Tag

podmiot

Feministyczna dyskusja pomiędzy esencjalistkami a konstruktywistkami, która rozpoczęła się jeszcze w trakcie II fali, pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku przybrała postać sporu pomiędzy zwolenniczkami kategorii płci kulturowej a zwolenniczkami pozostawienia w feministycznym dyskursie tożsamościowym kategorii różnicy płciowej. W tym sporze Grosz i Braidotti stają się przedstawicielkami feminizmu różnicy, gdyż w swych koncepcjach kobiecej podmiotowości obie wykorzystują kategorię różnicy płciowej. Wykorzystanie przez filozofki kategorii różnicy płciowej w żadnym przypadku nie oznacza powrotu do esencjalizmu na gruncie teorii feministycznej. Zarówno Grosz, jak i Braidotti postrzegane są również jako te feministki, które przywróciły temat ciała i cielesności kobiecej do rozważań feministycznych. Co to dokładnie oznacza? Analiza feministycznych koncepcji, mająca na celu zbadanie występowania tematyki związanej z kobiecą cielesnością, począwszy chociażby od wczesnych lat II fali, prowadzi do wniosku, iż temat ciała i cielesności był pomijany w rozważaniach feministek1. Można postawić pytanie: jaka jest przyczyna tej sytuacji?

Być może należałoby kiedyś stworzyć historię przykładów, jakimi posługują się filozofowie. Stoły i krzesła platoników, gąbki i domy fenomenologów, młotki heideggerystów, czy analityczni i ich „statek Tezeusza”. Czyż nie jest tak, że wybrany przykład niejako narzuca ontologię, a w każdym razie istnieje silne sprzężenie zwrotne 1 miedzy nimi? Platon rozważając różnego rodzaju wyroby rzemieślnicze (do których Grecy zaliczali zarówno sprzęty domowe, jak i dzieła sztuki – zgodnie z szerokim znaczeniem słowa techne) w pewnym sensie musiał stworzyć teorię doskonałych wzorców (Idei), którym pewne rzeczy odpowiadają (są kopiami Idei), pewne zaś nie (są pozorami). A stąd o krok nie tylko do krytyki sztuki, jako dziedziny pozoru, ale również do uznania wszystkich rzeczy (również kamieni, drzew, obłoków na niebie) za swego rodzaju wyroby rzemieślnicze (właśnie to wyraża Platoński mit o Demiurgu). Dla Husserla, z kolei, świat wydaje się być wypełniony nie rękodziełem, lecz wyłącznie przedmiotami (tym, co obecne przede mną); dla „młodego” Heideggera – narzędziami (w Byciu i czasie nawet język jest ujęty przede wszystkim jako narzędzie). Jednak w konsekwencji rzeczywistość zostaje każdorazowo uproszczona, sprowadzona do pewnego rodzaju zbioru rzeczy dostępnych obserwującemu oku. Może najdalej udaje się tu pójść Heideggerowi, gdyż w jego świecie coś się już dzieje, narzędzia są – jak sam powiada – „ażeby…” (coś nimi zrobić). Jednak tuż przed tym, jak ów niemiecki filozof napisał swe najsłynniejsze dzieło, sformułowano przykład jakże odświeżający, jakże pobudzający do myślenia. To rozpuszczająca się w szklance wody kostka cukru, o której Bergson pisze w Ewolucji twórczej – nareszcie ontologia, w której istnieje realny czas! (I to poczucie regresu, którego doznaje się natrafiając później na rozważania o „statku Tezeusza”2).

Niniejsze rozważania stanowią próbę prezentacji problemu, który hasłowo można nazwać „renesansem gnozy” w filozofii XX wieku. Mówiąc precyzyjniej, chodzi o renesans pewnej szczególnej formy ontologicznego dualizmu połączonego z antysubstancjalistycznym i antyświatowym nastawieniem, pełniącego rolę egzystencjalnej podstawy nowoczesnych prób przeformułowania pojęcia „rewolucji” w obliczu modernistycznego kryzysu podmiotowości historycznej (nihilizmu). Fenomenowi rzeczonego renesansu przyjrzymy się śledząc wątek myśli Hansa Blumenberga dotyczący Selbstbehauptung – samoosadzenia tudzież samougruntowania się człowieka w świecie. To właśnie pojęcie Selbstbehauptung, które konotuje zarazem asertywność jak i samostanowienie, wyznacza pewną – choćby formalną – więź pomiędzy gnozą a oświeceniem. Stawką jest ugruntowanie autonomii podmiotu w nim samym.

Nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN ukazał się kolejny – IX wedle oryginalnej sekwencji – tom wykładów wygłoszonych przez Michela Foucaulta w Collège de France. Nosi on tytuł Rządzenie żywymi i obejmuje materiał z roku akademickiego 1979-1980. Już pobieżny przegląd spisu treści pozwala uchwycić cztery główne przedmioty rozważań: Króla Edypa Sofoklesa oraz trzy chrześcijańskie praktyki – chrzest, pokutę i rachunek sumienia. Zamiast jednak zdradzać wam szczegóły owych dociekań opowiem nieco o kilku kwestiach organizujących całość Rządzenia żywymi oraz umieszczę owe wykłady na tle wszystkich pozostałych, a nawet szerzej: na tle całej twórczości Foucaulta – bowiem, nie ukrywając, uważam, że mamy tu do czynienia z momentem przełomowym.

Powstały w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku ruch anty-psychiatryczny wykazywał sporą determinację w walce o prawa pacjentów. Tym, co nadawało mu siłę i rodzaj spójności, były działania wyrażone w postaci postulatów: likwidacja przestarzałych placówek psychiatrycznych; uświadomienie wpływu relacji zachodzących między lekarzem a pacjentem na proces leczenia; sprzeciw wobec niektórych metod stosowanych w terapii, jak choćby elektrowstrząsy. Jednak tym, co nadawało anty-psychiatrii szczególny charakter były oryginalne pomysły i metody prezentowane przez jej przedstawicieli.

Przedmowa: Niniejszym chciałbym przedstawić wam pewien cykl artykułów, kierujący się trafnym spostrzeżeniem jednego z moich wykładowców, że „filozofii najpierw należy nauczyć się źle”. Ktoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z tą dziedziną nie jest w stanie, nawet na najlepszym wykładzie, od razu pojąć całej złożoności filozofii np. Arystotelesa, czy Kanta. Ale zarazem jak najszybciej poznać ich musi. Musi o nich słuchać i czytać, choć będzie rozumiał mało; pisać i mówić, chociaż będzie w tym wiele bzdur. Wszystko to po to, by potem znowu słuchać i czytać, pisać i mówić. Znowu i znowu. Filozofia to nie tabliczka mnożenia – nie wystarczy się jej raz na pamięć nauczyć. Filozofia wymaga nieustannego zataczania kół, a jej celem jest: rozumieć.

Oczekiwanie na śmierć jest czymś upokarzającym. To traktowanie jej jako proces. Godzimy się wówczas bezwolnie na rozwiązanie, którego nadejścia nie znamy. Przestaje taka śmierć pretendować do miana wyzwolenia, do bycia aktem absolutnym. Staje się igraszką, fatalnością przemijania. „Ja” zaś przestaje być dramatem przyczyniającym się do wszelkich aktów autodestrukcji.