Tag

oświecenie

Kołakowski uznaje mit za nieusuwalny element kultury. W którym z nich jednak doszukuje się takiej formy uniwersalności, która mając charakter historyczny, a więc podatny na relatywizację, mogła by zarazem stanowić strukturalną podstawę kultury?

Takiego paradygmatycznego mitu Kołakowski doszukuje się w chrześcijaństwie jako pewnej szczególnej formie religii. Oczywiście zrazu Kołakowski – jako kapłan marksizmu i błazen religii – traktował tę ostatnią jako iluzoryczną kompensację alienujących człowieka względem świata i jego samego stosunków społecznych (podziału pracy i kapitału). Później jednakże, w okresie rewizjonistycznym, krytykując marksizm jako próbę ubóstwienia człowieka i jednoczesnego wyzwolenia ludzkości od religii, doszedł do uznania jej za “najlepszą możliwą terapię nieuleczalnych dolegliwości istnienia”1.

Współczesne próby usytuowania wydarzeń 1989 roku w obrębie ontologii historii można schematycznie podzielić na dwie grupy. Z jednej strony mówi się, że wydarzenia te zamknęły w sposób ostateczny pewien etap historii ludzkości, otwierając nowy, radykalnie odmienny, a w konsekwencji całkowicie przemieniły istotę człowieka. Z drugiej zaś strony wysuwa się twierdzenie, że owa zmiana jest pozorna, że stanowi ona zamaskowane przedłużenie odwiecznych międzyludzkich porachunków i że historyczna istota człowieka została w ich wyniku nienaruszona, ubrano ją tylko w inny kostium. Mamy tu zatem do czynienia z perspektywą wskazującą na zerwanie przeciwko tej wskazującej na ciągłość. Jeśli uzupełnić ów schemat o optymistyczną i pesymistyczną ocenę w ten sposób określonego stanu rzeczy, uzyskamy wówczas ogólny kształt debaty dotyczącej diagnozy współczesności w dwie dekady po runięciu ZSRR i wywindowaniu zasilanej przez kapitalizm liberalnej demokracji na uniwersalny cel wszelkiej dojrzałej kultury.

– Kto i kiedy może zostać zbawiony? –

Próbując poddać krytyce panujący porządek społeczny teoretycy zawsze starali się wskazać pewien cel, do którego społeczność, społeczeństwo czy ludzkość powinna lub przynajmniej może dążyć. Ernst Bloch w Duchu utopii wskazuje, że z punktu widzenia obecnego porządku socjalizm nie tylko nie może zapanować, ale nawet nie możemy pomyśleć, że jest to możliwe. Dlatego też twierdzi, że to, co jest możliwe do pomyślenia jest ograniczone przez obecne warunki. Czasami trzeba żądać niemożliwego, tego w istnienie, czego można tylko wierzyć, na czego spełnienie można mieć nadzieję. To stwierdzenie Blocha, choć może kojarzyć się z chrześcijańską eschatologią (Bloch był w końcu teologiem) ma w sobie pewną nośną treść. Gdy zwykle ktoś podnosi krytyczny głos względem obecnego porządku czy to malkontenckie „kiedyś było lepiej!” czy utopijne „kiedyś będzie lepiej!” odnosi się do jakiegoś horyzontu czasowego odmiennego niż nasz obecny. Niezależnie czy nadejść ma czas: postępu, końca życia na Ziemi, komunizmu, końca historii, czystości rasowej, epoki informacji, epoki amerykańskiej dominacji czy zbawienia samo rozumienie czasu ma głęboko metafizyczny charakter, żaden czas nie jest neutralny.

– Wstęp –

Niniejszy tekst jest pierwszym z kilku tekstów, które będą pojawiać się na przestrzeni najbliższych miesięcy, dotyczących filozofii transcendentalnej. Filozofia transcendentalna – czy to w wydaniu Kanta, czy tym bardziej w wydaniu Hegla (o ile filozofia Hegla jest filozofią transcendentalną, bowiem co do tego można mieć wątpliwości) – uchodzi za trudną i mało przystępną. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, począwszy od Kanta, przedefiniowane zostają podstawowe pojęcia filozoficzne takie jak: przedmiot, przyroda, podmiot, świat, własność itd. O ile nie pamiętamy o ich nowych znaczeniach, wszystko nam się miesza. Na dodatek ich definicje albo nic nam nie mówią , albo wydają się oczywiste, kiedy w rzeczywistości mogą być zrozumiałe dopiero w kontekście całości (toteż nie można opierać się wyłącznie na nich). Dlatego postaram się – w miarę możliwości – unikać stosowania siatki pojęciowej Kanta. Drugim powodem jest nieintuicyjność samej metody, którą prowadzony jest wywód, czyli metody transcendentalnej. Jednak, jeżeli mamy się z jakimś pozytywnym skutkiem w tę filozofię wgryźć, musi być jakaś strona, od której można ją ugryźć. Uznałem, że sensownie jest prowadzić wykład pytając o cele filozofii transcendentalnej. Spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie: po co to całe zamieszanie i rozbudowany aparat pojęciowy (który w przypadku Hegla przekracza wszelkie granice przyzwoitości)? Wydaje mi się, że zaczynanie od wyjaśniania podstawowych struktur władz poznawczych, czyli zasadniczej treści Krytyki czystego rozumu, mija się z celem. Czytelnicy zanudzą się na śmierć, nie przyswoją sobie niczego ciekawego i wszystko im się na koniec pokiełbasi. Zapytamy więc po co się w to bawić, skoro – jak twierdzi sam Kant – nauka doskonale sobie daje radę i bez rozważań transcendentalnych.