Tag

filozofia amerykańska

Richard Rorty w swej książce Filozofia a zwierciadło natury próbuje dokonać terapeutycznego „wygaszenia” w duchu Wittgensteina podstawowych problemów filozoficznych, takich jak zagadnienie istnienia umysłu, poznania czy wreszcie filozofii samej w sobie. W części pierwszej swojej książki, poświęconej właśnie umysłowi, autor stara się pokazać bezcelowość pojęcia filozofii umysłu za pomocą eksperymentu myślowego o Antypodanach. Jakkolwiek zgodzę się, że spełnia on swoją funkcję jeżeli chodzi o samo pojęcie umysłu, to zdaje się, iż otwiera zarazem interesujące pole analizy w kontekście języka. Postaram się je pokazać korzystając z narzędzi pragmatyzmu analitycznego zaproponowanych przez ucznia Rorty’ego, Roberta Brandoma w książce Między mówieniem a działaniem. Aby jednak to zrobić, należy najpierw przytoczyć sam eksperyment myślowy Rorty’ego.

Opisana przeze mnie w poprzedniej części autorytarna technika wojskowa i przemysłowa osiągnęła – zdaniem wielu historyków – szczyt rozwoju pod względem zdolności czysto mechanicznych już około 1200 r. p.n.e. Mumford zgadza się z tą opinią i prowokacyjnie stwierdza:

Macedońska falanga nie była bardziej „zmechanizowana” niż wcześniejsza o dwa tysiące lat falanga sumeryjska; falanga rzymska nie była oszczędniejsza energetycznie niż falanga macedońska, a późniejszy o następne dwa tysiące lat słynny brytyjski „szyk kwadratowy”, nawet uzbrojony w muszkiety, jako maszyna wojenna stał na tym samym poziomie co jego poprzedniczki. (Mit maszyny. Tom 1, s. 341)

Istotne dla postępu owej „mechanizacji” nie są bowiem elementy (np. uzbrojenie) z jakich składa się poszczególne urządzenie (tu: urządzenie wojskowe). Znaczenie ma struktura owego urządzenia, system w jaki powiązane są jego składowe – to „dopiero” na tym poziomie zapewniane są różnice w poziomie mocy, szybkości czy jakości.

Filozoficzny namysł nad techniką ma swoje źródła w myśli niemieckiej – już u Hegla i Marksa można odnaleźć odpowiednie passusy. To zagadnienie nabiera jednak prawdziwego znaczenia dopiero w XX wieku, w okresie międzywojennym. Uwagę poświęcają mu m.in. Spengler, Heidegger oraz bracia Jüngerowie. Wszyscy oni oceniają technikę w jednoznacznie negatywny sposób (nawet jeśli niektórzy z nich ulegli początkowej fascynacji), jako metafizycznego potwora, który pochłania wszystkie inne sfery egzystencji. Niemal w tym samym czasie namysł nad tym problemem podejmuje amerykański historyk, socjolog i krytyk literatury – Lewis Mumford. W 1934 roku wydaje on książkę Technika a cywilizacja, prezentującej namysł nad dziejami wzajemnego wpływu tytułowych fenomenów. Chociaż oparta na solidnym materiale historycznym, książka nie ogranicza się wyłącznie do opisu kolejnych wynalazków i rozwiązań technicznych. Przede wszystkim jest ona refleksją nad kształtowaniem się cywilizacji. Po wielu latach Mumford powraca do tego zagadnienia i publikuje monumentalne dzieło opatrzone tytułem Mit maszyny (pierwszy tom pochodzi z roku 1967, drugi – z 1970). To właśnie zawartej w tym tekście wizji techniki chciałbym się przyjrzeć. Jest ona, w moim przekonaniu, mniej jednostronna, niż wizja niemieckich filozofów. Posługując się pewnymi uproszczeniami można by powiedzieć, że Mumford dostrzega nie tylko totalitarne, ale również demokratyczne oblicze techniki.