Psychoanaliza – przesądy, rewizje, kierunki (wywiad z Janem Borowiczem)

Machina Myśli: Chcielibyśmy zacząć od bardzo ogólnego pytania o psychoanalizę. Sytuacja koncepcji Freuda i jego następców wydaje się w Polsce słaba. Chodzi nie tylko o kierunki psychologiczne, na których dominuje perspektywa wyrastająca z amerykańskiego behawioryzmu. Studenci, absolwenci i wykładowcy takich studiów uważają, że psychoanaliza jest szarlatanerią o zerowej skuteczności leczenia. Z drugiej strony w „powszechnej świadomości” psychoanaliza sprowadza się albo do kosztownego leżenia na kozetce i gadania, albo do doszukiwania się we wszystkim podtekstu seksualnego – najczęściej kazirodczego lub perwersyjnego. Jest Pan kulturoznawcą i zajmuje się Freudowskim dziedzictwem od strony teoretycznej, ale zarazem jest Pan praktykującym, wyszkolonym psychoterapeutą. Z tym większą ciekawością chcielibyśmy spytać: czym jest dla Pana psychoanaliza?

Jan Borowicz: Zanim odpowiem na pytanie, chciałbym odnieść się do tezy o słabej pozycji psychoanalizy w Polsce, z którą – jak mi się wydaje – można zarazem zgodzić się i nie zgodzić. Dzieje polskiej psychoanalizy są dopiero spisywane, jednak wiemy, że w przedwojennej Polsce panował dobry klimat dla rozprzestrzeniania się psychoanalizy i że stąd pochodziły nie tylko ważne postaci w historii ruchu, ale i myśliciele wciąż twórczo podejmowani przez współczesnych (Gustaw Bychowski, Helena Deutsch, Esther Bick, Janine Chasseguet-Smirgel, Hanna Segal). Po drugiej wojnie światowej sytuacja psychiatrii i pomocy psychologicznej zaczęła wyglądać podobnie w całym bloku wschodnim: psychoanaliza została wykluczona jako „nauka burżuazyjna”, w latach sześćdziesiątych nie dotarł do Polski nurt antypsychiatryczny, a w psychologii bezsprzecznie dominował paradygmat behawioralny (wtedy radziecki, spod znaku Pawłowa). Z tym dziedzictwem mierzy się dziś psychoanaliza – nie tylko na uniwersyteckich wydziałach psychologicznych, ale też w szpitalach i w służbie zdrowia. Z drugiej strony, powracając od lat osiemdziesiątych, psychoanaliza ma już stabilne zaplecze instytucjonalne i szkoleniowe (w rodzaju Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego czy Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej), wydostaje się z prywatnych gabinetów i trafia do placówek służby zdrowia, wchodzi w dialog z innymi teoriami, a także z uniwersytetem.

Z perspektywy scjentystycznej czy eksperymentalnej jest ona oczywiście nieweryfikowalnym i niefalsyfikowalnym absurdem. Problem dla tak usposobionych krytyków stanowi jednak to, że psychoanaliza rzeczywiście działa i jest skuteczna. Być może jest tak, że pewnych rzeczy w człowieku wciąż nie jesteśmy w stanie zmierzyć, choć – jak twierdził sam Freud – niewykluczone, że kiedyś, odkrywszy działanie mózgu, psychoanaliza utraci moc wyjaśniania pragnień i popędowości człowieka. Przy czym właśnie neuropsychoanaliza wydaje się aktualnie bardzo obiecującą dziedziną, łączącą teorie psychoanalityczne z badaniami funkcjonowania mózgu. Okazuje się bowiem, że to, co wydawało się nieweryfikowalne, a wynikało z doświadczenia i rozumienia psychoanalityka pracującego z pacjentem, stało się wytłumaczalne w świetle najnowszych odkryć. Wydaje mi się, że głęboko fałszywa w myśleniu o człowieku i psychice jest prosta alternatywa między scjentyzmem lub pozytywizmem a romantyzującym humanizmem wolnego uczucia. Niestety dość powszechne jest nadmierne przywiązanie do własnej pozycji teoretycznej, wiara w bezpośredni dostęp do prawdy i w konsekwencji piętnowanie swoich partnerów w dyskusji jako „szarlatanów”. Wszystko to prowadzi do czegoś, co brytyjski psychoanalityk Winfred Bion określał jako arogancję zatrzymującą proces myślenia.

Psychoanaliza nie jest jednolitą teorią – i nigdy nią nie była. Warto przypomnieć, ile wewnętrznych sprzeczności, wahań, późniejszych rewizji i zmian znajduje się w samym dziele Zygmunta Freuda. Od założonego przez Freuda towarzystwa najpierw odłączył się Carl Jung, a potem Jacques Lacan, obaj założyli własne szkoły; w obrębie samej psychoanalizy od początku wyłaniały się dalsze kierunki myślenia, często powodując konflikty i spory teoretyczne. Obecnie w polskiej myśli humanistycznej psychoanaliza funkcjonuje raczej wyłącznie dzięki tekstom Freuda i Lacana, nieznana pozostaje kluczowa dla klinicystów dynamika teorii rozwijanych przez Annę Freud, Melanie Klein czy Donalda Winnicotta. Niekończące się dyskusje w obrębie psychoanalizy dotyczą właściwie wszystkiego, od podstawowych koncepcji teoretycznych do konkretnych zagadnień techniki prowadzenia analiz. Bezustanny ruch jest wyznaczany ciągłą rewizją poglądów zarówno dzięki nowym faktom klinicznym, jak i zmianom społecznym. Mawia się, że w warunkach idealnych psychoanalizę wynajduje się z pacjentem za każdym razem od nowa. Sądzę, że podobny proces zachodzi w interpretacjach kultury, w których psychoanaliza nie jest traktowana instrumentalnie, ale staje się zarówno sposobem wejścia w relację z badanym obiektem, jak i sposobem opisu tej relacji. Oczywiście jest to pozycja paradoksalna, ponieważ w każdą relację psychoanalityczną wchodzi się już z uprzednią wiedzą teoretyczną, którą niektórzy uznają za krępujący dogmat – jak w kąśliwej uwadze Deleuze’a i Guattariego z Anty-Edypa, że „nie przekroczy progu [towarzystwa psychoanalitycznego] nikt, kto nie wierzy w kompleks Edypa”. Wtedy jednak psychoanaliza służyłaby wyłącznie opresyjnemu podporządkowywaniu – wyznanie pacjenta zostawałoby sklasyfikowane jako odpowiednie zjawisko teoretyczne, po czym następowałaby korekcja. Kto ma za sobą doświadczenie dobrej psychoanalizy, wie, że nie na tym polegał jej sukces. Psychoanaliza nie ogranicza się do dyskursu psychologicznego, diagnozowanego choćby przez Evę Illouz w Uczuciach w dobie kapitalizmu, który nakazuje traktowanie samego lub samej siebie, swojej psychiki i uczuć jako towaru zapewniającego polepszenie własnej sytuacji na rynku.

Idąc dalej, wciąż niedocenionym odkryciem Freuda jest według mnie odkrycie nieświadomości, ale nierozumianej redukcjonistycznie – wyłącznie jako rezerwuar tego, co zakazane (i fascynujące). Nieświadomość to nie tylko niechciane treści, które powracają do nas, gdy dochodzi do zniesienia wyparcia w marzeniach sennych, pomyłkach słownych czy fantazjach. Freud odkrył, że w sekwencjach myślenia działa niejawna logika, pod powierzchnią słów układających się w zdania działają innego rodzaju połączenia – to dlatego czasem człowiek potrafi sam siebie zaskoczyć nagłym przebłyskiem: skojarzenia, obrazu, wspomnienia. Brytyjski psychoanalityk Christopher Bollas w książce Niekończące się pytanie pisze, że „świadome i nieświadome myślenie to różne formy myślenia stosowane przez tę samą osobę”1. Bollas przyrównuje myślenie do śnienia, ponieważ tak samo jak w tworzonych podczas snu obrazach myśl idzie jednocześnie w wielu kierunkach. Jest to słynna kategoria „fabryki myśli” ukuta przez Freuda w omówieniu własnego snu o monografii botanicznej, której obraz ogniskował w sobie jednocześnie wiele różnych znaczeń. Nieświadome treści, wspomnienia i fantazje cały czas działają obok świadomego myślenia, a uruchamiane przez nie procesy stają się paliwem świadomie dokonywanych wyborów. Sposoby, w jakie łączą się nieświadome obrazy, znaczenia i uczucia, są wiecznie niedomkniętym procesem – chyba że z jakiegoś powodu coś przestaje działać.

Zadaniem psychoanalityka w procesie terapii jest stopniowe zanurzanie się w nieświadomość – zarówno pacjenta, jak i swoją – aby móc uważnie słuchać i odkrywać ukrytą logikę sekwencji w liniach myślenia i uczuciach mówiącego. Trzeba podkreślić, że powinien to być proces bezinteresowny – rozmowa o odkrywanych konstrukcjach służy wyłącznie ich ujawnieniu, a nie dopasowywaniu do wypreparowanego wzorca. Używając innego języka, można pomyśleć o rozwijanej przez Derridę koncepcji gościnności, witania innego w milczeniu i etycznej zgodzie na jego obecność. Gościnność oznacza rezygnację z roli gospodarza, z poczucia panowania i ustalania reguł pobytu gościa we własnym domu – w tym samym momencie można otworzyć się na radykalną, a wobec tego czasem niebezpieczną inność. Psychoanaliza w moim rozumieniu nigdy nie zajmowała się wytwarzaniem kategorii chorób, z których miałaby leczyć, ponieważ stawką spotkania dwóch osób (a więc dwóch świadomości i nieświadomości) jest przede wszystkim rozpoznanie samego lub samej siebie. Podobny proces może zajść w głębokiej analizie kultury albo społeczeństwa – psychoanaliza powraca dzisiaj z całą mocą, gdy zaczynamy opisywać uczucia, odsuwane wcześniej jako niepodlegające poważnym badaniom naukowym. Nie sądzę, aby mogła powstać tak ważna publikacja jak Polski teatr Zagłady Grzegorza Niziołka, gdyby nie przekonanie autora, że psychoanaliza może odsłonić kulturowy wymiar uczuciowego związku między Polakami a Żydami – i jego zerwań. Wielkość tej książki zawiera się między innymi w tym, jak głęboko potrafi opisać nieświadome linie myślenia – skojarzeń, przesłon i przeskoków – w teatralnych reprezentacjach Zagłady.

Wskazuje Pan na ogromny potencjał myśli psychoanalitycznej, w wielu wymiarach – od społeczeństwa po jednostki, od teorii po praktykę. Skupmy się chwilowo na tej ostatniej, albowiem to w odniesieniu do procesu terapeutycznego pewna wątpliwość wydaje się najbardziej znacząca. Wątpliwość ta dotyczy, jeśli można tak powiedzieć, seksualizacji. Z jednej strony mamy prężnie działające środowisko praktyków, z drugiej –  terminologię psychoanalityczną obecną w naszej codzienności językowej z wyraźnym odniesieniem do sfery seksualnej. Czy w szczególności sławny kompleks Edypa jest empirycznie skutecznym narzędziem w terapii? Czy w pracy z pacjentami w podejściu psychoanalitycznym seksualność pozostaje sferą nadrzędną (jak w potocznym mniemaniu było u Freuda)?

Nigdy dość podkreślania tego, że seksualność w psychoanalizie ma szeroką definicję i często stoi ona w sprzeczności z potocznym rozumieniem, które sprowadza ją wyłącznie do kwestii seksu. Seksualność wiąże się z ludzkim życiem popędowym, z tym, co Freud nazwał popędem życia, dążeniem do przyjemności, a przede wszystkim dążeniem do tworzenia i łączenia. Łączenia się w parę seksualną na najbardziej konkretnym poziomie, ale również w parę miłosną, a wreszcie bardziej metaforycznie – łączenia myśli. Wilfred Bion pisał o myśleniu jako o procesie tworzenia par – skojarzeń, zdań, znaczeń – wskazując, że ludzka popędowość nie kształtuje jedynie osobowości czy charakteru. Dobrym przykładem mogą być opisywane w literaturze „szkolne problemy” dzieci, które w inteligencji nie odbiegając od przeciętnej, mogą na przykład kompletnie nie radzić sobie z matematyką, nijak nie potrafią nauczyć się dodawania i odejmowania (łączenia i rozłączania). Dzięki psychoterapii takie problemy mogą ustąpić – co pokazuje, że nawet umiejętności abstrakcyjnego myślenia mają dużo wspólnego właśnie z seksualnością. I nie sposób ustalić, co jest źródłowe: nie jest przecież ani tak, że seksualność jest pierwotna wobec myślenia, ani że myślenie może być procesem odbywającym się bez ciała, uczuć i popędów. Dzieci często pytają rodziców, skąd się wzięły i co to jest seks. To zwykle wprawia dorosłych w osłupienie, ale Melanie Klein uważała, że te pytania stoją u podstaw tego, co nazwała popędem ciekawości. Gdy pozwolimy mu się rozwijać, możemy czerpać przyjemność z poszerzania swojej wiedzy i samorozwoju.

Z pewnością od czasów Freuda psychoanaliza zajmuje się więcej seksualnością dziecięcą i w ogóle dziecięcymi, a nawet prewerbalnymi doświadczeniami. Pierwszą psychoanalityczką, która zdecydowała się przyjmować do terapii dzieci nieumiejące jeszcze mówić, była Melanie Klein, która przyjmowała, że wobec braku możliwości werbalnego kontaktu można się z nimi po prostu bawić. Psychoanaliza wychodzi z założenia, wcale nieoczywistego, że dzieci już od narodzin mają swoje życie psychiczne, popędowe i seksualne, które kształtuje – najczęściej nieświadomie – późniejsze, dorosłe życie. Nie chodzi nawet o fiksacje, ale o pierwotne fantazje i wyobrażenia na temat samego/samej siebie, własnego ciała i relacji z innymi ludźmi. Dziś psychoanaliza sięga głębiej, poza kompleks Edypa, bada okres jeszcze wcześniejszego dzieciństwa, na przykład relacji dziecka z matką lub z pierwszym opiekunem (nieważne czy pacjent jest dzieckiem, czy dorosłym).

Joyce McDougall, autorka ważnej pracy Wiele twarzy Erosa, wskazuje w odniesieniu do seksualności na dwie podstawowe kwestie: psychicznej biseksualności i fantazji o scenie pierwotnej. Psychiczna biseksualność to jedno z rozpoznań Freuda. Twierdził on, że każdy człowiek jest połączeniem różnego rodzaju części: męskiej i kobiecej, hetero- i homoseksualnej. Od procesu dojrzewania, zmiennych identyfikacji, prób i poszukiwań zależy jego tożsamość, kształtowana czasem przez całe życie. Dla Freuda było oczywiste, że nie rodzimy się z naszą tożsamością, również seksualną, ale zależy ona od naszych doświadczeń, fantazji i oczekiwań (rodzinnych, społecznych). Warto podkreślić, że podstawowe zręby tożsamości seksualnej i pragnień kształtują się już w najwcześniejszym dzieciństwie, gdy komunikacja między dzieckiem a opiekunami obywa się bez słów, w głębokim kontakcie uczuciowym i cielesnym.

Fantazja o scenie pierwotnej dotyczy natomiast wyobrażenia dziecka o stosunku seksualnym rodziców (którego przecież jest efektem). Ale znów można to traktować w szerszej perspektywie jako ogólny model relacji, wpływający na to, w jaki sposób dziecko będzie wchodzić w kontakt z innymi ludźmi. Seksualność więc – jako popęd dążący do łączenia – wpływa zarówno na tożsamość, jak i na relacje z innymi, wobec czego zawsze musi być przedmiotem badania psychoanalitycznego. Tak samo zresztą jak antagonistyczne dążenie do rozłączania, przez część psychoanalityków konceptualizowane jako popęd agresywny. Ciekawe jest też to, że McDougall jako źródło kreatywności człowieka wskazuje głęboko ukryte, dziecięce przekonanie, że wszystko jest możliwe. Dotyczy to również płciowości i seksualności, które wraz z dojrzewaniem muszą być stale naznaczone brakiem, ponieważ dokonując (nieświadomie i świadomie) wyboru obiektu, płci albo orientacji seksualnej, czegoś jednocześnie nie wybieramy (co oczywiście nie kłóci się z genetycznym uwarunkowaniem tożsamości seksualnej).

Na marginesie: Kaja Silverman w The Threshold of the Visible World pisze, że taką kreatywną siłę zmiennych identyfikacji ma kino i wizualność, dzięki którym można znieść sztywne podziały płciowe, rasowe czy klasowe. Swobodne, nieustrukturyzowane libido, które Agata Bielik-Robson nazywa Errosem, gwarantuje możliwość fantazjowania, aby wszystko mogło być inne niż jest w rzeczywistości. Psychoanaliza może umożliwić badanie tych fantazji i ich seksualnego oraz destrukcyjnego charakteru.

Pozostając wciąż w wymiarze podstaw psychoanalizy – obok seksu i kompleksu Edypa kojarzonym z nią hasłem jest przytoczona już nieświadomość. Należy ona do kluczowych kategorii wprowadzonych przez Freuda, a jednak próbuje się ją bagatelizować na różne sposoby: czy wskazując, że już dawno pewni myśliciele mówili o nieświadomości, czy utrzymując, że inne odmiany psychologii i psychoterapii także stosują to pojęcie. Wydaje się jednak, że bardzo często dochodzi do pomieszania przedświadomości, nieświadomości oraz nieobecnej u Freuda i raczej potocznej podświadomości. W końcu teoretyczna konstrukcja Freuda opiera się na triadzie świadome–przedświadome–nieświadome, a nie na diadzie świadome–podświadome (czy nieświadome). Czy mógłby Pan opowiedzieć nam nieco o tych kategoriach, zwłaszcza o różnicy między przed- a nieświadomością? Jak wykorzystuje się te pojęcia i różnice między nimi w pracy terapeutycznej?

Trochę już powiedziałem o nieświadomości, powiem więc o przedświadomości, która jest ciekawym pojęciem, nieco zapomnianym, rozwijanym teoretycznie i klinicznie właściwie dopiero teraz. Triada świadome–przedświadome–nieświadome to tak zwana pierwsza topika Freuda. Późniejsza psychoanaliza poszła jednak w inną stronę, podążając raczej za drugą topiką, czyli triadą idegosuperego. Z tego, co wiem, przedświadomością nie zajmowały się szczególnie ani Anna Freud, ani Melanie Klein (Jacques Lacan chyba też nie); były one znacznie bardziej zainteresowane strukturalnym modelem umysłu. Dopiero od niedawna zaczęto powszechniej czytać wcześniejsze pisma Freuda, na przykład na gruncie rozwijanego głównie w amerykańskiej psychoanalizie podejścia intersubiektywnego. Niemniej mnogość nurtów, wewnętrznych sprzeczności i kontrowersji ukazuje kłopot z definiowaniem pojęć w psychoanalizie i nie pozwala na łatwą odpowiedź. O przedświadomości pisał André Green (francuska psychoanaliza z racji tłumaczeń Freuda bliższa jest pierwszej topice), a ostatnio również amerykański psychoanalityk Fred Busch.

Przedświadomość jest barierą między tym, co nieświadome, a tym, co świadome. Oddziela te dwie strefy, dzięki czemu aparat psychiczny jest w stanie funkcjonować. Bez owej półprzepuszczalnej granicy psychika rozpadłaby się pod naporem nieświadomych treści i fantazji – taka sytuacja następuje przy rozpadzie psychotycznym. Chyba najdziwniejszy film Wima Wendersa Aż na koniec świata ukazuje tę katastrofę: po pierwsze chodzi o niekontrolowaną satelitę, która może spaść w dowolnym miejscu na Ziemi, a po drugie – o wynalazek kamery, która pozwala bezpośrednio wyświetlać marzenia senne. Ludzie uzyskują bezpośredni wgląd w swoją nieświadomość, w proces pierwotny, w swoje pragnienia i lęki. Rezultat jest zarówno przerażający, jak i fascynujący, gdy bohaterowie uzależniają się od ich oglądania. Dodajmy na marginesie, że apokalypsis po grecku znaczy zarówno katastrofę, jak i objawienie. „Prawdziwa” rzeczywistość w filmie Wendersa jest wprawdzie niewiele lepsza, ale dzięki jej zapośredniczeniu możliwy jest jakikolwiek realny kontakt między ludźmi. Podobnie jest z przedświadomością, dzięki której – jak pisał Freud – wyobrażenia rzeczy mogą przekształcić się w wyobrażenia słowne. Dzięki zapośredniczeniu przedświadomości możemy zarówno używać języka, jak i mieć dostęp do treści nieświadomych.

Dzięki przedświadomości możemy się porozumiewać, ponieważ treści nieświadome nie znają praw logicznych, czasu, przestrzeni ani innych modalności – nabywają ich dzięki wkroczeniu w pole przedświadomości, zyskują swoją reprezentację, dają się pomyśleć, a potem wyrazić. Różnicę pracy z nieświadomością i przedświadomością można ukazać na wymyślonych przykładach2. Pierwsza sytuacja: powiedzmy, że pacjentka ma wrażenie, że terapeuta jej nie słucha, bo jest zajęty myśleniem o kimś innym. Czuje się na tyle zraniona, a być może też wściekła, bo nie dostaje wystarczająco dużo uwagi, że trudno jej myśleć i czuć się swobodnie. Może jej nawet być trudno przypomnieć sobie, że widziała niedawno innego pacjenta wychodzącego z gabinetu tuż przed jej sesją, co sprawiło, że przeszło jej przez głowę, że terapeuta pogrążony jest w myślach o nim i nie słucha tego, co ona ma do powiedzenia. A potem w toku rozmowy okazuje się, że nieświadomie odtworzyło się jej dziecięce doświadczenie opuszczenia przez rodziców zajętych opieką nad młodszym bratem. To działanie nieświadomości. Rozważmy drugi przypadek: terapeutka w trakcie rozmowy z pacjentem nagle coś sobie wyobraża, przypomina jej się jakaś scena z życia pacjenta (ale może być to coś zupełnie innego, pozornie niezwiązanego z tym, co mówi pacjent). Analityczka napomyka o tym albo stwierdza, że to, co mówi pacjent, coś jej przypomina – i nagle może się okazać, że pacjentowi przypomniało się dokładnie to samo. I być może gdyby terapeutka nie powiedziała tego, co było na progu świadomego, pacjent zignorowałby ten obraz i poszedłby dalej w swojej narracji. To przypadek, gdy dzięki terapii z nieświadomości wracają dawne wspomnienia, uczucia czy obrazy i trzeba jedynie znaleźć na nie odpowiednie słowa. Zdarza się to również między bliskimi, gdy potrafimy dokończyć zdanie albo myśl drugiej osoby.

W jaki sposób korzysta się z pojęć psychoanalizy takich jak przedświadomość i nieświadomość, czy wprowadza się je explicite w procesie terapeutycznym? Jak traktują je praktycy, biorąc pod uwagę dynamiczny charakter idei Freuda – ewolucję owych pojęć (a więc ich względną niestabilność), a wręcz nieustanną modyfikację fundamentów myśli psychoanalitycznej? Innymi słowy na ile w stosowaniu psychoanalizy uwzględnia się historię rozwoju danego pojęcia, na przykład relacje, napięcia, wykluczenia między pierwszą a drugą topiką? Czy też być może terapeuci korzystają w różnych sytuacjach z różnych elementów tej obszernej tradycji, od Freuda począwszy przez Lacana aż po krytyki Deleuze’a i Guattariego?

W terapii oczywiście nie rozmawia się o samych pojęciach psychoanalitycznych – pacjenci przychodzą do gabinetu po to, by poznać samych siebie, a nie psychoanalizę albo psychoanalityka. To i tak się wydarzy, ale nie jest to głównym celem terapeutycznym. Australijski psychoanalityk Neville Symington pisał, że jeśli psychoanaliza zajmuje się dziecięcymi uczuciami, to używanie przesadnie skomplikowanego lub fachowego języka jest albo egzaltacją, albo mechanizmem obronnym. Nie chodzi rzecz jasna o uproszczanie albo infantylizowanie rozmówcy, ale o to, żeby znajdować słowa jak najbliższe ich znaczeniom emocjonalnym. Jak wytłumaczyć – powiedzmy – kompleks Edypa czterolatkowi? Nasze życie psychiczne jest już wystarczająco skomplikowane, a teoria psychoanalityczna ma je nam przybliżać, nie zaś dalej gmatwać.

To oczywiście ukazuje niejednoznaczną rolę teorii w psychoanalizie, która zawsze ściśle łączy się z praktyką kliniczną. Prawie wcale nie pisze się tekstów czysto teoretycznych, ponieważ psychoanaliza opiera się przede wszystkim na obserwacji. Teoria podąża za praktyką kliniczną, a nie odwrotnie, wobec czego ta pierwsza zawsze będzie stanowić niedokończony projekt. Zachowując czystość i spójność teoretyczną, gubiłoby się fundamentalny fakt, że istnieje nierządząca się zasadami logiki formalnej nieświadomość, której ostatecznie nie da się w pełni poznać. Hans Loewald twierdził, że na tekstach Freuda można opierać zupełnie różne tezy, ponieważ on sam „sformułował wiele sprzecznych sądów, tak jak każdy człowiek, który nie poświęca złożoności życia dla zwodniczej prostoty sztywnych koncepcji”3. Stąd pewnie należy mówić raczej o wielu teoriach psychoanalitycznych niż o jednej, spójnej pojęciowości – co w moim odczuciu stanowi wyłącznie o jej sile. Po ponad stu latach od wydania Objaśnień marzeń sennych psychoanalitycy wciąż spierają się o różne ujęcia nieświadomości, struktury aparatu psychicznego, przeniesienia, roli popędów i uczuć – i nie wygląda, żeby te spory miały się zakończyć. A czasem mają one charakter zasadniczy, jak choćby w kwestii dualizmu popędów: czy istnieją dwa popędy, erotyczny i agresywny? czy istnieje tylko libido?

Osi konfliktów teoretycznych jest sporo, a w zależności od wyboru nurtu z obszernej tradycji psychoanalizy zmieniać się będzie również praca psychoanalityczna – choćby dlatego, że inne będą definicje najważniejszych pojęć. Analityk w nurcie najbliższym Freudowi będzie traktował nieświadomość jako miejsce wypartych konfliktów, do których dotrzeć można na przykład przez marzenia senne i interpretację przeniesienia, które opiera się na doświadczeniach z przeszłych relacji z ważnymi osobami. Psychoanalitycy kleinowscy będą zwracać uwagę na nieświadome fantazje stojące za słowami pacjenta i badać, w jaki sposób oddziela się od niechcianych uczuć i myśli, na przykład pozbywając się ich przez mechanizm projekcji. Z kolei psychoanalityk z nurtu intersubiektywnego lub niezależnego będzie skupiać się na nieświadomej komunikacji między nim a pacjentem, analizować, jaką tworzą parę i wspólną przestrzeń (na podobieństwo bliskości matki z dzieckiem).

Teoria Melanie Klein stanowi dość uporządkowany i spójny system bazujący na rozpoznaniach Freuda, do których dołączyła wiele własnych, oryginalnych koncepcji. W pewnym momencie wydawało się nawet, że jej uczniowie zdominowali psychoanalityczną scenę. Szybko jednak znaleźli się tacy analitycy jak Donald Winnicott, którzy postulowali wolność myślenia psychoanalitycznego i stawali po stronie antyteoretycznej. Ta dialektyka teorii opartych na silnych strukturach i podejściu antystrukturalnym toczy się dalej, natomiast chyba już wszystkie kierunki psychoanalizy (może z wyjątkiem lacanizmu) odeszły od freudowskiej pozycji psychoanalityka jako niewzruszonego, oddzielonego podmiotu, pustego ekranu, na który padają fantazje pacjenta. Od fallicznego modelu odtwarzającego relację władzy rodzica nad dzieckiem, w której tylko jedna osoba z pary ma dostęp do wiedzy, teoria psychoanalityczna przeszła do pozycji opartej na dialogu i wspólnym wysiłku w tworzeniu opowieści: kim jest dla pacjenta ta osoba, która przyszła na terapię. Według mnie można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że na ten ruch w teorii psychoanalitycznej miał wpływ ostateczny upadek struktur mieszczańskiego wieku XIX, kontestacyjne lata sześćdziesiąte i feminizm.

Przypuszczalnie można by tu usłyszeć odległe echo Anty-Edypa Deleuze’a i Guattariego, choć – prawdę powiedziawszy – nie znam psychoanalitycznej recepcji tego wysoce teoretycznego dzieła. Nawiasem mówiąc, nie czuję się specjalistą w tym temacie, ale wydaje mi się, że ich krytyka była wymierzona przede wszystkim w pewną wersję psychoanalizy rozwijaną wtedy we Francji. Oczywiście godziła zwłaszcza w Lacana, ale i w tych psychoanalityków, którzy pozostali w Towarzystwie Psychoanalitycznym, jak Janine Chasseguet-Smirgel czy Béla Grunberger. Zabawne, że choć Lacan z Chasseguet-Smirgel i Grunbergerem prowadzili ostre polemiki (a przecież sam Lacan – i jest tu pewna kontrowersja – został usunięty lub sam się usunął z Towarzystwa), to na rewoltę maja ‘68 patrzyli z podobnej perspektywy konfliktu edypowego i równie krytycznie oceniali charakter studenckiego buntu. Dla oddania sprawiedliwości należy jednak dodać, że Lacan czynił to ze znacznie mniej konserwatywnej pozycji. Niemniej nie jest to cała psychoanaliza, a nawet wydaje mi się, że już wtedy nie była to cała psychoanaliza – i że Deleuze z Guattarim mogliby się całkiem dobrze dogadać na przykład z rozwijającym wtedy oryginalne teorie myślenia Bionem (o ile wiem, poświęcają mu jedynie dość życzliwy przypis). Poza tym osobiście nie wierzę w to, że myśli mogą dorastać obok siebie w izolacji, i najczęściej mają one ze sobą więcej wspólnego niż chcieliby przyznać ich właściciele. Pewien psychoanalityk powiedział kiedyś Chasseguet-Smirgel, która Lacana nie znosiła, że prawdopodobnie zawdzięcza mu bardzo dużo, nawet jeśli trudno jej to przełknąć. Jest to oczywiście jeden z możliwych sposobów ujęcia teorii filozoficznych, uhistoryczniania i psychoanalizowania ich, na przykład stojący u podstaw ostatniej książki Andrzeja Ledera, Rysy na tafli – chociaż ze schizoanalizą ma to chyba mało wspólnego.

Mojej ulubionej ilustracji tego, jak powinna działać teoria psychoanalityczna – a właściwie każda teoria – dostarcza Eve Kosofsky-Sedgwick w tekście Melanie Klein and the Difference Affect Makes, gdzie porównuje teorię do dziecięcej zabawki. Zabawka nie może być ani za duża, ponieważ przygniata dziecko i nie da się z nią wtedy zbyt wiele zrobić, ani też za mała, bo wtedy łatwo ją zgubić albo połknąć. Z takimi zabawkami – lub z takimi pojęciami – można wspólnie wiele zdziałać, ale – jak wie każde dziecko – zabawki mają też swoje niezależne życie i nigdy tak naprawdę nie wejdą w całkowite posiadania bawiącego się. A warto też dodać, że psychoanaliza traktuje zabawę bardzo serio (na tym przecież polega psychoanalityczna terapia dzieci), ponieważ to podczas niej dzieci po raz pierwszy radzą sobie ze swoimi uczuciami, popędami i konfliktami.

Niezależnie więc od różnic na poziomie teorii, psychoanalityczne terapie polegają na tworzeniu narracji tożsamościowej z pomocą analityka, tak by na nowo uporządkować sferę psychiki. Jak jednak traktuje się ową opowieść: czy jest to prawda w mocnym sensie o danym podmiocie, czy też bardziej pragmatycznie – reinterpretacja skutecznie przemieszczająca i osłabiająca problem? Na ile czynni psychoanalitycy wierzą w – powiedzmy – autentyczność wypracowanych refleksji, a na ile skupiają się na efektywności?

Wbrew jej poststrukturalistycznym odczytaniom, uważam, że psychoanaliza zachowała twarde pojęcie prawdy – ale na pewno nie w jej opresyjnym znaczeniu, jak chcą krytycy. Przeciw takiemu rozumieniu prawdy kilka lat temu w „Critical Inquiry” Jan de Vos opublikował artykuł, w którym przekonywał, że psychologia jest chyba ostatnią z nauk społecznych, która uważa, że odkrywa uniwersalne prawdy o człowieku. W kółko przywoływane klasyczne eksperymenty Zimbardo i Milgrama nie przestają zdumiewać, ale prawie nikt nie zadaje sobie trudu ich uhistorycznienia, analizy kulturowej – za to właściwie bez przerwy słyszymy, że ktoś próbuje je powtarzać (być może oczekując innych rezultatów?). W takim ujęciu psychologia uzurpuje sobie po pierwsze prawo do wiedzy, a po drugie prawo do jej głoszenia. I zwykle w takich wypadkach przegrywa. Lacan nazywał taką pozycję podmiotową dyskursem mistrza, w którym ktoś udaje, że wypowiada pełnię wiedzy i że niczego mu nie brakuje. Potrzebuje jednak kogoś, kto słucha i kto mu się podda – ta struktura działa na zasadzie Foucaultowskiej wiedzy-władzy.

Psychoanaliza nie zajmuje takiej pozycji choćby z powodu działania nieświadomości. Prawdy nigdy nie da się wypowiedzieć do końca, ponieważ jeśli uznajemy istnienie nieświadomości, to zgadzamy się, że w życiu psychicznym człowieka istnieje taka strefa, która zawsze będzie nieznana i niewiadoma, choć wciąż na niego oddziałująca. Psychoanaliza używa raczej kategorii prawdy emocjonalnej, a nie językowej czy logicznej – należy pamiętać, że przez ważną część naszego dzieciństwa nie używaliśmy języka, a jednak komunikowaliśmy się z rodzicami, rodzeństwem i otoczeniem. Niemowlę nie przeżyłoby bez możliwości komunikacji swoich stanów wewnętrznych ani bez opiekuna gotowego te stany rozróżniać, nazywać i odpowiadać na nie. Bion pisał o parze dziecko-matka (przy czym „matka” to nazwa na pierwszego opiekuna, niezależnie od płci i biologicznej relacji z dzieckiem) jako o parze pomieszczany–pomieszczający. Dorosły zwykle dysponuje wewnętrzną przestrzenią i zdolnościami przetwarzania własnych uczuć – w żywym kontakcie z dzieckiem może odbierać jego uczucia, przekształcać je i oddawać w takiej formie, dzięki której dziecko może czuć się rozumiane, chciane i kochane. Gdy niemowlę płacze, bo przestraszyło się hałasu zamykanego okna, matka może wziąć dziecko na ręce i je uspokoić. Czując lęk dziecka, lokalizuje jego przyczynę i koi, wiedząc, że nie jest to nic zagrażającego życiu (czego samo niemowlę przecież nie wie). Opisana sekwencja jest sytuacją komunikacyjną, choć przecież obywa się bez słów. Inaczej jest, gdy komunikaty dziecka nie są słuchane lub są błędnie rozumiane, i na przykład niezależnie od tego, czy niemowlę jest głodne, śpiące, czy jest mu zimno, podaje mu się mleko. Dziecko doświadcza wtedy sytuacji, gdy środowisko nie jest dostosowane do jego potrzeb i pragnień, a w rezultacie dziecko to będzie się być może dostosowywać do otoczenia i swoich rodziców.

Winnicott pisał, że wtedy może tworzyć się cała struktura „fałszywego self”, dostosowanego i podporządkowanego, mającego jak najgłębiej skryć to, co na początku było prawdziwym doświadczeniem emocjonalnym. Na przykład dzieci, którym rodzice zabraniają wyrażać emocje (typowo: chłopcom smutek, a dziewczynkom złość i uczucia rywalizacyjne), mogą stać się nad wyraz grzeczne i osiągać olbrzymie sukcesy w szkole, potem w życiu zawodowym, ale nagle może się okazać, że z tych osiągnięć nie potrafią czerpać szczerego zadowolenia. To może być katastrofalnie bolesny proces, ponieważ tacy ludzie już dawno po wieku dorastania mogą się nagle zorientować się, że kompletnie nie wiedzą, kim są. W psychoanalizie należałoby wówczas dotrzeć do tych pierwotnych doświadczeń emocjonalnych, ale nie w tym sensie, w jakim o „prawdziwym Ja” mówią rzecznicy rozwoju osobistego albo „Kalifornia” (jak zgryźliwie w jednym z późnych wywiadów rzucił Foucault). Winnicott uważał, że „prawdziwym self” może być równie dobrze twórcze i ufne, co rozszalałe ze złości lub depresyjne, opuszczone dziecko, ale bez jego powrotu na wewnętrzną scenę bardzo trudno będzie zbudować swoją tożsamość. To jednak, co jest prawdą, a co fałszem, rozstrzyga się między analitykiem a pacjentem – wziąwszy pod uwagę, że mylić się może zarówno jeden, jak i drugi. Ostatecznie kogo okłamujemy częściej niż samych siebie? A zatem powiedziałbym nawet więcej, niż sugerowało pytanie: poza prawdą, którą czuje zarówno pacjent, jak i analityk, psychoanaliza nie ma innych narzędzi.

Czyli narracja jako językowa sama nie jest prawdziwa, za to odsłania głębszą, pozadyskursywną prawdę jednostki, albo też wskazuje na nią – czy tak? Zbliżamy się już do końca, więc po rozjaśnieniu tej kwestii proponuję małą grę w przewidywanie. Otóż nasze ostatnie pytanie brzmi: dokąd we współczesnym świecie zmierza psychoanaliza, zwłaszcza w wymiarze praktycznym?

Nie, to byłaby dość tradycyjna, platońska konstrukcja – w której przez zwodniczą zasłonę słów docieramy do rzeczywistości pozajęzykowej, rzeczywistości uczuć i popędów. Do uczuć i wspomnień wczesnodziecięcych nie mamy przecież bezpośredniego dostępu, możemy je rekonstruować dopiero retroaktywnie. Ludzie porozumiewają się, używając języka, i proces psychoanalityczny jest procesem językowym, w którym nieświadomym treściom nadawana jest słowna reprezentacja. Dzięki wystarczająco dobremu opanowaniu języka opisującego stany wewnętrzne jesteśmy w stanie żyć, nie poddając się zalewom nieznanych uczuć albo tego, co Bion opisał jako „nienazwane przerażenie”, stanu trwogi, lęku przed rozpadem i unicestwieniem. Najlepiej widać to na przykładzie marzeń sennych i ich objaśniania. Śnimy w obrazach, a nie w słowach, do tego wysyconymi uczuciami, ale możemy próbować je rozumieć jedynie przy użyciu języka zdolnego je opracować i przekształcić w myśli pomocne na jawie. Proces jest jednak dwukierunkowy i stale oscyluje między słowem a uczuciem, słowem a obrazem. Być może każdemu znany jest stan zanurzenia, osunięcia się w obrazy, gdy wychodzi się z kina i nie da się powiedzieć ani jednego słowa o właśnie obejrzanym filmie. Pochłonął nas on do takiego stopnia, że dopiero po godzinie, dniu, tygodniu możemy sformułować jakąkolwiek spójną myśl. To nic patologicznego, tylko stałe i jednoczesne działanie świadomego i nieświadomego, presji uczuć i wspomnień oraz prób refleksji nad tym doświadczeniem. Czasem można wyjść z takich rozterek, czując, że widziało się film zmieniający całe życie, a czasem w udręce, że na ekranie kinowym obejrzało się trudny do poskładania koszmar (wiele osób mówi tak na przykład o Antychryście von Triera – że nie wie, czy to najlepszy, czy najgorszy film, jaki widzieli w życiu). W tym zresztą, jak sądzę, Lacan bardzo różni się od samego Freuda, lekceważąc w późniejszym okresie wizualność i spychając to, co wyobrażeniowe, właściwie wyłącznie w obszar méconnaissance.

Jeśli chodzi o przyszłość psychoanalizy, najbliższa byłaby mi pozycja krytycznego optymizmu. Co jakiś czas ogłasza się koniec psychoanalizy, ale ta trzyma się wciąż całkiem nieźle – i teoretycznie, i instytucjonalnie. Osobiście jestem szczególnie ciekaw rozwijających się prężnie towarzystw psychoanalitycznych w Azji, na przykład w Chinach, Japonii i Korei. Nie bardzo jeszcze wiadomo, na ile zmieni to tamtejszą psychoanalizę, a na ile cały ów nurt, co oczywiście byłoby znacznie bardziej ekscytującą opcją. Są to jednak zupełnie nowe towarzystwa, o ile wiem – niemające tradycji ani zaplecza historycznego. W Ameryce Południowej psychoanaliza obecna jest już od lat, a nawet ma duży wpływ na życie społeczne. Według sondażu cytowanego przez „Wall Street Journal” jedna trzecia Argentyńczyków w pewnym momencie życia korzystała z terapii psychoanalitycznej. Przyczyn rozpowszechnienia psychoanalizy w Ameryce Łacińskiej można pewnie szukać w okołowojennej emigracji żydowskiej, ale dość powiedzieć, że ta powstała osobno szkoła ma wciąż niegasnący wpływ na rozwój światowej myśli (znacznie większy niż cała Europa Środkowo-Wschodnia, skądinąd kolebka psychoanalizy).

Podejrzewam, że psychoanaliza będzie musiała przemyśleć zmiany technologiczne i ich wpływ na życie psychiczne. Bardziej niż zmiany społeczno-rodzinne, które nie wydają mi się tak znaczące (krytycy psychoanalizy uwielbiają wytykać, że na przykład kompleks Edypa odnosi się wyłącznie do świata mieszczańskiego – właściwie zapominając o tym, że rodzina mieszczańska nijak nie pasuje do nuklearnego modelu ojciec–matka–dziecko), istotna jest olbrzymia rewolucja internetu i technologii osobistej. Jeśli dzieci uczą się obsługiwać smartfony, zanim zaczynają mówić, to wydaje mi się ciekawe, jak zmienia to nasze relacje, stosunki rodzinne i społeczne. Szwajcarsko-francuska psychoanalityczka Florence Guignard w książce Quelle psychanalyse pour le XXe siècle? zastanawia się na przykład, czy nie należałoby całkowicie zmienić naszego myślenia o fazie latencji (wyciszenia popędu seksualnego u starszych dzieci i młodych nastolatków), skoro dzięki technologii dostęp do wiedzy o seksualności przestaje sprawiać jakikolwiek problem. Warto przemyśleć tę kwestię zarówno bez technofobicznego konserwatyzmu, jak i z uznaniem realnej zmiany w życiu społecznym i psychicznym. Sporo jest jeszcze do zrobienia, ale wydaje mi się, że psychoanaliza posiada już solidny fundament teoretyczny, aby móc rozwijać się dalej.

Mam wreszcie nadzieję, że w Polsce zostanie w końcu zauważone, że psychoanaliza to nie tylko Freud czy Lacan, i że wymiany wiedzy i kompetencji między teorią humanistyczną a praktyką kliniczną będzie tylko więcej. Szczęśliwie jesteśmy już chyba świadkami tego procesu.

  1. Ch. Bollas, The Infinite Question, Routledge, London–New York 2009, s. IX.
  2. Psychoterapeutów obowiązuje tajemnica służbowa – przyp. red.
  3. H. Loewald, On the Therapeutic Action of Psycho-Analysis, „International Journal of Psycho-Analysis” 1960, nr 41, s. 32.

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty