Tag

hermeneutyka

Obcy, inny – bez wielkiej przesady można powiedzieć, że kategorie te należą do najważniejszych w myśli współczesnej. W związku z wieloaspektowym kryzysem teraźniejszości: globalnego kapitalizmu, demokratycznego ustroju i jego ideałów, klimatycznym, a wreszcie migracyjnym (zwłaszcza w perspektywie Europy i Bliskiego Wschodu), obcy czy inny zaczął towarzyszyć nam – zasiedziałym i przyzwyczajonym do małego kręgu Zachodu, jego dobrobytu i bezpieczeństwa – każdego dnia. Dosłownie i w przenośni przekroczył on próg naszych domów, których byliśmy właścicielami, a przynajmniej administratorami, które zatem uznawaliśmy jako właśnie nasze. Rzesze uchodźców i imigrantów zarobkowych doświadczają dziś na własnej skórze reakcji zachodnich społeczeństw, ich lęków, niemal zawsze podszytych ksenofobią czy – coraz jawniej – rasizmem. Oczywiście negatywny stosunek do innych, przyjezdnych i nie stąd, nie jest szczególną cechą Zachodu, czy konkretniej Europy; wrogość wobec obcego kumuluje się wszędzie i zapewne od zawsze. Od chwili symbolicznego wytyczenia linii granicznej przez roussowskiego jeszcze-nie-człowieka, który zaznaczył tym samym: „To moje, to ja – daj mi spokój na mojej ziemi. Odtąd jesteś tu, u mnie, obcy”.

Paolo Virno jest jednym z najbardziej oryginalnych współczesnych filozofów polityki. Łączący w swoich pracach problemy filozofii języka z fundamentalnymi pytaniami filozofii politycznej. Sięga przy tym do Arystotelesowskiego powiązania faktu mówienia przez człowieka z politycznym charakterem jego życia. Urodzony w roku 1952 r., Virno w latach 60. i 70. był członkiem niezależnych ruchów artystycznych i kontrkulturowych, jednych z wielu autonomicznych ruchów aktywnych we Włoszech od drugiej połowy lat 60. do końca lat 70. Aresztowany – podobnie jak wielu działaczy włoskiego operaizmu – w roku 1979 pod zarzutem działalności terrorystycznej (zarzucano mu niesłusznie członkostwo w Czerwonych Brygadach, czego oczywiście nie udowodniono1), spędził trzy lata w więzieniu. Po wyjściu założył czasopismo „Luogocomune” (później wykształci się z niego wydawnictwo DeriveApprodi), w którym publikował efekty swojej intensywnej pracy filozoficznej prowadzonej w okresie inkarceracji. W roku 1986 wydał swoją pierwszą książkę Konwencja i materializm [Convenzione e materialismo] (Virno 2011 [1986]) z przedmową Giorgio Agambena, w której przedstawił zasadniczy zarys rozwijanego do dzisiaj projektu filozoficznego. Praktycznie wszystkie publikacje Virna poświęcone są problemowi języka i dyspozycji językowej (zdolności do używania języka). Niemniej sposób, w jaki Virno podchodzi do problemów filozoficzno-lingwistycznych, wyznaczany jest przez jego doświadczenia politycznego aktywisty. Analizy języka, logiki wypowiedzi czy natury mówiącego zwierzęcia są różnymi podejściami Virna do przepracowania idei żywych w autonomicznych ruchach lat 60. i 70.2  oraz do uchwycenia antropologicznego znaczenia transformacji kapitalizmu po końcu fordyzmu z perspektywy łączącej filozofię języka i krytykę postoperaistyczną. Różne pojęcia wypracowane przez Virna, zwłaszcza zreinterpretowany przez niego w kategoriach dyspozycji językowej „intelekt powszechny” (Virno 1992), termin pojawiający się w Zarysie krytyki ekonomii politycznej, używane są przez wielu współczesnych włoskich filozofów i teoretyków (najwięcej chyba przez Christiana Marazziego, który umie przekładać filozoficzne idee Virna na problematykę ekonomii politycznej), w tym tekście postaram się jednak zarysować jedynie ogólne założenia jego filozoficznego projektu. 

Kilkadziesiąt lat temu Michel Foucault zadał podstępne pytanie, kim właściwie jest autor, a Roland Barthes przekonywał, że nie jest on „ojcem ani właścicielem dzieła”. Stara dyskusja o intencji i śmierci autora wydaje się już zakończona, jednak jej echa powracają przy okazji pierwszego polskiego wydania Przeciwko Sainte-Beuve’owi Marcela Prousta.

Prace nad zbiorem esejów Proust rozpoczął w 1908 roku. W założeniu miała to być eseistyka literacka i polemika z francuskim krytykiem – Charles’em Augustinem Sainte-Beuve’em. Sainte-Beuve jest już postacią zupełnie zapomnianą, po polsku ukazał się jedynie „Wybór pism krytycznych” oraz dwa szkice dołączone do innych książek. W ówczesnej Francji był jednak klasykiem, twórcą słynnej metody biograficznej („portretu literackiego”), wedle której każda interpretacja dzieła powinna odnosić się do biografii jej autora.

Pierwotny zarys swojej pracy Proust przedstawił w liście do przyjaciela, nazywając swój esej „studium na temat szlachty, powieścią paryską, esejem o Sainte-Beuvie i Flaubercie, esejem o kobietach, esejem o pederastii (niełatwym do opublikowania), studium o witrażach, studium o nagrobkach, studium o powieści etc.”. W polskim wydaniu, oprócz tytułowego eseju, znajdziemy notatki poświęcone Fiodorowi Dostojewskiemu, Stendhalowi i Tołstojowi. Proust pisze ponadto o Balzaku, Gerardzie de Nerval, Baudelairze. Bardzo krytyczne opinie (np. te odnoszące się do twórczości Romaina Rollanda) przeplatają się z komentarzami dotyczącymi autorów podziwianych (Baudelaire). Wszystkie zebrane tutaj teksty pozwalają sformułować mu swoją wizję dzieła i wyrazić poglądy na sztukę.

Książka Prousta, którą dzisiaj otrzymujemy, nie jest jedynie wykładem estetycznych i krytycznoliterackich poglądów francuskiego pisarza. Projekt wielkiego eseju krytycznego przekształca się w tekst autobiograficzny, w którym refleksje nad literaturą przeplatają się z fragmentami prozy – wiele z tych fragmentów trafi ostatecznie do pierwszej części cyklu powieściowego W poszukiwaniu straconego czasu.

Przeciwko Sainte-Beuve’owi pozostaje książką szczególną pod wieloma względami. Rzadko się bowiem zdarza, by z tak ognistą krytyką występować przeciwko człowiekowi, który… nie żył już od blisko 40 lat (Proust urodził się po śmierci Sainte-Beuve’a). Nieżyjący krytyk literacki stał się jednak dla Prousta kimś, kto skierował go ku właściwej formie twórczości – krytyczny esej przekształcił się bowiem w warsztat literacki. Hybrydyczna forma eseju pozwoliła w przyszłości stworzyć dzieło jedyne w swoim rodzaju: Proust połączył w swoim słynnym cyklu dyskursywność, klasyczną prozę fabularną z prozą poetycką. Przeciwko Sainte-Beuve’owi można więc czytać, jak sugeruje tłumaczka Anastazja Dwulit, jako poradnik pisania i prywatną historię nauki stylu. Pisanie o innych autorach, podobnie jak wcześniejsze pastisze, pomagają wypracować Proustowi własną metodę literacką.

Czym Przeciwko Sainte-Beuve’owi może być dla czytelników dzisiaj? Z pewnością stanowi ważny materiał dla badaczy i wielbicieli Prousta, bibliofilską ciekawostkę. Polemikę z Sainte-Beuve’em można jednak umieścić w dużo szerszym kontekście teoretycznym: dyskusji na temat funkcji autora lub zwrotu antybiograficznego w naukach humanistycznych.

Co z tym autorem?

Teoretycznoliterackie dyskusje na temat „śmierci autora” należą już do przeszłości. Argumenty sprzed niemal pół wieku nie są już tak rewolucyjne jak były dla akademickich ośrodków w późnych latach 60. Mimo to słynny tekst Rolanda Barthes’a Śmierć autora rzuca nowe światło na wydany po raz pierwszy po polsku zbiór tekstów Marcela Prousta Przeciwko Sainte-Beuve’owi.

Manifest Barthes’a uderzył w kategorię autora jako instancji ograniczającej interpretację. Zniesienie przymusów egzegetycznych (lub ,inaczej mówiąc, hermeneutycznych) przyniosło pewne novum – wraz z ogłoszeniem śmierci autora, narodził się czytelnik. Interpretacja została zastąpiona lekturą, znikł dogmat o odczytywaniu dzieła zgodnie z intencją autorską.

Autor nie jest już jedynym dyspozytorem, dlatego nigdy więcej nie zostanie popełniony błąd intencyjności1. Postać realnego autora zastąpiły instancje wewnątrztekstowe: autor tekstowy (sugerowany przez utwór), narrator, podmiot liryczny lub podmiot czynności twórczych. Wraz z odejściem funkcji autora na znaczeniu zyskuje sam proces lektury, a czytelnik staje się istotnym współtwórcą tekstu literackiego. „Śmierć autora” pozwala nie tylko narodzić się czytelnikowi, lecz także dopuszcza do głosu samo pismo. W ten sposób na pierwszy plan wysuwa się system języka i sam tekst.

Jednak jak zauważył Foucault, nie wystarczy powtarzać sloganów o zniknięciu autora. Sam Barthes, który wywołał burzliwą dyskusję swoim manifestem, niedługo później rewiduje swoje poglądy i wskrzesza autora w postaci „wielości czarowań” i ciała piszącego. W pracy pt. Sade, Fourier, Loyola pisze:

Rozkosz tekstu niesie ze sobą również przyjacielski powrót autora. Powracający autor nie jest oczywiście tym, którego zidentyfikowały instytucje (…), nie jest to nawet bohater biografii. Autor, który wychodzi ze swojego tekstu i wchodzi w nasze życie, nie posiada spójności; jest prostą wielością „czarowań”, miejscem kilku zapamiętanych szczegółów, a oprócz tego źródłem olśnień powieściowych. (…). To nie osoba (cywilna, moralna), to ciało2.

We współczesnym literaturoznawstwie mówi się z kolei o „mglistym podmiocie”, „sygnaturze autora” lub „śladzie obecności”. Okazuje się, że podmiot autorski nie zniknął całkowicie. Obecnie z metody biograficznej korzysta chętnie chociażby krytyka feministyczna. Jednak po kryzysie historyzmu i tzw. wielkich narracji metoda biograficzna schodzi na dalszy plan lub ujawnia swoją niewystarczalność. Powrót autora do tekstu odbywa się już na zupełnie nowych zasadach – rezygnuje się z „mocnej” ontologii i biograficznych odniesień. Podmiot autorski ujawnia swoją słabość, „śladem” autora pozostaje już tylko sam tekst. Skomplikowany status autora konkluduje Ryszard Nycz, mówiąc o dwóch przeciwstawnych tendencjach: „jedna zmierza do fikcjonalizacji, a druga do empiryzacji głosu autorskiego”3.

– Portret literacki Sainte-Beuve’a czy inne „ja” Prousta? –

Przeciwko Sainte-Beuve’owi sytuuje się gdzieś na przecięciu dyskusji o podmiocie autorskim oraz interpretacji. To ironiczna polemika z wypracowanym przez Sainte-Beuve’a genetyczno-biograficznym modelem krytyki literackiej. Dla niego w procesie lektury znaczenie mają życiorys, przeżycia, a także przekonania pisarza. Metoda ta utożsamiała autora z podmiotem utworu.

Sainte-Beuve określił krytykę literacką mianem botaniki moralnej. W pracy krytyka postulował obowiązek znajomości życia pisarza, wśród elementów wartych zbadania wymieniał: rodowód, pozycję społeczną, środowisko, dzieciństwo, ogólne warunki życia: „Literatura – powiada Sainte-Beuve – nie jest dla mnie czymś, co daje się wyodrębnić albo przynajmniej oddzielić od pisarza i jego charakteru”4. Dominantami takiego spojrzenia na dzieło literackie są oczywiście socjologizm, genetyzm i biograficzny naturalizm.

Proust proponuje w zamian zupełnie inne podejście – dzieło według niego jest wyłącznie efektem własnego ja (l’œuvre de soi). Interpretowanie dzieła przez pryzmat autora zastąpił on postulatem krytyki immanentnej: zasady dzieła funkcjonują jedynie w nim samym, z pominięciem odniesień do świata zewnętrznego. W takim modelu krytyki i interpretacji osoba realnego, psychofizycznego autora traci na znaczeniu. Celem ataku Prousta jest jednak nie tyle całościowo pojmowany biografizm, lecz jego pozytywistyczny model, który postulował szukanie w biografii genezy dzieła lub – w najgorszym przypadku – polegał na ocenianiu autora i jego książki jednocześnie. Proust drwi z metody Sainte-Beuve’a i punktuje jego metodologiczne słabości: „…wystarczyło się z nim poróżnić – i już mamy zupełnie sprzeczne artykuły na temat Hugo, Lamartine’a, Lamennais’a i innych”5, w innym miejscu ironizuje: „…gdy spędziło się życie na schlebianiu pisarzom bez talentu, po co chwalić tego, którego lubimy i który wysłał nam właśnie »Kwiaty zła«!?”6.

Proust pisze, że „książka jest wytworem innego „ja” niż to, które przejawia się w naszych zwyczajach, w życiu towarzyskim czy w naszych przywarach”7, a „…prawdziwe „ja” pisarza ujawnia się jedynie w jego książkach”8. Metodę biograficzną Sainte-Beuve’a sprowadza do „wścibskiego wypytywania”, zarzuca krytykowi to, że nigdy nie zrozumiał głębi literatury – prywatne życie pisarza, którym zajmował się Sainte-Beuve, nie ma nic wspólnego z prawdziwym ja poety.

Proust wyraźnie rozdziela realną, psychofizyczną osobę pisarza od podmiotu odautorskiego funkcjonującego w tekście. Broni samodzielności podmiotu wytwarzającego dzieło, którego nie można zrozumieć poprzez poznanie jego życia prywatnego: „…absurdem jest oceniać poetę – jak to czyni Sainte-Beuve – wedle tego, jakim jest człowiekiem, czy też wedle opinii jego przyjaciół”9.

Przedmiotem badań powinno być „dzieło jako takie”, wyabstrahowane od analizy pisarza czy środowiska. Ten model krytyki nie zajmuje się ani genezą dzieła, ani analizą psychologiczno-socjologiczną. Najprościej mówiąc, chodzi o tzw. krytykę artystyczną, która skupia się na przedmiocie piękna. Prawdopodobnie właśnie dlatego wykład estetycznych i krytycznoliterackich poglądów Prousta zamienia się w autobiograficzny paraesej, a w następnej kolejności przekształca się w szkic powieści. Paradoksalne jest to, że sam Proust powraca do osoby autora, który według niego w swojej twórczości „próbuje odczytać i przekazać prawdę swojego serca”10.

Wydaje się więc, że krytyczna teoria Prousta znajduje się gdzieś pomiędzy – nie jest ani formalizmem czy ortodoksyjnym strukturalizmem, który całkowicie wyklucza biografizm, ani neoromantycznym pojmowaniem dzieła jako ekspresji autentycznego „ja”. Proust nie uśmierca autora, nie opowiada się bynajmniej za teorią creatio ex nihilo. U podstaw jego poglądów leży jednak teza o autonomiczności dzieła literackiego i radykalny sprzeciw wobec pozytywistycznego genetyzmu. Dla Prousta cała prawda zawiera się w dziele, a czytelnik musi pamiętać o tym, że przebywa w przestrzeni tekstualnej.

Krytyka Prousta jest więc wymierzona w konwencjonalny sposób myślenia o literaturze – kwestionuje opresyjną i kontrolującą, autorytatywną figurę autora, a przede wszystkim wścibską i absurdalną metodę biograficzną. Proust, podobnie jak Barthes, proponuje usunięcie z perspektywy interpretacyjnej figury (empirycznego) autora – „zniedołężniałego bóstwa starej krytyki”. Rolę piszącego podmiotu dla Barthes’a przejmie bezosobowy skryptor, dla Prousta – nie do końca określone inne „ja”, „twórcze »ja« artysty” należące do samego tekstu.

– Modele lektury –

„Ucieczka od osobowości” to jeden z obrazów nowoczesnej literatury – chodzi tutaj nie tyle o całkowite usunięcie podmiotu, co o radykalne zerwanie więzi między dziełem a autorską intencją. Proust dowodzi, że nie powinno być związku między literackim podmiotem a podmiotem empirycznym. Jednak czy na pewno? Radykalne zerwanie jest mimo wszystko trudne do obronienia. Empiryczne ślady obecności wnikają w samo pismo. Pod bezosobowym skryptorem potrafimy dojrzeć Rolanda Barthes’a, w Marcelu z Poszukiwania… trudno nie dostrzec samego pisarza.

Stosowanie wobec Prousta metody biograficznej można oczywiście sprowadzić, jak robi to ironicznie tłumaczka Contre Sainte-Beuve – Anastazja Dwulit, do „szukania chłopców w jego łóżku”11. Nie sposób jednak zapomnieć konkluzji z Czasu odnalezionego, w którym Marcel wyznaje: „…i pojąłem, że całe tworzywo dzieła literackiego to moje życie minione”12.

W nauce o literaturze już dawno została zakwestionowana samowystarczalność podmiotu autorskiego (w ramach takich koncepcji jak teoria dialogu Michaiła Bachtina czy intertekstualność Julii Kristevej), problematyczna okazała się także kwestia sygnatury i podpisu. Na kłopotliwość samych terminów „autor” oraz „dzieło” wskazuje chociażby Michel Foucault w tekście pod tytułem Kim jest autor? Możemy mówić nie tyle o autorze-pisarzu, co o funkcji autora, która jest „tylko jedną z postaci znacznie szerszej funkcji podmiotu”13. Podobną myśl formułuje Ryszard Nycz, pisząc: „Jak się zdaje, pytając o osobę, pytamy w praktyce przede wszystkim o jej historycznie usankcjonowane atrybucje oraz kulturowo uznane sposoby identyfikacji”14.

Co dzieje się z samym autorem? „Piszący podmiot nieustannie znika”15. Zagadnienia „kto mówi” i „kto pisze” pozostają otwarte. Na tym polu Przeciwko Sainte-Beuve’owi jest książką anachroniczną w teorii literatury, lecz ciekawą z perspektywy krytyki literackiej i praktyki lektury. Jaki model czytania literatury stosujemy dzisiaj – opowiadamy się za metodą close reading16, czy słowami de Mana „wołamy o świeże powietrze znaczenia referencjalnego”17? A może konkluzją jest dla nas sformułowanie Samuela Becketta: „A co to za różnica, kto mówi, rzekł ktoś, co to za różnica, kto”18?

Oczekiwanie na śmierć jest czymś upokarzającym. To traktowanie jej jako proces. Godzimy się wówczas bezwolnie na rozwiązanie, którego nadejścia nie znamy. Przestaje taka śmierć pretendować do miana wyzwolenia, do bycia aktem absolutnym. Staje się igraszką, fatalnością przemijania. „Ja” zaś przestaje być dramatem przyczyniającym się do wszelkich aktów autodestrukcji.

W filozofii kwestie dotyczące podmiotu, poznania samego siebie były szeroko dyskutowane. W XXI wieku problematyka świadomości i tożsamości osobowej stała się jednym z głównych problemów filozofii umysłu i kognitywistyki. Oczekuje się od nich odpowiedzi na pytania, skąd wiemy, że inni są świadomi, czym jest świadomość.

Przedmowa: Niniejszym chciałbym przedstawić wam pewien cykl artykułów, kierujący się trafnym spostrzeżeniem jednego z moich wykładowców, że „filozofii najpierw należy nauczyć się źle”. Ktoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z tą dziedziną nie jest w stanie, nawet na najlepszym wykładzie, od razu pojąć całej złożoności filozofii np. Arystotelesa, czy Kanta. Ale zarazem jak najszybciej poznać ich musi. Musi o nich słuchać i czytać, choć będzie rozumiał mało; pisać i mówić, chociaż będzie w tym wiele bzdur. Wszystko to po to, by potem znowu słuchać i czytać, pisać i mówić. Znowu i znowu. Filozofia to nie tabliczka mnożenia – nie wystarczy się jej raz na pamięć nauczyć. Filozofia wymaga nieustannego zataczania kół, a jej celem jest: rozumieć.