Tag

władza

Twórczość Michela Foucaulta jest dla prawników niemal zupełnie obca, chociaż nie da się nie zauważyć, że prawo stanowiło jeden z podstawowych tematów poruszanych przez francuskiego filozofa w wielu jego książkach. Przyczyn tego zjawiska można upatrywać m.in. w fakcie, że francuski filozof używa niezwykle specyficznego, wysoce retorycznego, jawnie wartościującego języka oraz w tym, że jego twórczość wymyka się generalizacjom i próbom sklasyfikowania. A jednak nie ulega wątpliwości, że warto przyjrzeć się projektowi Michela Foucaulta, bo może okazać się użyteczny w dociekaniu istoty coraz bardziej widocznego przekształcenia prawa. Chodzi mianowicie o to, że postmodernizuje się bezpośrednie otoczenie prawa (Sulikowski 2010), zaś samemu prawu – jak twierdzi prof. Ewa Łętowska (Łętowska 2014) – zagraża zmiana paradygmatu powodowana m.in. przez coraz dalej idącą multicentryczność ośrodków tworzenia i stosowania prawa oraz pojawienie się prawa w mediach opartych na działaniu nowych technologii. A któż lepiej nadaje się do rozwiązania problemów stawianych przez filozofię postmodernistyczną niż filozof z tą formacją wiązany1?

Istnieje pewien sposób patrzenia na historię, wedle którego jest ona wojną pomiędzy różnymi zbiorami reguł podstawowych. Reguły te określają stosunek ludzkiego działania (którego wyróżnioną formą jest techne – kunszt wytwarzania narzędzi) do całości, która jest jednocześnie tego działania podmiotem (jako arche) jak i przedmiotem (jako telos). Wyznaczają one zatem ontologie, które są ucieleśniane przez określone, zbiorowe formy podmiotowości. Dopóki działanie nie naruszało zastanej formy świata, dopóty wszystko, ontologicznie rzecz biorąc, wydarzało się na swoim miejscu. Heraklitejska „Matka Wszechrzeczy” – Wojna – toczyła się pod sklepieniem sfer niebieskich Arystotelesa, symbolizujących wieczny powrót stałych i niezmiennych form istnienia. Nie sięgała ani samych niebios, ani płynących pod ziemską skorupą źródeł. Świat kręcił się chwałą zwycięzców i hańbą zwyciężonych, ale bogowie ucztowali niewzruszeni. Język trzymał się rzeczy, człowiek – kosmosu, obywatel – polis, arete – wielkodusznego. Antyczna ontologia była w swej istocie ahistoryczna i mimo, iż ugruntowana była we krwi wojennej nie znała właściwego – z dzisiejszej perspektywy – wymiaru wojny: wojny totalnej. Paradoksalnie zatem, dopóki antyczne uniwersum przenikał wspólny duch wojny, dopóty nie istniała alternatywna ontologia, z którą mogłaby ona wejść w prawdziwą – historyczną – konfrontację.

Nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN ukazał się kolejny – IX wedle oryginalnej sekwencji – tom wykładów wygłoszonych przez Michela Foucaulta w Collège de France. Nosi on tytuł Rządzenie żywymi i obejmuje materiał z roku akademickiego 1979-1980. Już pobieżny przegląd spisu treści pozwala uchwycić cztery główne przedmioty rozważań: Króla Edypa Sofoklesa oraz trzy chrześcijańskie praktyki – chrzest, pokutę i rachunek sumienia. Zamiast jednak zdradzać wam szczegóły owych dociekań opowiem nieco o kilku kwestiach organizujących całość Rządzenia żywymi oraz umieszczę owe wykłady na tle wszystkich pozostałych, a nawet szerzej: na tle całej twórczości Foucaulta – bowiem, nie ukrywając, uważam, że mamy tu do czynienia z momentem przełomowym.

– Wstęp –

Niniejszy tekst jest pierwszym z kilku tekstów, które będą pojawiać się na przestrzeni najbliższych miesięcy, dotyczących filozofii transcendentalnej. Filozofia transcendentalna – czy to w wydaniu Kanta, czy tym bardziej w wydaniu Hegla (o ile filozofia Hegla jest filozofią transcendentalną, bowiem co do tego można mieć wątpliwości) – uchodzi za trudną i mało przystępną. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, począwszy od Kanta, przedefiniowane zostają podstawowe pojęcia filozoficzne takie jak: przedmiot, przyroda, podmiot, świat, własność itd. O ile nie pamiętamy o ich nowych znaczeniach, wszystko nam się miesza. Na dodatek ich definicje albo nic nam nie mówią , albo wydają się oczywiste, kiedy w rzeczywistości mogą być zrozumiałe dopiero w kontekście całości (toteż nie można opierać się wyłącznie na nich). Dlatego postaram się – w miarę możliwości – unikać stosowania siatki pojęciowej Kanta. Drugim powodem jest nieintuicyjność samej metody, którą prowadzony jest wywód, czyli metody transcendentalnej. Jednak, jeżeli mamy się z jakimś pozytywnym skutkiem w tę filozofię wgryźć, musi być jakaś strona, od której można ją ugryźć. Uznałem, że sensownie jest prowadzić wykład pytając o cele filozofii transcendentalnej. Spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie: po co to całe zamieszanie i rozbudowany aparat pojęciowy (który w przypadku Hegla przekracza wszelkie granice przyzwoitości)? Wydaje mi się, że zaczynanie od wyjaśniania podstawowych struktur władz poznawczych, czyli zasadniczej treści Krytyki czystego rozumu, mija się z celem. Czytelnicy zanudzą się na śmierć, nie przyswoją sobie niczego ciekawego i wszystko im się na koniec pokiełbasi. Zapytamy więc po co się w to bawić, skoro – jak twierdzi sam Kant – nauka doskonale sobie daje radę i bez rozważań transcendentalnych.

Przedmowa: Niniejszym chciałbym przedstawić wam pewien cykl artykułów, kierujący się trafnym spostrzeżeniem jednego z moich wykładowców, że „filozofii najpierw należy nauczyć się źle”. Ktoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z tą dziedziną nie jest w stanie, nawet na najlepszym wykładzie, od razu pojąć całej złożoności filozofii np. Arystotelesa, czy Kanta. Ale zarazem jak najszybciej poznać ich musi. Musi o nich słuchać i czytać, choć będzie rozumiał mało; pisać i mówić, chociaż będzie w tym wiele bzdur. Wszystko to po to, by potem znowu słuchać i czytać, pisać i mówić. Znowu i znowu. Filozofia to nie tabliczka mnożenia – nie wystarczy się jej raz na pamięć nauczyć. Filozofia wymaga nieustannego zataczania kół, a jej celem jest: rozumieć.

Niccolo_Machiavelli_uffiziHeraklit z Efezu pisał językiem metaforycznym, często zagadkowym. Wiązało się to z przekonaniem, iż jego rozważania i tak pojmie jedynie ten, kto będzie człowiekiem na tyle przenikliwym by przebić się przez zawiłości tych tekstów. Język Heideggera, powstał w oparciu o przekonanie, o pewnym „zanieczyszczeniu” języka, którym się posługiwano i tym samym, jego nieadekwatności do uprawiania filozofii. Powstały konstrukt językowy, okazał się być niezwykle trudny w odbiorze i takim też pozostał. Russell zdawał się kpić, iż język ten pokonał samego autora.