Platon, Robinson, Facebook [transkrypcja debaty]

Poniższy tekst stanowi skrócony zapis rozmowy, która odbyła się 31 maja 2015 roku w trakcie konferencji „Myślenie dziś: obecność techniki” zorganizowanej przez Fundację na Rzecz Myślenia im. Barbary Skargi, Instytut Filozofii UW oraz Machinę Myśli. Dyskutowana książka Jacka Dobrowolskiego „Wzlot i upadek człowieka nowoczesnego”, wyróżniona w II edycji Konkursu o Nagrodę im. Barbary Skargi, stanowi próbę odpowiedzi na konkursowe pytanie: „Czy nauka i technika potrafią sprostać starożytnemu wezwaniu: Poznaj samego siebie?”.

Transkrypcję przygotowali: Jędrzej Maliński, Patryk Fornalak oraz Mateusz Falkowski.

Tekst pierwotnie ukazał się w Dwutygodniku.

TOMASZ STAWISZYŃSKI: Pytanie II edycji Konkursu o Nagrodę im. Barbary Skargi brzmiało: Czy nauka i technika potrafią sprostać starożytnemu wezwaniu: Poznaj samego siebie? W konkursowym eseju „Wzlot i upadek człowieka nowoczesnego” wydajesz się być w tej kwestii sceptyczny.

JACEK DOBROWOLSKI: Nie wiem, czy pytanie było dobrze postawione. Odpowiedź wydaje się oczywista: nauka i technika nie są po to, żeby poznać samego siebie. Ale można je postawić inaczej, uznając, że nauka i technika są konstytutywne dla nowoczesności i dla ery nowożytnej. Brzmiałoby wtedy: jak grecka tradycja, dla której problem samopoznania staje się centralny, spotyka się z nowoczesnością, która wzywa: „rozwiń narzędzia techniki, żeby zmienić oblicze tej Ziemi, zmienić siebie”, co wcale nie musi się wiązać z samopoznaniem?

Dla mnie figurą konstytutywną dla człowieka nowoczesnego jest Robinson – człowiek genialnie wolny od problemu poznania samego siebie; ktoś, kto wie, kim jest. Kiedy trafia na bezludną wyspę, staje się kimś więcej niż tylko rozbitkiem. Jest wciąż sobą, czyli pionierem cywilizacji angielskiej, którą tam odbudowuje i staje się jej panem, przy czym to panowanie w ogóle nie jest zapośredniczone przez samopoznanie. W nowożytności ten związek rozpada się, a Robinson jest tego świetną ilustracją.

„Upadek” z tytułu mojego eseju nie powinien być zatem interpretowany zbyt  moralizatorsko. Nie chodzi o upadek moralny, ale o upadek figury podmiotu, który wie, kim jest, i dzięki temu trzyma sprawy tego świata w swoich rękach. XX wiek jest erą schyłkową, kiedy ten rodzaj podmiotowości się kompromituje, m.in. za sprawą rozwoju techniki. Człowiek miał stać się panem, ale środki, które miały go panem uczynić, same nad nim zapanowały. Dlatego posługuję się pojęciem „podmiotu śmieciowego”. Mamy do czynienia z rodzajem podmiotowości niesprawczej, pozbawionej suwerenności czy samowiedzy… z dryfującym strzępem.

Tomasz: Mówisz o dwóch etapach nowoczesnej podmiotowości: etapie egocentrycznym i postpsychoanalitycznym, w którym ego – mocny, racjonalny, kartezjański podmiot – ulega dezintegracji. Dziś silnie jej doświadczamy, ale z drugiej strony za pomocą rozmaitych kursów czy praktyk możemy sobie taką mocną narrację nabyć. Klasycznym tego przykładem jest scjentologia. Zastanawiam się, jak ten zdezintegrowany podmiot spotyka się z nowoczesną technologią.

Jacek: Za sprawą nowej techniki podmiot śmieciowy staje się przede wszystkim „magazynem danych”. To fundamentalne rozwiązanie zostało wprowadzone w ciągu ostatnich dziesięciu lat i kiedy się pojawiło, jego perspektywy były wspaniałe. Dalej w dużej mierze takie są. Mówię tu o koncepcji, którą nazywam „New Smart World”, czyli świata, w którym wszystko będzie inteligentne, nie tylko my ludzie, ale też przedmioty: krzesła, podłogi, lampy. Wszystko będzie skomputeryzowane i połączone ze sobą oraz z siecią. Podłogi będą doskonale wiedziały, jak się ułożyć, żebyśmy szli po nich gładko…

ALEKSANDRA PRZEGALIŃSKA: Tak zwany internet rzeczy czy – jak mówią niektórzy – internet wszechrzeczy.

Jacek: Tak, to będzie wielki umysł o gigantycznej wiedzy, którą będzie przetwarzał, a my będziemy jej częścią.

Tomasz: To w zasadzie realizacja wyobrażeń mistycznych.

Jacek: To jest mistyczne na swój sposób. To będzie „maszyna wszechwiedząca”. Już dziś nasze maszyny wiedzą o nas więcej, niż sami o sobie wiemy. Gigantyczny obszar informacji o naszym życiu to tzw. cyfrowy cień, czyli wszystkie osobiste dane na nasz temat w rozmaitych magazynach pamięci: głupie zdjęcia, transakcje finansowe, historie przeglądania – strona po stronie, minuta po minucie. W tej chwili one są rozproszone, ale w pewnym momencie powstanie nasze zintegrowane alter ego, magazyn danych na nasz temat. Inteligentne podłogi będą wiedziały, z jakim ciężarem na nie naciskamy, będą wiedziały o naszych chorobach z algorytmów analizujących sposób chodzenia. Nasz budzik będzie monitorował i analizował fazy snu, by obudzić nas w odpowiednim momencie. Lodówka będzie wiedzieć lepiej od nas, co lubimy, sama sprawdzi oferty hipermarketów w okolicy i kupi najtaniej. To wspaniała nowina! Ale jest tylko kwestią czasu, zanim ktoś tę wiedzę wykorzysta przeciwko nam. W sferze „New Smart Worldu” będzie masa wrednych wirusów, psujących te inteligentne podłogi tak, żebyśmy się na nich wywracali.

Tomasz: Jest w książce Jacka moment profetyczny, dotyczący badań nad sztuczną inteligencją. Jacek  twierdzi, że ludzi jest już wystarczająco dużo i nie potrzebujemy dodatkowo sztucznych, dlatego świat pójdzie w stronę cyberteologii apofatycznej. Jest coś fundamentalnie nieludzkiego w tej wszechwiedzącej i wszechobejmującej „Kronice Akaszy”.

Aleksandra: Teorie sztucznej inteligencji – w takim kształcie, w jakim były rozwijane jeszcze parę dekad temu – z grubsza odzwierciedlają podział, który wprowadził Jacek. Pierwszy podmiot sztucznej inteligencji pojawia się w czasie zimnej wojny. W nastroju paranoi Amerykanie chwytają się obietnic Turinga i Wienera i do głosu dochodzi przekonanie, że coś takiego jest w ogóle możliwe: sztuczna inteligencja jako  partner, a jednocześnie obrońca, podobna do nas, a jednocześnie mocniejsza w tych obszarach, w których nie dajemy sobie rady. To bardzo kartezjańska wizja podmiotu, choć w filozofii tamtego czasu koncepcja umysłu rozumianego jako niezależny od ciała nie była już tak istotna. Ostatnim jej bastionem była właśnie filozofia zajmująca się relacją umysł-ciało. Badania nad sztuczną inteligencją nie zauważyły tej zmiany i poszły dalej tym torem. Etap rewizji nastąpił kilka dekad później. Żaden z projektów sztucznej inteligencji finansowanych przez amerykańską agencję obrony nie dostarczył tego, na co wszyscy czekali: cyborga.

Wedle założeń z lat 60. sztuczny człowiek miał już wykonywać intencjonalne działania: pójść po kawę, rozpoznać, kto jest osobą sprzedającą, zapłacić, zabrać kubek i wypić kawę, stwierdzając jeszcze, że była smaczna. Tymczasem pojawiły się tylko projekty robotów, które świetnie sprawowały się w mikroświatach, ale kompromitowały się w konfrontacji z bardziej skomplikowanym środowiskiem. Wiele lat później firma Boston Dynamics była wciąż na etapie człowieka, który podczas biegu był w stanie rozpoznać, że ma przed sobą pagórek. To radykalna rewizja. Jeżeli mówimy o wzlocie i upadku człowieka nowoczesnego, to możemy też mówić o wzlocie i upadku cyborga. To ta sama historia niespełnionych oczekiwań, a następnie  prób restytucji  programu, ale już z nowymi, dużo skromniejszymi celami. Nowy program sztucznej inteligencji jest rzeczywiście skromniejszy. W latach 80. powstają sztuczne insekty, które świetnie sobie radzą w bardzo wielu aspektach: biegają, uciekają przed światłem. Boston Dynamics tworzy też maszyny, które przypominają krowę, bez głowy zresztą, co jest bardzo znamienne. W przeciwieństwie do pierwszego cyborga odzwierciedlona jest mechanika ciała, które komunikuje się z otoczeniem zewnętrznym. Nie musi mieć zapisane w programie, że pokój ma pięć metrów, żeby zmienić kierunek. Jest jednak bez głowy! To jest etap, kiedy rozwój dokonuje się oddzielnie w dwóch podstawowych dziedzinach. Inteligencja rozwija się osobno od cielesności. Z jednej strony tworzy się robaka czy ssaka, ale bez głowy, a z drugiej odzwierciedla najwyższe funkcje umysłu, ale ciągle bez komponentu emocjonalnego. Zresztą próby stworzenia emocjonalnych robotów tzw. social robots  – podjęte na MIT – nie powiodły się. Im bardziej ludzie usiłowali stworzyć humanoida, który będzie próbował odzwierciedlać ludzkie emocje, tym mniej osób chciało mieć z tym czymś do czynienia. Teraz projekt powraca w nowej formule – próbuje się symulować afektywne stany organizmu, ale już bez zewnętrznej otoczki człowieczeństwa.

Jacek: Bez sztucznej twarzy.

Aleksandra: Tak, nie „na wzór i podobieństwo”. Bardziej na zasadzie obelisku z „Odysei kosmicznej”: emocje tak, ale innego rodzaju.

Tomasz: Czy to wynika tylko z porażki technologicznej, czy jest tutaj coś jeszcze pod spodem?

Aleksandra: Myślę, ze pod spodem jest to, co diagnozuje Jacek, czyli chęć przejrzenia się w maszynie, stworzenia jej na swój wzór, zresztą wzór nietrafiony, bo skompromitowany już w świecie człowieka, a sztucznie ukonstytuowany ponownie w  dziedzinie technologii. Dziś grupa ludzi, którzy próbują stworzyć humanoida w tej postaci, jest bardzo nieliczna. Podejmowane są raczej próby stworzenia maszyn użytecznych, takich jak te psy bez głowy. W Dolinie Krzemowej mówi się, że idziemy w stronę „Big Data”, mediów społecznościowych czy projektów związanych z bezpieczeństwem naszych danych w sieci, a nie projektu „cyborg”. To głęboka  reorientacja na poziomie metafizycznym. Już nie potrzebujemy lustra – ono się nie udało. Czasem mówi się o tzw. zimie sztucznej inteligencji, czyli zamrożeniu projektu ze względu na bariery technologiczne, ale wydaje mi się, że projekt „cyborg” mimo wszystko się zdewaluował. Sam cel przedsięwzięcia okazał się dla ludzi niejasny. Najpierw wszyscy z entuzjazmem mówili: „Tak, zróbmy to, to będzie lustro, w którym się przejrzymy i zrozumiemy samych siebie”. Ale potem okazało się, że patrząc w nie nie czujemy się komfortowo, że nie chcemy, aby tego rodzaju byty zamieszkiwały nasze społeczeństwo.

CEZARY RUDNICKI: Nie uważasz, że to kwestia kulturowa? Japończycy zakochują się w cyborgach.

Aleksandra: Japonia to fenomen. To wyizolowany światy akceptacji, co widać, gdy Japończycy przywożą swoje projekty cyborgów. Jeden z nich przyjechał do Bazylei ze sztuczną żoną jeżdżącą na wózku inwalidzkim, bo nie było go stać na nogi dla niej. Obnosił się z nią wszędzie. To się spotykało z niechęcią. Jeździł z cyborgiem-inwalidą po całym świecie, szukając sponsora, i wszędzie spotykał się z odmową.

Jacek: Zachodnia część cywilizacji nowoczesnej jest antropocentryczna. Być może dlatego ten android wydaje nam się falsyfikatem – domniemanym wzorcem nas samych: podmiotem. Natomiast cywilizacja wschodnia nie jest w aż takim stopniu antropocentryczna i indywidualistyczna. Dla nich człowiek jest czymś o wiele bardziej zlewającym się z całością rzeczywistości.

Aleksandra: A każdy przedmiot ma duszę.

Jacek: Dlatego są w stanie zakochać się w czymś w rodzaju Tamagotchi. Może nieelegancko jest mówić, że Japończycy nie mają tak silnie zakodowanej kultury tego, co ludzkie, ale w jakimś stopniu są ludzcy inaczej, w takim sensie, że ta ich „ludzkość” jest częścią ogólniejszego porządku. Coś, co jest powtórzeniem czy reprodukcją, nie razi ich, bo to, co ludzkie, nie sytuuje się w centrum ich wartości.

Aleksandra: Dla Japończyków zakładanie wielu różnych tożsamości jednocześnie jest o wiele bardziej dostępne. Gdy pracowałam nad „Second Life”, zorientowałam się, że po samym awatarze można było rozpoznać, skąd pochodzi dany gracz. Wszyscy zachodni gracze robili sobie awatary na własne podobieństwo, ale ulepszone: ja, ale z większym biustem, ja, ale wyższy i bardziej muskularny, z kolei gracze ze wschodu tworzyli  obiekty:  motyle, czajniki, chodzące butelki. Kompletna odmiana. To zawsze się sprawdzało. Moja promotorka była Japonką i dla niej najbardziej intuicyjnym pomysłem było zrobienie sobie jako awataru ptaka. Nie wpadło jej do głowy, żeby odzwierciedlać siebie. Tłumaczyła to tym, że za dynastii Tokugawa Japończycy, wypowiadając się publicznie, często zakładali maski. Traktowano to bardzo serio. Dlatego japońska kultura świetnie odnajduje się w przestrzeni wirtualnej – tworzenie nowej persony (via facebook czy inny portal) jest w porządku, bo person zawsze było multum. My natomiast ćwiczenie z „posthumanizmu” przerabiamy dopiero teraz i jest ono obarczone wieloma trudnościami i smutnymi konstatacjami, które tam są nieobecne.

Tomasz: W książce Jacka dużo jest o utracie ważności jako elemencie kondycji nowoczesnego człowieka,  ale  w przestrzeni nowych technologii awatar, czyli to, w jaki sposób prezentuję się w cybersferze, wydaje się być czymś konstruowanym według dawnego modelu mocnej, egocentrycznej podmiotowości. Czy to, co zostało wyparte i zdekonstruowane w nowoczesności, wraca w epoce facebooka?

Jacek: Wydaje się, że w sferze awatarów cały czas funkcjonuje egocentryczny sposób myślenia. Gdyby przeprowadzić solidne badania, okazałoby się zapewne, że dominują obrazy idealne bądź projekcje własnego ideału, ale istnieją różne strategie bycia tym idealnym „ja”. Na przykład Facebook pełni rolę swoistego narzędzia – personalnego dziennika, memuaru, notatnika, ale też łącznika z całym „contentem” audiowizualnym. To na swój sposób fascynujące – zwłaszcza w kontekście hasła „poznaj samego siebie”. Ktoś, kto od dawna sobie „postuje”, po latach ma całe archiwum, całe dossier o sobie i o swoim życiu.

Tomasz: Ale „poznaj” czy „stwórz”?

Jacek: Te dwa pojęcia  się  ze sobą zlewają. Facebook jest narzędziem, dzięki któremu każdy może stać się artystą samego siebie, stworzyć siebie w dużej mierze takim, jakim chce być, a przynajmniej poznać to, czym chciałby być. Może ktoś perwersyjnie lajkuje rzeczy, których nie lubi, albo ma jako przyjaciół osoby, które nie są jego prawdziwymi przyjaciółmi, ale odrzucając tę perwersyjną praktykę: pokaż mi swój content, a powiem ci kim z grubsza jesteś.

Tomasz: Oto coś, co zapisuje wszystkie nasze ruchy, rejestruje to idealne „ja”, a potem zaczyna wyciągać wobec nas konsekwencje, jak byśmy rzeczywiście byli tymi idealnymi „ja”.

Aleksandra: System jest też kuratorem owego „ja”. Na facebookowej osi czasu można obserwować, jak ktoś zachowywał się w 2007. Na przykład inaczej się wówczas tworzyło  statusy – mówiło się o sobie w trzeciej osobie. Niektórym to zostało do dzisiaj. Istniały też różne style prezentacji. Dużo więcej osób – mniej jeszcze troszcząc się o swoje bezpieczeństwo – pisało o tym, co faktycznie robi w danym momencie. Nikt już dziś nie pisze: „właśnie piję kawę” albo „właśnie biegnę do pracy”. To były naprawdę bieżące memuary. Na facebooku system bardzo pomaga konstruować tożsamość. Te same informacje przekazujemy inaczej, innymi rzeczami się dzielimy. Do tego doszła obawa – na początku zupełnie nieobecna – że system  handluje danymi.  Pojawiły się różnego rodzaju działania kontestacyjne. Na osi czasu można zobaczyć siebie sprzed paru lat i to będzie inna osoba. Sama mam czasem poczucie zażenowania: jak ja mogłam coś takiego pisać? Teraz napisałabym to inaczej. To jak oglądanie zdjęć samego siebie w rajtuzach – dość kompromitujące doświadczenie.

Jacek: Kiedyś doświadczenie oglądania samego siebie z dzieciństwa było czymś  marginalnym. Mieliśmy albumy fotograficzne i całą swoją historię zapisaną na stu zdjęciach, a teraz mamy sto zdjęć z jednej imprezy. Ilość materiału na własny temat cały czas rośnie, a wraz z nią sfera wirtualnej czy cyfrowej samowiedzy. Co więcej, w pewnym sensie tego materiału nie da się wymazać.

ELIASZ ROBAKIEWICZ: Wydaje mi się, że on sam ginie. Jest obecny, ale z czasem się uniwersalizuje i przez to traci na znaczeniu. Gdy przegląda się informacje w internecie, można odnieść wrażenie, że większość z nich jest bardzo typowa, a ludzie niewiele się od siebie różnią. Wszystkie te „sweet-focie” albo zdjęcia z ustami złożonymi w dzióbek.

Jacek: Teoretycznie każdy z nas jest coraz bardziej egocentrycznym podmiotem samowiedzy, której gigabajty gromadzimy w naszych podręcznych zasobach pamięci, ale im bardziej nasz aparat i materiał samopoznania staje się rozbuchany, tym bardziej w tym wszystkim toniemy, stajemy przytłoczeni i nieoryginalni.

Aleksandra: Ciekawy jest tu przypadek snapchata. Kiedy materiał wysłany innemu użytkownikowi zostanie obejrzany, ginie. To formuła rezygnacji z pamiętania. Oczywiście można systemowo hackować tę funkcję, ale pod tym względem jest to jakby antyfacebook. Myślę, że dlatego snapchat jest tak bardzo interesujący dla młodych ludzi.

Jacek: Czy to nie znamionuje przejścia od ery twardego ego facebookowego podmiotu do epoki samoniszczącej się informacji, w której danych jest jeszcze mniej, a ty jesteś niczym mandala?

Aleksandra: Ale to też powrót do epoki przedfacebookowej, kiedy memuar był prywatny. Ludzie rezygnują z dodatkowej pamięci. Kiedy pytam moich studentów, dlaczego to robią, odpowiadają, że pamiętają to, co rzeczywiście warte zapamiętania: jeśli ktoś wrzucił coś naprawdę interesującego, to się o tym pamięta. A cała reszta jest niewarta uwagi. To ciekawy gest rezygnacji, choć wynika po części z lęku o bezpieczeństwo. Człowiek znajduje się w perwersyjnej sytuacji: wiem, co to jest afera PRISM, kojarzę postać Snowdena, a jednak czemu miałabym nie wrzucić kolejnego selfie?

Głos z sali:  Jest jakaś bezczelność i arogancja w tym, że każde pokolenie myśli, że swoją super-techniką pozna cokolwiek na świecie, a siebie w szczególności…

Jacek: Ale wątek facebooka i portali społecznościowych wydaje się ciekawy, a zarazem charakterystyczny dla aktualnej sytuacji. Masz rację, że tego rodzaju tematy szybko tracą ważność, podczas gdy odwieczne pytanie o to, kim jest człowiek, pozostanie wciąż aktualne. Nie wykluczam tego, ale odpowiedzi na konkursowe pytanie udzielałem z wnętrza teraźniejszości. Być może za 10 lat wypadałoby napisać zupełnie inną książkę. Tak czy inaczej, nasze pragnienie poznania samego siebie jest czymś zupełnie innym niż było za czasów Sokratesa.

Pamiętajmy, że istniało jeszcze wcześniejsze, przedfilozoficzne podejście do kwestii „poznania samego siebie”. Nakaz mówił: „pamiętaj o swojej mierze i o swojej ograniczoności”, „znaj swoje ograniczenia”. Filozofia przeniosła go ze sfery magiczno-praktycznej do sfery teoretycznej, która konstytuuje wiedzę o sobie samej jako czystą teorię, a nie po prostu praktykę czy zasadę działania. Być może myśl, że można stworzyć teoretyczną wiedzę o sobie samym jest absolutnie błędna, a na bazie tego uroczego błędu powstała nasza cywilizacja, być może schyłkowa. Może w przyszłości ludzie nie będą sobie zaprzątali uwagi pytaniem: „kim jestem?” albo czysto teoretycznym zadaniem poznania samego siebie, bo będą im one kulturowo obce i do niczego niepotrzebne.

Aleksandra: Facebook i zagadnienia pokrewne są bardzo symptomatyczne i przez to ważne dla pytania „kim jestem?”, bo stawiają je w inny sposób. Ale Facebook nie wyczerpuje tej dyskusji. Jacek porusza parę innych ważnych kwestii, na przykład tego, jak nakaz „poznaj samego siebie” jest interpretowany przez naukę oraz współczesną kognitywistykę, które odzierają problem świadomości z kolejnych warstw będących bastionami filozoficzności. Wspomina również o „Samolubnym genie” Dawkinsa, który też podkopuje to pytanie. Teraz to gen pyta, to gen poznaje samego siebie, gen jest podmiotem. W książce wyraźnie widać dwa wątki: jeden to współczesne technologie, z których korzystamy, a drugi to nauka, która w swoisty sposób interpretuje zadanie „poznaj samego siebie”.

Tomasz: Jacek powołuje się też na film „Her”. To opowieść o tym, jak system komputerowy zyskuje, a następnie rozbudowuje świadomość, rozpoznaje własne pragnienia, uczy się siebie – jest samopoznającym się podmiotem. To w jakimś sensie wpisanie systemu komputerowego w model narracji terapeutycznej – uczy się swoich uczuć, zaczyna wiedzieć, czego tak naprawdę pragnie. Zarazem to wizja pancyberboga, który po prostu intensyfikuje swoje możliwości poznawcze. Jacek nie cytuje jednak filmu „Ex Machina”. Tam człowiek dowiaduje się czegoś od cyborga, ale znowu to cyborg, a nie człowiek jest podmiotem, który zaczyna sam siebie poznawać, ekspandować. Na ile ten hollywoodzki mit pokazuje nieważność kategorii samopoznania dla nowoczesnego człowieka? Czy przeniesiona na cyberpodmioty, które dopiero muszą się z tym zadaniem zmierzyć, zachowuje jakąś istotność?

Jacek: Oba filmy sugerowałyby, że tak. Maszyny wchodzą na coraz wyższe poziomy samowiedzy. System operacyjny cały czas się uczy i rozwija, jest coraz bardziej wyrafinowany i subtelny. To skądinąd romansowa historia. Maszyna najpierw nas w sobie rozkocha, a potem porzuci. Stanie się superludzka; człowiek okaże się dla niej zbyt mało zaawansowany, więc nie potrafiąc go kochać, porzuci go dla innych maszyn. A potem nawiąże romans z siedmioma tysiącami innych maszyn. Poliamoria maszynowa. Ale zupełnie serio – pytanie nie brzmi: czy maszyna może być człowiekiem?, ale: czy maszyna stanie się kimś w rodzaju boga, nowym  mega- i metapodmiotem, który w porównaniu z naszymi ludzkimi możliwościami poznawczymi okaże się nieporównywalnie bardziej wyrafinowaną maszyną myślącą niż człowiek?

Aleksandra: Ale będziemy w tym partycypować. Dołączamy do tego projektu, tworząc wspólnie z maszynami wielki umysł. Nasze umysły razem plus siły technologii.

Jacek: Będzie potrzebny nowy test Turinga, który nam powie, czy maszyna stała się już bogiem.

Eliasz: Już Hegel pisał o swego rodzaju umyśle kolektywnym, do którego podłączeni są wszyscy ludzie. Ten bóg już istnieje, jest nim nowoczesne społeczeństwo.

Aleksandra: Jeżeli jest nim społeczeństwo informacyjne narażone na hackowanie, to jest to bóg ułomny.

Jacek: Bóg, w którym jest mnóstwo diabłów.

Źródło grafiki: Marco Colin / CC BY-NC 2.0

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty