nie tyle ze zmyśleniami, ile z fałszowaniem dat i nazwisk (s. 97, pierwsze podkreślenie – CR).

Z pewnością te teksty „w mniejszym lub większym stopniu są również tekstami o przedstawianych przedmiotach” (s. 99), przede wszystkim jednak wskazują na pewne stany cielesne (np. zesztywnienie mięśni, wzburzenie, podniecenie albo utrata ostrości widzenia) oraz przymusy, jakim podlegają ich autorzy. Aby wydobyć owe afekty oraz myślowe schematy Theweleit przykłada wagę nie do specyfiki indywidualnych autorów, lecz poszukuje raczej pewnych powtarzających się motywów: konstelacji językowych albo uniesienia towarzyszącego wielokrotnie i w różnych tekstach opisywaniu pewnych obiektów.

„Kobiety”, „baba z karabinem”, „komunizm”, „kurestwo”, „kastracja”, „zamek”, „granaty”, „hrabina” – wszystkie te słowa prowadzą do wyłonienia się wielkich afektywnych intensywności. Wydaje się to wręcz ich najważniejszą cechą. […] Z różnorodności pojedynczych faktów i sprzecznych cech rzeczywistości wyciąga się tu bardzo niewiele, a do tego zawsze to samo, tak że „wybór” ten jawi się w końcu jako pewien przymus (s. 99–100).

Dopiero przyjęcie takiej perspektywy pozwala nam zrozumieć jak funkcjonowała faszystowska propaganda i jakie społeczne funkcje pełniła faszystowska literatura. Nie była ona przekaźnikiem idei, ale narzędziem kodowania pragnienia. Język, jakim posługuje się faszysta, nie odwołuje się do pierwotnych znaczeń słów, nie ma również na celu przekazywania informacji, nie jest to język komunikacji, lecz nadawania rozkazów. Na tę funkcję języka zwracali uwagę także Deleuze i Guattari:

Język bowiem powstał nie tyle w tym celu, by pokładać w nim wiarę i ufność, ile po to, by być wobec niego posłusznym i z jego pomocą wymuszać posłuszeństwo. […] Dostrzec to można wyraźnie w komunikatach wydawanych przez policję czy rząd, które nie dbają zgoła o prawdopodobieństwo czy wiarygodność, a jasno i wprost wypowiadają to, czego należy przestrzegać i co należy zachować w pamięci. […] Informacja jest ściśle określonym minimum koniecznym do wydania przekazu i podporządkowania się nakazom jak rozkazom10.

Gdy członek Freikorps w swojej powieści albo artykule prasowym zestawia takie słowa jak „żydowskość”, „lubieżność” i „syfilis” to formułuje on skierowany do społeczeństwa nakaz: „umrzesz (zachorujesz) jeśli prześpisz się z Żydówką”. Istotna jest jednak nie tylko ta formułka, ale niesiony przez nią kod: „rozkosz jest groźna”, a w konsekwencji: „musisz zablokować, powstrzymać swoje pragnienie”. Analogiczną rolę spełnia inwektywa „wszystkie kobiety to dziwki” – niesie ona kod: „rozkosz i swoboda są czymś godnym potępienia”.

Warto w tym miejscu wrócić do jeszcze jednej kwestii z poprzedniego paragrafu. Zdaniem Theweleita ten element faszystowskiej propagandy, jakim było oskarżanie Żydów o wyuzdanie, a komunizmu o bycie „prostytucją mas”, miał na celu jednakowe ich zakodowanie: pozwalają one sobie na, zakazaną przecież, rozkosz. „W trakcie procesu w Norymberdze generał Jodl wygłosił pogląd, że »identyfikacja żydostwa z komunizmem« była w istocie jedynym chwytem nazistowskiej propagandy, na który »nabrał się« naród niemiecki” (s. 511). Dzięki takiemu kodowaniu (pragnienia) została stworzona podstawa dla absurdalnego, wręcz nielogicznego równania: marksizm = kapitalizm. „Marksizm jest aniołem stróżem kapitalizmu. Głosuj na listę narodowych socjalistów” – głosił napis na jednym z plakatów wyborczych (patrz: s. 855).

– Kto nie słuchał Poppera –

Kilkukrotnie podkreślałem, że zawarte w Męskich fantazjach rozważania krążą wokół kwestii pragnienia. Jeśli analizuje się tu język, to tylko po to, aby dotrzeć do faszystowskiej struktury pragnienia. Badanie tejże wymaga jednak innych niż filologiczne narzędzi. To miejsce, w którym Theweleit sięga po psychoanalizę: to w niej bowiem dostrzega właściwą metodę badania dynamiki ludzkich afektów, pragnień i potrzeb. Warto poświęcić tej kwestii kilka słów, choćby z uwagi na złą sławę, jaką w Polsce ma psychoanaliza. To, że wzbudza ona zwykłe, społeczne kontrowersje nie jest niczym zaskakującym – intrygujący jest jednak wysiłek, jaki wkłada się w to, aby ową kontrowersję przenieść również na poziom specjalistyczny. Na przeważającej większości kierunków psychologicznych oraz filozoficznych studenci obowiązkowo zapoznają się ze sformułowaną przez Karla Poppera krytyką psychoanalizy. Nie wchodząc w szczegóły – zainteresowany czytelnik z pewnością odnajdzie w Internecie jedno z setek omówień lub parafraz – wystarczy powiedzieć, że Popper zarzuca psychoanalizie nienaukowość wynikającą z tego, że jest ona systemem niewywrotnym, niemożliwym do skrytykowania, tzn. niefalsyfikowalnym (zaś właśnie falsyfikowalność, wedle Poppera, stanowi o naukowości).

Wydaje się, że Theweleit – w specyficznym dla siebie stylu – mógłby przyklasnąć Popperowi: starzejący się i przez to mściwy Freud postanowił utrudnić życie swym następcom tworząc z psychoanalizy metafizyczny system. Mniej więcej w roku 1920 austriacki myśliciel postanowił uporządkować „wielorakość i sprzeczny charakter ustaleń, do których zdążył dojść” (s. 208) w pewien spójny system, w którym czołową rolę gra kompleks Edypa oraz teoria trójskładnikowego (To/Ja/Nad-ja) aparatu psychicznego. Popper i jego wyznawcy wyciągają jednak z tego faktu (przemiany psychoanalizy w zamknięty na kontakt z rzeczywistością system) absurdalny i zupełnie niezrozumiały wniosek: psychoanalizę należy zignorować. Nie poprawić, nie przebudować, nie dotrzeć do jej nie-metafizycznych źródeł, aby ukonstytuować jakąś (weryfikowalną) naukę o afektach i pragnieniach, ale właśnie – zignorować 11. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że sam Popper wpisywał się w nurt krytyków totalitaryzmu, a więc tych, którzy zajmują się rozprawianiem o ogólnikach (formie państwa) i nie schodzą na poziom empirii12 (jednostki i jej psychofizycznej konstytucji, jej pragnienia mordu albo pragnienia przyjemności).

Na całe szczęście Theweleit nie podąża tą ścieżką. Traktuje pisma Freuda (zwłaszcza wczesne pisma) jako doskonałe case studies i stawia przed swoimi analizami to samo zadanie: raczej wykuwać pojęcia pod wpływem opracowywanego materiału, niż aplikować gotowe schematy13. Jeśli nawet pojawia się tu (zwłaszcza w pierwszym tomie) typowy dla ortodoksyjnej psychoanalizy język: „kastracja”, „Edyp”, „projekcja”, „wyparcie”, „pragnienie kazirodcze” – to jednak tylko po to, by ukazać jego nieprzystawalność do empirycznych danych. Przykładowo: jaki sens miałaby tu deszyfracja symboli, skoro niemieccy mężczyźni-żołnierze nie śnili o mordowaniu, lecz mordowali naprawdę? Krytyka freudyzmu (niezamierzona zresztą – patrz: s. 226) nie prowadzi jednak do całkowitego odrzucenia psychoanalizy. Ta bowiem – dobrze, czyli nieortodoksyjnie, użyta – jest metodą, która pozwala analizować funkcjonowanie języka14, dynamikę afektów czy strukturę pragnień. W tym miejscu postawa Theweleita zbiega się z postawą dwóch francuskich myślicieli, Deleuze’a i Guattariego, których Anty-Edyp miał niezwykle duży wpływ na ostateczny kształt Męskich fantazji.

– Deleuze & Guattari fight back

Podczas jednego ze spotkań „Czytania Anty-Edypa”, seminarium organizowanego przez Machinę Myśli, poprosiłem uczestników o przeczytanie fragmentu Męskich fantazji. Jedna z osób – zmęczona i zirytowana powolnością dotychczasowej analizy niełatwego tekstu Deleuze’a i Guattariego – zapytała wówczas: po co w ogóle czytaliśmy tego Anty-Edypa, nie mogliśmy od początku omawiać książki Theweleita? Z pewnością znajomość pierwszego tomu Kapitalizmu i schizofrenii nie jest konieczna do tego, żeby przeczytać i zrozumieć Męskie fantazje15. Ambicją niniejszego tekstu jest jednak „podbicie” kompetencji czytelnika, umożliwienie mu czerpania większych korzyści z książki Theweleita. O tyle warto na koniec omówić kilka różnic między freudowską psychoanalizą a deleuzoguattariańską schizoanalizą.

Teoria Freuda, zwłaszcza w swojej późnej, usystematyzowanej wersji, przywiązuje ogromną wagę do instancji „Ja”, które funkcjonuje jako pośrednik pomiędzy „Tym” (dziką głębią pierwotnych popędów) a rzeczywistością. „Ja” dba o to, by nasze popędy nie wyładowywały się bezpośrednio, ale były sublimowane – dzięki czemu możliwe jest harmonijne życie społeczne. Analiza pozostawionych przez członków Freikorps tekstów każe jednak powątpiewać w to, czy w ogóle wykształciło się w nich coś takiego jak „Ja” w sensie freudowskim (tzn. jako pewna instancja wewnętrzna). Doświadczane przez nich procesy zamazania granic, rozpadu i halucynacje, następnie pragnienia (raczej chęć brodzenia we krwi niż jakiś stosunek do własnych rodziców), sposób działania języka (nie ma on charakteru symbolicznego, ale raczej percepcyjno-afektywny) czy wreszcie brak relacji z „całościowym” obiektem – wszystko to jest niemożliwe do opisania w języku klasycznej psychoanalizy. Ich „psychika” działa nie w oparciu o neurotyczny konflikt (tzn. konieczność uporania się ze sprzecznymi pragnieniami), ale raczej w oparciu o tzw. zaburzenie pierwotne. To ostatnie polega na nieprawidłowym wyjściu (a właściwie: braku tego wyjścia) z „fazy symbiotycznej” – relacji, w której nowonarodzone dziecko żyje w swoistej symbiozie z opiekunem oraz nie jest w stanie poczuć i rozpoznać granic własnego ciała. Efektem nieudanego opuszczenia fazy symbiotycznej jest brak „Ja”, a tym samym specyficznych dla niego mechanizmów, takich jak sublimacja, wyparcie, projekcja czy interpretacja. To wszystko zbliżałoby opisywanych przez Theweleita mężczyzn-żołnierzy do psychotyków. Ci ostatni są jednak niedostosowani do rzeczywistości, nie radzą sobie w społeczeństwie – przeciwnie Freikorpsowcy: byli wyjątkowo skuteczni, w końcu stworzyli oni swoją Rzeszę przyszłości16.

Konieczna jest zatem jakaś inna koncepcja kompozycji psychofizycznej (albo: nieświadomości), niż ta, która w centrum umieszcza kategorię pewnego całościowego, będącego jednością „Ja” nakierowującego się na inne całościowe obiekty: matkę, ojca itd.

Nieświadomość […] nie zna żadnych imion, osób, ani rodziców, nie ma też pamięci. Nie produkuje żadnych obrazów i nie ma nic wspólnego z żadnym wyrazem czy znaczeniem. Nie istnieje też żaden uprzywilejowany dla nieświadomości obiekt. Nie jest nim nawet matka. Całościowe obiekty, osoby w ogóle nie są uprzywilejowanymi obiektami produkcji pragnącej (s. 214, przekład nieznacznie zmodyfikowany).

Potrzeba zatem teorii raczej „cząsteczkowej”, pozwalającej na analizę „molekuł”, z których składa się nasz aparat psychofizyczny (a które poprzedzają mogące się z nich ewentualnie wyłonić „Ja”). Taką koncepcję Theweleit odnalazł właśnie w Anty-Edypie Deleuze’a i Guattariego17.

W owej książce wprowadzona zostaje koncepcja produkcji pragnącej operującej na poziomie maszyn pragnienia. Te ostatnie są właśnie wspomnianymi „molekułami”: same w sobie nie są całościami (choćby malutkimi), ale tworzą całości dopiero w pewnych układach, jako swoiste „efekty powierzchniowe”.

Małe dziecko nie postrzega karmiącej je matki jako „Matki” w sensie jakiejś całości […]. Nawiązuje ono kontakty z poszczególnymi częściami matczynego ciała, przy czym najważniejszy jest kontakt ust z matczyną piersią podczas ssania. Pierwszą znaczącą relację ze światem zewnętrznym nawiązuje więc za pośrednictwem [maszyny pragnienia – CR] „pierś” (s. 215).

Maszyny pragnienia to – w uproszczeniu – organy produkujące materialne przepływy (np. pierś matki produkująca strumień mleka, odbyt produkujący strumień gówna, itd.). Produkcja pragnąca polega zaś na łączeniu ze sobą owych maszyn pragnienia, na tworzeniu z nich owych układów. Pragnienia nie należy zatem rozumieć jako jakiejś fantazji czy zachcianki – jako czegoś „psychicznego”. Nie jest ono również czymś wynikającym z braku (jak twierdzi psychoanaliza, ale i potoczne rozumowanie). Pragnienie to pozytywny proces produkowania realnych efektów: wytwarzania kolejnych połączeń, montowania nowych układów, eksperymentalnego używania organów.

Za pewien wyidealizowany model niech posłuży nam tu małe dziecko: najpierw połączyło usta z piersią matki, ale następnie połączyło te usta ze swoim kciukiem, a następnie połączyło rączkę ze znalezioną w łóżeczku zabawką, a następnie połączyło zabawkę ze swoimi ustami, a następnie wzięło kolejną zabawkę, a następnie wierzgnęło i uderzyło się (połączyło swoją nóżkę z barierkami łóżeczka), a następnie… Nawet pierwsza z wymienionych syntez (usta-pierś) nie jest napędzana brakiem: dziecko pożywia się nie dlatego, że mu brakuje pokarmu. Nie oznacza to jednak, że jedzenie jest jakąś jego fanaberią. Pożywia się ono dlatego, że chce zyskać więcej mocy (energii, dzięki której rozwinie się i będzie mogło więcej z-działać). Już Nietzsche wskazywał na idiotyczność takiej formułki jak „wola życia” – wola jest zawsze wolą mocyF. Nietzsche, Wola mocy, §303: „Weźmy najprostszy wypadek odżywiania się pierwotnego: protoplazma wyciąga swe pseudopodia, żeby poszukać czegoś, co stawia jej opór — nie z głodu, lecz z woli mocy. Następnie czyni próbę pokonania tego, przywłaszczenia, wcielenia: to, co nazywa się »odżywianiem«, jest tylko zjawiskiem następczym, zużytkowaniem owej pierwotnej woli stania się silniejszym”.'>18. Synteza, eksperyment, montaż mają na celu właśnie wzrost mocy (tzn. zwiększenie możliwości, rzeczy, które mogę zdziałać, albo – jak mawiał Spinoza – zwiększenie zdolności pobudzania). Pragnienie, w tym rozumieniu, to nie marzenie o wycieczce w tropiki, ale raczej wzięcie do ręki młotka i wbicie gwoździa… albo chwycenie za karabin i rozbicie komuś twarzy na miazgę. To właśnie ma na myśli Theweleit, gdy mówi, że faszyzm nie jest kwestią formy państwa, błędnego rozpoznania albo uwiedzenia mas, lecz właśnie kwestią pragnienia = produkcji realności. „Tym samym zostaje postawione pytanie o to, dlaczego produkcja pragnąca w określonych warunkach może stać się produkcją mordu” (s. 224, przekład nieznacznie zmodyfikowany).

Tak ujęte pragnienie ma charakter wyraźnie „fizyczny”, cielesny (widoczne jest to już w uznaniu organów i materialnych przepływów za podstawowe składniki nieświadomości). Mimo wszelkich subtelności i zastrzeżeń, jakie możemy znaleźć u Freuda, Lacana i wielu innych psychoanalityków (pewien wyjątek stanowią tu psychoanalityczki zajmujące się małymi dziećmi), ich analizy skupiają się na warstwie „imaginacyjnej”, zaś ich rozumienie pragnienia oraz nieświadomości ma charakter „psychiczny”, wewnętrzny, „duchowy”, mentalny, umysłowy, czy jak to sobie jeszcze nazwiemy. Deleuze i Guattari dają natomiast podstawy dla – jak sami to ujmują – psychiatrii materialistycznej. Analizie poddaje się tu nie „psychikę” (czyli wyobrażenia) oraz język (rozumiany jako sposób interpretacji owych wyobrażeń), ale to, co rzeczywiście dzieje się z ciałem i jego materialnymi przepływami. Jak pisze Theweleit: „[h]istorycy dotychczas nie interesowali się tym, co faktycznie przydarzało się ciałom ludzi, ani tym, co ludzie ci czuli” (s. 367). Tylko w oparciu o materialistyczną psychiatrię da się uprawiać prawdziwie materialistyczną historię (to lekcja, której – zdaniem Theweleita – lewica wciąż nie odrobiła, patrz: s. 437).

Za przykład niech posłuży nam to, co dzieje się w szkołach dla kadetów, w których rosną przyszli Freikorpsowcy. Theweleit opisuje je w jednym z najlepszych (i – to nie przypadek – jednym z najbardziej deleuzoguattariańskich) podrozdziałów, zatytułowanym „Seksualność i dryl”. Przedstawia on tam transformację, jakiej pod wpływem drylu ulegają w owych placówkach młodzi chłopcy (w większości jeszcze dzieci: trafiali tam zwykle w wieku około dwunastu lat). W oparciu o wspomnienia jednego z nich (Ernsta von Salomona) odmalowany zostaje obraz miejsca, w którym nieustannie zmusza się dzieci do podejmowania ogromnego wysiłku fizycznego, stosuje wobec nich brutalną przemoc i zachęca je do stosowania jej na sobie nawzajem, pozbawia się je prywatności itp. Spośród gamy „procedur” wybieram jedną:

[n]ikt tu nie udziela pouczeń. O każdym błędzie kadet dowiaduje się dopiero w momencie wykroczenia – po i dzięki reakcji tego, który już wie. Dlatego każdy nowicjusz […] musi popełnić wszystkie błędy swoich poprzedników, którzy wiedzą o tym i tylko na to czekają, żeby niejako zwrócić nowym to, czego sami wcześniej doświadczyli. Stosują zasadę sprawiedliwości: równe cierpienie dla wszystkich. […] Kary, jakie kadeci nakładają na siebie, są wyłącznie cielesne (s. 636–637).

Z perspektywy klasycznej psychoanalizy moglibyśmy się tu doszukiwać jakichś zapędów sadomasochistycznych, albo bezskutecznie próbować zlokalizować Imię Ojca (instancję odpowiedzialną za formowanie zakazów). Czujemy jednak, że to wszystko nie trafia w sedno: coś tu się dzieje nie na poziomie prawa czy („dewiacyjnej”) przyjemności, ale na poziomie samego ciała: każde nieprawidłowe połączenie maszyn pragnienia jest brutalnie karane. Każdy eksperyment (zrobienie czegoś nowego) grozi surową, fizyczną karą. W efekcie lepiej powstrzymać się przed wypróbowywaniem nowych syntez, poszukiwaniem nowych układów – w ten sposób uniknie się ryzyka.

Zapożyczona od Deleuze’a i Guattariego perspektywa pozwala Theweleitowi analizować konstytucję psychiczną faszysty nie z perspektywy tego, co się dzieje w „psychice” faszysty (o czym myśli, w co wierzy, co mówi, jakie ma poglądy), ale z punktu widzenia tego, co dzieje się z jego ciałem. Faszyzm nie jest bowiem konstruowany na poziomie idei, lecz na poziomie samej cielesności. Stąd uwaga, jaką Theweleit poświęca syntezom maszyn pragnienia: ramię kadeta i uderzająca w nie zaciśnięta pięść oficera, tyłek chłopca i rzemienny bicz, jakim okładają go inni uczniowie, palące płuca (w wyniku zbyt wielu przymusowych skoków do wody), maszerujące równo obok siebie nogi, naprężone do granic możliwości mięśnie, gdy stoi się na baczność. „Kadet może wybierać co najwyżej między różnymi karami. Chłosta albo zakaz urlopu – już lepiej dostać lanie. Ciało zażywa ataku za atakiem, aż wreszcie się uzależnia” (s. 637). Jednym z najważniejszych celów drylu jest zablokowanie produkcyjnej mocy pragnienia (może lepiej byłoby powiedzieć: takie jego skanalizowanie, że staje się ono wyłącznie produkcją mordu i walką z wszelkim twórczym pragnieniem). I ten właśnie wniosek okazuje się niezwykle istotny dla przeprowadzanych przez Theweleita analiz oraz zrozumienia poszczególnych etapów jego książki19. Kwestia faszyzmu nie dotyczy formy państwa, gospodarki czy ideologii, ale ciał i sposobu w jaki one pragną.

Problem tkwi w tym, że ciała spinają się, gdy powinny odczuwać przyjemność, że pocą się, zamiast kochać, że delikatność członka w erekcji jest wypierana przez niezadowoloną kość, a pragnienie, by wniknąć w ciało innego, zmienia się w akt morderstwa; w tym, że zetknięcie dwóch powierzchni skóry nie prowadzi do odprężenia, oczyszczenia i ponownych narodzin, lecz wywołuje napięcie, oznacza zbrukanie i śmierć (s. 422).

Faszyzm okazuje się nie tyle walką z „żydostwem” albo walką z socjalizmem, ale walką z produktywnym pragnieniem i ściśle z nim związaną rozkoszą. I właśnie dlatego zawsze może powrócić: wystarczy odpowiednio wytresować nasze ciała…

  1. Wszystkie numery stron, podane w nawiasach okrągłych, odnoszą się do: K. Theweleit, Męskie fantazje, tłum. M. Falkowski, M. Herer, Warszawa 2015.
  2. Uprzedzając ewentualne wątpliwości warto zaznaczyć, że rozważania Theweleita nie wpisują się w intelektualny bełkot, wedle którego „faszyzm jest wszędzie” – w konieczności przestrzegania przepisów drogowych, odrabiania zadań domowych czy wręcz strukturze ludzkich białek.
  3. Warto przypomnieć czytelnikowi, że Ernst Jünger był nie tylko pisarzem, ale również „zasłużonym” (oczywiście, jeśli za zasługę uznać zabijanie innych ludzi) weteranem I wojny światowej, odznaczonym m.in. Krzyżem Żelaznym I klasy. Jego powieść W stalowych burzach przedstawiająca doświadczenie frontowe była jednym z najpopularniejszych dzieł okresu międzywojennego; nie ma też wiele przesady w stwierdzeniu, że każdy żołnierz Trzeciej Rzeczy dostawał do plecaka dwie książki: Mein Kampf Hitlera oraz W stalowych burzach Jüngera.
  4. Niektóre pomysły, przedstawione w powyższym akapicie, pochodzą od Mateusza Falkowskiego oraz Michała Herera, prowadzących otwarte seminarium „Mężczyźni, faszyzm, pragnienie” poświęcone Męskim fantazjom Klausa Theweleita.
  5. Mam tu na myśli badania przeprowadzone przez zespół, do którego należał m.in. inny uciekinier z Niemiec, Theodor W. Adorno. Choć wnioski, przedstawione w książce Osobowość autorytarna (warto zaznaczyć, że polskie wydanie jest niepełne), wzbudziły wiele wątpliwości, głównie natury metodologicznej, to jednak na uwagę wciąż zasługuje zebrany wówczas materiał empiryczny, przede wszystkim wypowiedzi członków amerykańskiego społeczeństwa. Podważają one tezę Arendt i jej podobnych o formie państwa stojącej za faszyzmem.
  6. Taka próba miała zresztą miejsce w Niemczech w latach 20. XX wieku. Theweleit poświęca tej sprawie sporo uwagi – przede wszystkim w celu pokazania stosunku Freikorpsowców do strajkujących robotników. Ciekawy komentarz podsumowujący te rozważania pojawia się na s. 437: „Sukces faszyzmu dowodzi, że masy, które za nim poszły, cierpiały bardziej z powodu swojego stanu wewnętrznego niż głodu czy bezrobocia. […] Faszyzm poucza nas właśnie o tym, że człowiek uwięziony w samym sobie, w swym cielesnym pancerzu, poddany społecznym przymusom, w pewnych okolicznościach woli wybuchnąć niż najeść się do syta, i że jego polityka może polegać na organizowaniu takich wybuchów, a nie na wdrażaniu porządku ekonomicznego obiecującego kolejnemu pokoleniu dożywotnią perspektywę pełnego brzucha”.
  7. Takie podejście prezentuje m.in. Robert O. Paxton, w swojej Anatomii faszyzmu, tłum. P. Bandel, Poznań 2005.
  8. Ujmując rzecz nieco inaczej: jeśli jakiś mężczyzna odczuwa odrazę lub gniew na widok innego mężczyzny ubranego w damski sweter lub niosącego damską torebkę, to nie ma w tym żadnej projekcji, żadnej ideologii. Pierwszy z wymienionych mężczyzn całkowicie prawidłowo rozpoznał rzeczywistość: z tym drugim mężczyzną „coś jest nie tak”, tzn. podważa on wzorzec męskości, jaki pragnie reprodukować ten pierwszy.
  9. Pragnę wyraźnie podkreślić: nie chodzi tu o jakieś inne ujęcie znaczenia – funkcjonalne, zamiast opisowego. Theweleit mówi bardzo dosłownie: język tych mężczyzn-żołnierzy nic nie znaczy i nic nie wyraża (poza jedną, szczególną sytuacją sprawozdania z pola bitwy). Co prawda piszą oni w taki sposób, w jaki działa zwykły język, np. opisując („oznaczając”) wydarzenia albo osoby, jednak – zdaniem Theweleita – jest to tylko naśladowanie, samo w sobie puste, tego, jak językiem posługują się inni ludzie. Za analogię może posłużyć nam komputer, który zaprogramowano tak, aby „wyrzucał” na ekranie zdania oznajmujące: czytelnik będzie uważał, że zawarte są w tych zdaniach jakieś twierdzenia, ale sam komputer niczego nie twierdzi, jedynie realizuje instrukcję. Osoby zainteresowane Theweleitowskim podejściem do języka odsyłam do stron 38–39 (w tym niezwykle istotnym przypisem 51), 96–102 oraz 219–222, 671–677.
  10. G. Deleuze, F. Guattari, Tysiąc plateau, tłum. anonimowe, Warszawa 2015, s. 88.
  11. Dlaczego zignorować a nie poprawić? Bo tak naprawdę to nie jej nieweryfikowalność stanowi dla nich problem, ale właśnie potoczna kontrowersja: seksualność, Edyp, kazirodztwo, nieświadomość. Argumenty Poppera służą tu tylko do racjonalizacji własnych uprzedzeń.
  12. Warto pamiętać, że swoje Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie Popper pisał podczas II wojny światowej, przebywając na emigracji w Nowej Zelandii. Miał tam ograniczony, albo zgoła żaden dostęp do materiałów źródłowych (jak choćby właśnie tekstów pisanych przez nazistowskich żołnierzy). Wygodny sposób, by nie otarłszy się o empirię pisać prawdy objawione (bo skoro nie pochodzące z empirii, to skąd?) w duchu naukowej rzetelności.
  13. Jak sam wyznaje: „Z doświadczenia własnego kontaktu z tymi tekstami wiem, że «automatyczną» skłonność do «stosowania» Freudowskich pojęć do analizy mężczyzn-żołnierzy odczuwam wówczas, gdy nie mam przed oczyma oryginalnych tekstów – piszę wówczas o nich albo na ich temat” (s. 229).
  14. Warto może przypomnieć, że przed Freudem żaden z psychologów nie zwracał uwagi na mowę „szaleńca” – była ona traktowana jako nieistotny bełkot, co najwyżej zaświadczający o nienormalności. To dopiero Freud postanowił przysłuchać się temu, co mówią osoby z „zaburzeniami nerwowymi” i poddać ich język analizie. Z perspektywy Theweleita błędem Freuda było, że zabrakło mu odwagi, by równie poważnie potraktować to, co mówiły faszystowskie masy wokół niego – „psychoanaliza przestraszyła się własnego radykalizmu: pod jej odważnym spojrzeniem społeczeństwo nieuchronnie jawiłoby się jako mordercze” (s. 860).
  15. Warto jednak przeformułować wspomniane pytanie: czy Theweleit napisałby Męskie fantazje, gdyby nie znał Anty-Edypa? Najprawdopodobniej tak – jaki jednak kształt miałaby wówczas ta książka? By lepiej uchwycić wagę tego problemu warto postawić kilka analogicznych: jak wyglądałaby rewolucja październikowa, gdyby Lenin nie znał pism Marksa? Albo: czy Einstein sformułowałby swoją Ogólną Teorię Względności, gdyby matematycy tacy jak Bolyai i Reimann nie rozwinęli koncepcji geometrii nieeuklidesowej?
  16. Warto też zauważyć, że psychotyk nie kontroluje swojego pisania, przeciwnie faszyści – pisali poprawnie, w sposób w pełni zdyscyplinowany.
  17. Więcej o Anty-Edypie pisałem we Wprowadzeniu do lektury „Anty-Edypa”. Postawiłem tam jednak nacisk na leżącą u podstaw myśli Deleuze’a i Guattariego ontologię, niemal pomijając kwestię krytyki psychoanalizy.
  18. Patrz: F. Nietzsche, Poza dobrem i złem, §13, §36. Ponadto F. Nietzsche, Wola mocy, §303: „Weźmy najprostszy wypadek odżywiania się pierwotnego: protoplazma wyciąga swe pseudopodia, żeby poszukać czegoś, co stawia jej opór — nie z głodu, lecz z woli mocy. Następnie czyni próbę pokonania tego, przywłaszczenia, wcielenia: to, co nazywa się »odżywianiem«, jest tylko zjawiskiem następczym, zużytkowaniem owej pierwotnej woli stania się silniejszym”.
  19. Ów dryl, razem z opisanym wyżej kodowaniem pragnienia, ma na celu wytworzenie u mężczyzny „cielesnego pancerza”. Twórcze pragnienie i rozkosz są natomiast czymś, co rozpuszcza ów pancerz – stąd atak, jaki kieruje na nie faszysta. Jest to jeden z najważniejszych wątków całych Męskich fantazji, którego nie będę tutaj, ze względu na ograniczoną ilość miejsca, podejmował.

Komentarze

1 Komentarz

  • 4 miesiące ago

    Ciekawy jest tytuł, tego dobrego artykułu. Najpierw błędnie odczytałem – do czytelników. Tak, wiem o tej wzmiance, o seminarium. Książką jest na mojej liście zakupów, obok „Śmiechu morderców”. Jest to temat mojej prozy, jaką staram się napisać, czasem wrzucam jakieś notatki, myśli i fragmenty do swojego żurnalu na deviantART. Zastanawia mnie podobieństwo wniosków, moich i niektórych intelektualistów, jakich nie czytałem, pomimo moich braków w erudycji. Oglądałem kiedyś seminarium z autorem – https://www.youtube.com/watch?v=e2i-qF63gzU.

    Wczoraj zanotowałem:

    „Tylko mężczyźni potrafią tak się kochać, uwielbienie dla wodza, narażenie życia dla własnego towarzysza. Wspólne zrozumienie w biedowaniu pod blokiem, na ławce, w bramie. Język mężczyzn jest ekspresyjny i symboliczny. Grymas, skinienie, jedno słowo, przekleństwo, ton głosu, każdy podświadomie rozumie kontekst”.

    A dzisiaj czytam to.

Komentuj

Powiązane posty