Noudelmann – Geniusz kłamstwa (fragment)

Machina Myśli pragnie podziękować wydawnictwu PWN za udostępnienie fragmentu książki Geniusz Kłamstwa Françoisa Noudelmanna, która ukazała się w języku polskim w przekładzie Magdaleny Łachacz i Michała Krzykawskiego (https://ksiegarnia.pwn.pl/Geniusz-klamstwa,750530148,p.html).

 

– WPROWADZENIE –
AMORALNE PODEJŚCIE DO KŁAMSTWA

Moralne potępianie kłamstwa uniemożliwia ocenę jego złożoności. Gdy tylko udaje nam się zawiesić sąd nad osobą, która kłamie, obserwowanie pobudek postawy kłamliwej w całej jej zasobności staje się zajęciem pasjonującym i pouczającym. Niczym Darwin uważnie wypatrujący oznak radości i bólu na twarzy swojego dziecka po to, by poczynione obserwacje zawrzeć w  studium o  emocjach zwierząt, odkrywamy wówczas rozpiętość znaków i języków, które są właściwe kłamstwu. Życie codzienne zaś dostarcza nam jego licznych odmian w postaci scen dotyczących zarówno sfery osobistej, jak i zbiorowej. Niewierność małżeńska od dawien dawna stanowi pole doświadczalne, które pokazuje, jak osoba niewierna wymyśla scenariusze, nagina słowa i wykonuje bardziej lub mniej zręczne manewry. Podobnie jest ze spektaklem politycznym, gdy jakiś skorumpowany urzędnik zaklina się na wszystkie świętości, że jest niewinny. Oczywiście z trudem powściągamy wówczas wzbierające w nas uczucia – zazdrość lub pogardę – tak bardzo bowiem urąganie prawdzie nas szokuje. Niemniej jednak odrobina trzeźwości dotycząca natury ludzi i ich wypowiedzi pozwala dostrzec niewiarygodną zasobność kłamstwa, która kryje się za jego niezliczonymi figurami.

Zdolność do mówienia nieprawdy fascynuje i niepokoi. Zdemaskowanie kłamcy wiąże się z  jego natychmiastową i długotrwałą dyskredytacją. Wszystkie jego wypowiedzi stają się z miejsca podejrzane, nawet wówczas, gdy mówi prawdę – niczym dziecko, które krzyczy: „Uwaga, wilk!” i któremu nikt już nie wierzy, ponieważ skłamało za pierwszym razem. Ludzka skłonność do kłamstwa rzuca podejrzenie na wszystkich mówców i rozmówców. W jaki sposób wychwycić więc w klarownie brzmiącym głosie lub szczerym spojrzeniu zwodnicze zamiary? Jaka nauka mogłaby pomieszać szyki najbardziej zaprawionemu w bojach kłamcy? Liche mitologie pozwalają żywić nadzieję, że fałszywe wypowiedzi można odeprzeć dzięki technikom policyjnym i psychologicznym. Ich przykładem jest „wykrywacz kłamstw” – ów zbanalizowany rekwizyt z amerykańskich filmów, który przepisuje emocje osoby poddanej badaniu i przedstawia je w formie wykresu graficznego. Poligraf, jak sama nazwa wskazuje, sporo zapisuje na podstawie mowy i niewerbalnego języka ciała. Przywraca to, co zostało przemilczane, ukryte – wyjawia sekret. Aparatura podłączona do ciała człowieka poddanego badaniu mierzy reakcje na rozliczne pytania i rejestruje odpowiedzi, które wywołały w przesłuchiwanym poruszenie, pocenie się lub przyspieszenie rytmu pracy serca. Zresztą dzięki analizie mikroekspresji czy obrazowania czynnościowego, lokalizującego aktywujące się strefy mózgu u osoby, która kłamie, techniki wykrywania kłamstwa stały się o wiele bardziej wyrafinowane. Serial Magia kłamstwa odniósł nawet spory sukces za sprawą występującej w nim ekipy pseudonaukowców, których uwadze nie umyka nawet najmniejszy ruch mięśni twarzy, skinienie palcem, rozszerzona źrenica czy tembr głosu. W służbie policyjnej prawdy przedzierają się oni do głębi dusz i demaskują najpodstępniejsze kłamstwa. Abstrahując od tego, czy ich badania są wiarygodne, czy nie, owi specjaliści pozostają wierni od dawna sprawdzonej idei: ciało wyjawia prawdę, gdy dusza ją ukrywa. Postacie największych psychologów pokroju Racine’a czy Prousta zdradzają swe intencje i uczucia poprzez ton, drżenie lub barwę głosu. Kłamstwa Odety wobec Swanna można poznać po pełnym bólu spojrzeniu, a także pełnym skargi głosie, które jej smutkowi przydają zbyt wiele ekspresji.

Ciało ukazuje konflikt między prawdą a kłamstwem, nadaje wyrazu zawinieniu względem tego, co prawdziwe. Zmiany fizyczne, dyskretne lub wyraźne, pokazują, do jakiego stopnia kłamstwo, zamiast pozostać utajone we wnętrzu złośliwej duszy, wywołuje zaburzenie porządku na zewnątrz. Wytwarza ono szczególny rodzaj ciała, które staje się niewierne względem tego, co miało przekazać. Tym samym kłamstwo wypracowuje własną substancję, z trudem poddającą się kontroli, pomiędzy ropą a cystą, potliwością a histerią. W owej dynamice uczestniczą zarówno materialności cielesne, jak i wymyślone figury, choreografie, scenariusze i wypowiedzi, które wymykają się świadomej kontroli. Analiza tego typu produktywności ciała prowadzi do zrelatywizowania dualizmu, który tkwi w istocie nauk zajmujących się wykrywaniem kłamstwa. Nie istnieje bowiem z jednej strony wewnętrzna, właściwa myśli strefa, w której wykuwałoby się1 kłamstwo, a z drugiej – cielesna powłoka, której ułomność pozwalałaby ukazać najgłębsze zaplecze owej kuźni. Ciało nie jest przenośnikiem, który fałszywa mowa wprawia w drżenie, ani też przejrzystą powierzchnią konfliktu pomiędzy fortelem a prawdą. Uczestniczy ono raczej w konstytuowaniu się niestabilnej całości, na którą składają się słowa i gesty, różnego rodzaju alibi i odstawiane komedie. Kłamstwo pociąga więc za sobą zachowanie zintegrowane i metamorficzne, a kłamanie łączy w sobie namiętności i pobudki, pobudza energię intelektualną i popędową. Mówienie, pisanie, sądzenie, odczuwanie, lubienie i kochanie – wszystkie te czynności mogą być wynikiem procesu fabrykacji opartej na kłamstwie, aktywnej lub biernej, duchowej lub cielesnej.

Próba wykrycia kłamstwa napotyka na wiele trudności, z  których najbardziej znaną jest opanowanie doświadczonego kłamcy. Rzecz jasna parametry określonego badania są dostosowywane do poszczególnego indywiduum, którego emocje mierzone są podług miary jego własnych kłamstw, podczas gdy wszelkie odchylenia w  jego reakcjach pozwalają na ustalenie indywidualnej skali. Niemniej jednak niektórym osobowościom udaje się zachować samokontrolę, często za pomocą środka uspokajającego, dzięki czemu wymykają się próbom wykrycia. Kłamca, perfekcyjnie odgrywając komedię, wciela się w postać, która mówi prawdę.

Jednak w przypadku tego rodzaju technik największą wątpliwość budzi zakładany z góry intencjonalny charakter kłamstwa. Zwyczajowa definicja pozwala sądzić, że dana osoba kłamie, będąc w pełni świadoma faktów: zna prawdę i decyduje się ją zamaskować, tudzież powiedzieć nieprawdę. Kłamie umyślnie. Tymczasem istnieje cały szereg sytuacji, w których kłamstwa nie da się jasno zidentyfikować. Zwodnicze przedstawienie faktów i przeinaczenie sensu słów autoryzują kilka „wersji” prawdy. W obliczu pytań: „Czy zdradził pan żonę?” lub „Czy otrzymał pan pieniądze w nielegalny sposób?” wiele odpowiedzi i postaw świadczy o tym, że granica pomiędzy tym, co prawdziwe, a tym, co fałszywe, przebiega przez językowe i prawnicze subtelności. Słowa wypowiedziane przez prezydenta Billa Clintona, po tym jak zmieszał się, gdy zeznał nieprawdę pod przysięgą, stały się przedmiotem godnych iście biblijnej egzegezy komentarzy, w których usiłowano ustalić, czy fellatio ze stażystką należy postrzegać jako występny akt seksualny.

Niemożność wejrzenia w lędźwie i serca powoduje, że obnażenie kłamstwa jest trudne, gdyż próba taka napotyka na niejasne, by nie powiedzieć spowite mrokiem intencje. Czy kłamca zawsze kłamie rozmyślnie? W  jakim stopniu jest świadomy swojego kłamstwa? W subtelnej analizie pobudek lub uwikłania kłamcy w swoje wypowiedzi nie sposób rozstrzygać jednoznacznie, ucinając kwestię ostrzem pryncypiów moralnych. Zresztą kłamca, sam nie stając się typem psychotycznym, może czasem przekonać samego siebie do własnych kłamstw i w końcu w nie uwierzyć. Dziecko, które zaprzecza, że stłukło czajniczek do herbaty, tudzież zabójca, który twierdzi, że to nie on wbił nóż w serce ofiary, zostaną wprawieni w stan zmieszania w obliczu dowodów. Niemniej jednak prawda nie zawsze leży w faktach, których prawdziwości można by dowieść. Sposób, w  jaki kłamca postrzega własne kłamstwa, może ulegać zmianie do tego stopnia, że sama prawda przybiera różne rozmiary i kolory: półprawdy, małe kłamstewka lub półkłamstewka, określane po angielsku jako białe kłamstwa (white lies), a więc kłamstwa, które zdają się nie mieć konsekwencji i nie wywołują poczucia, że oto dopuszczono się zdrady lub przewinienia. Zwyczajne życie zmusza do tego, by trochę kłamać, a nawet tego od nas wymaga, aby nie urazić innych. Domaganie się prawdy bez względu na okoliczności, tak jak domagał jej się Alcest w Mizantropie, prowadzi do samotności lub szaleństwa. Zresztą ci, których demaskuje Molierowski bohater – kłamcy z towarzyskiej wygody – nie są przekonani co do tego, że kłamią. Jako że świadomość kłamstwa zależna jest od jego definicji i poczucia, którymi kieruje się każdy i każda2 z osobna, intencji wypaczenia prawdy nie można uznać za kryterium absolutne. Niektórzy wszak układają się z prawdą, podczas gdy inni mają przed kłamaniem silne skrupuły. Z kłamstwem jest jak z acting out: ludzie nie są równi w obliczu możliwości uchybienia prawu moralnemu.

Jak wobec tego wychwycić kłamstwo, które nie jest przeżywane jako kłamstwo? Stawiając to pytanie, stajemy przed najbardziej rozpowszechnionym i interesującym kłamstwem, to jest kłamstwem, które każdy praktykuje w stosunku do siebie. Kłamstwo staje się w tym wypadku potężnym problemem, który dalece wykracza poza sferę sądów prawnych i moralnych. Konfrontacja z potęgą tego typu kłamstwa wymaga analizy jego skuteczności – mogącej równać się ze skutecznością wytwarzaną przez prawdę – przez pryzmat sposobów, w jakie jest wymawiane, fabrykowane, a także przez pryzmat jego autonomicznego istnienia. Do wykonania tego zadania nie wystarczy wykrywacz kłamstw. Potrzeba tu raczej tyleż nauki, co sztuki obserwacji, a więc „psychologii”, a przynajmniej tego, co przez nią rozumieli siedemnastowieczni moraliści, lub psychologii takiej, jaką praktykowali Nietzsche i Freud. Tysiąc i jeden sposobów, na które podmiot się oszukuje, wierzy w swe kłamstwa oraz wpada w sidła miłości własnej, skłaniają do wyprowadzenia analizy kłamstwa daleko poza intencjonalny akt. Kłamcy nie zawsze wiedzą, że kłamią, zwłaszcza że oprócz innych oszukują samych siebie. Wspomniane pojęcie intencji wydaje się zbyt proste, by zdać sprawę z licznych niuansów i pobudek, poprzez które podmiot udaje, przygotowuje i  podrabia prawdę.

Amoralna analiza kłamstwa bada, bez osądzania, rodzaje wymyślnej logiki stosowanej przez podmiot, który konstruuje spójny oraz silnie oddziałujący świat, aby wabić innych. W zwyczajnej sytuacji kłamcy muszą wykazywać się dużym talentem, by podtrzymać kłamstwo, ponieważ wymaga ono karmienia pokaźną liczbą innych historii. O ile osoba mówiąca szczerze i bez ogródek nie odczuwa potrzeby dopełniania prawdy ozdobnikami, kiedy ta już została wyrażona i wszystko stało się jasne, o tyle kłamca układa przeróżne i niemające końca fikcje. Konfabuluje, splata ze sobą wiele opowieści i  dorzuca bez przerwy nowe, w miarę jak wyłaniają się dowody, które zadają im kłam. Ta akumulacja szczegółów czy też wysiłek zmierzający do skontrowania prawdy stają się często dla kłamstwa znamienne. Przez opowiadanie nazbyt licznych historii kłamca „przesadza” i demaskuje samego siebie. Jednakowoż konstrukcje tego rodzaju są stawiane również przez kłamców nieintencjonalnych, tych, którzy kłamią niejako bez własnej wiedzy. Wówczas przedstawiają one zadziwiające bogactwo estetyczne i psychiczne przeinaczeń i językowej hipertrofii. W obliczu tak rozgadanych i podstępnych figur podejrzenie bierze się z natarczywości, którą podmiot przejawia, chcąc ogłosić pewną prawdę lub dać się poznać z pewnej strony.

Natarczywość, powtórzenia i nieustanne wracanie do jednej kwestii – oto podejrzane gesty językowe zdradzające niepokój, który jest odwrotnością pewności manifestowanej przez mówcę. Freud zauważył, że powtarzamy to, czego nie jesteśmy w stanie powiedzieć raz a  dobrze. Według niego powtarzane zachowanie odsyła do przebytej traumy, której podmiot nie potrafi wyartykułować. Z językowego punktu widzenia powtórzenie wskazuje raczej na dysonans przeżywany obecnie bądź na współczesny konflikt pomiędzy wypowiedzią a jej znaczeniem. Dlaczego taki podmiot odczuwa nawracającą potrzebę mówienia o tym, że u niego wszystko w porządku, że się nie boi lub że wszystko mu się udaje? Czy nieprzerwane trąbienie o dobrym zdrowiu, nie sugeruje czegoś wprost przeciwnego? Wspomniana natarczywość może przejawiać się również w tonie, rytmie zdania, w paradoksalnie dodającej pewności siebie prędkości, z jaką się mówi. Czułe ucho będzie potrafiło wychwycić podtekst tych zjawisk, które, czasem ledwie zauważalnie, noszą ślad kłamstwa.

Podobna psychologiczna intuicja znajduje swoje potwierdzenie w użytku, jaki z perswazyjnych retoryk robią reklama i polityka. W rzeczywistości domena opinii obfituje w rozmyślnie sprzeczne formuły, w których oznajmianie tego, co fałszywe, przybiera pozór tego, co prawdziwe. Taktyczne znaczenie owego odwrócenia daje się zrozumieć, jeśli tylko uchwycimy istotę samego procederu. „Nie muszę przypominać o mojej walce o pracowników hut” – oznajmia ten, który jednakowoż o tej walce mówi poprzez jej przemilczenie, tylko po to, by w jeszcze większym stopniu tych robotników zdradzić. Tak samo polityk, który doprowadza do rozłamu we własnej partii, a swoje nowe ugrupowanie nazywa „porozumieniem”. Z tego rodzaju manipulacji słownych wyzierają techniki perswazji, a specjaliści od reklamy dobrze znają ich siłę. W ten sposób wady produktów są przekuwane w zalety, choć powinny raczej zostać ukryte. Przykładem zbyt drogi samochód, w którego promocji kładzie się nacisk na rozsądną cenę zachowaną pomimo jego wyjątkowych zalet. Owe procedery mają jednak mało wyszukaną formę, albowiem zawarta w nich intencja maskowania prawdy opiera się na prostej zamianie i podtrzymuje bipolarność tego, co prawdziwe, i tego, co fałszywe. Inaczej jest w przypadku niektórych konstrukcji ducha, które świadczą o pracy o  wiele bardziej złożonej, przyznającej kłamstwu zadziwiającą moc twórczą.

Dyskursy teoretyczne, pozornie oderwane od wszelkiej intencji zafałszowywania, łączą w sobie przywołane przeze mnie cechy: złożoną całość psychiczną i pewną strategię słowną. Z jednej strony objawiają one chęć powiedzenia, odkrycia i stwierdzenia czegoś; z drugiej – układają się w słowne formy maskujące pobudki kryjące się za konkretnymi twierdzeniami. Podejrzliwe wsłuchanie się w owe wielkie dyskursy prowadzi tym samym do wykrycia ich obsesyjnego charakteru, rekurencyjności pewnej idei, jednego zdania, jednego słowa, które tłuką się i bez przerwy w nich powracają. „Teoretycy” lub ci, którzy „oznajmiają prawdę”, posługują się obrazami, charakterystycznymi zwrotami i wyrażeniami odgrywającymi rolę fetyszy. Nie wystarczy więc rozpoznać w nich styl, ponieważ owe formy łączą się z kłamstwem i przez nie się wyrażają, a samo kłamstwo stanowi główny motyw aktywności teoretycznej. Architektura wypowiedzi i sofistyczne wyrafinowanie argumentów oferują językowy wachlarz, który zakrywa pobudki dzieł nazywanych dziełami „ducha”. W ten sposób idealizm przyozdabia się w abstrakcję, by zasłonić kuchnię, w której szykowane są idealności. Tymczasem demonstracyjne teksty czy traktaty teoretyczne są także ciałami, które eksponują i wytwarzają kłamstwa najwyższych lotów [sublimes].

Systematyczne odwoływanie się do najbardziej abstrakcyjnego języka nakazuje zwrócić szczególną uwagę na tych filozofów, którzy posługują się uogólnieniami i roszczą sobie prawo do uniwersalności własnej myśli. W odniesieniu do przeważającej części tradycji filozoficznej idee, które w zgodzie z własnym powołaniem mają być zrozumiałe dla wszystkich, winny funkcjonować w oderwaniu od życia autora oraz warunków, w jakich zostały wypowiedziane. Wyjątkowe zaangażowanie filozofa, motywacje, które pchnęły go do rozwinięcia takich, a nie innych pojęć, tez czy do przeprowadzenia takich, a nie innych dowodów ustępują tedy miejsca wzniesionemu dziełu, zrodzonemu z  ducha i  przeznaczonemu do tego, by komunikowało się z innymi duchami. W  takiej sytuacji uwaga poświęcana życiu tych, którzy odkryli lub stworzyli dane idee, wydaje się sprowadzać do anegdot, a nawet zdaje się nie na miejscu. Jednak prowadzone od kilku dekad studia historyczne nad filozofami starożytności i ich praktykami pozwoliły zrehabilitować owo zainteresowanie konkretnym życiem myślicieli. Badania te sugerują, że filozofia nie ogranicza się do wypracowywania doktryn i że konstruuje się poprzez życiowe wybory. Należy jednak uściślić jeszcze znaczenie owego „żywota filozoficznego”.

Zainteresowanie życiem filozofów zwyczajowo zakłada spójność pomiędzy ich myślą a egzystencją. Owi filozofowie mieliby swoją postawą ucieleśniać określoną koncepcję istnienia – nieuległość, mądrość, panowanie nad sobą. Tymczasem nic nie gwarantuje, że żyli w pełnej zgodzie z własnymi ideami. Legendarna i „przykładna” wartość przydawana aktom „filozoficznym” (prowokacje Diogenesa, samobójstwo Seneki itp.) uniemożliwia konkretną analizę psychicznych motywacji autora tychże aktów. Sprzeciwiając się tej iluzji idealnej spójności, Nietzsche z rozmysłem przyjął styl polemiczny wobec wielkich mędrców. Czy Sokrates manifestował swoją niezależność w stosunku do świata? Czy nie odczuwał najmniejszego strachu przed śmiercią? On po prostu nienawidził życia i nie był w stanie się z niego cieszyć – dowodzi autor Zmierzchu bożyszcz. Według Nietzschego źródłem filozofii, które dowartościowują tamten świat [l’au-delà] i tym samym maskują swe prawdziwe pobudki, jest resentyment. Ta złośliwa przygana ma jedną zaletę – zwraca naszą uwagę na reputację czystej oraz cnotliwej myśli, którą z nagła podejrzewa się o podporządkowanie jakiejś ukrytej strategii.

Rozdźwięk pomiędzy głoszonymi ideami a prowadzonym życiem osiąga swój szczytowy punkt, wtedy gdy myśliciel zachowuje się odwrotnie w stosunku do tego, co wyznaje. W tym wypadku większą korzyść przynosi zrozumienie tej paradoksalnej więzi łączącej konstrukcję intelektualną i przeciwną jej praktykę. Zapewne najpowszechniejszą reakcją na tego rodzaju rozdźwięk jest demaskacja świętoszków, którzy głoszą, że są wzorem cnót, choć prowadzą się w sposób niemoralny. Jednak taka hipokryzja dotyczy wciąż aktów intencjonalnych, podczas gdy tutaj chodzi o zbadanie kłamstwa nieświadomego, owego tworu teoretycznego, który powstał na przekór przeżytego istnienia. Nie chodzi wobec tego o prostą sprzeczność, niemającą istotnego znaczenia przypadłość, lecz o przeinaczający wymysł językowy, który wyraża pewną prawdę w formie kłamstwa. Dyskurs nie rozwija się „pomimo” przeciwnego zachowania ani „wbrew” niemu, tylko wytwarza się „począwszy od niego”! Należy więc odwrócić formułę: „Ów myśliciel głosi taką zasadę, chociaż zachowuje się inaczej” i nad nią przedkładać inną: „Ów myśliciel głosi taką zasadę, ponieważ żyje odwrotnie do tego, co teoretyzuje”. Przykładem jest Rousseau, który napisał wielki traktat o wychowaniu, poprzez który przedstawia się jako pełen uwagi ojciec, nie pomimo że opuścił piątkę swych dzieci, ale właśnie dzięki temu.

To, co określa się jako sprzeczność, bierze się raczej z psychicznego procesu, za pomocą którego myśliciel urabia podział swojego ja, który prowadzi go do wypowiedzenia prawdy antynomicznej względem prowadzonego przez niego życia. Takie Aragonowskie „prawdo-kłamanie” [mentir-vrai] – owo kłamanie prawdy, mówiące o życiu za pośrednictwem mocy właściwej literaturze więcej niż faktograficzne zapisy – tworzy ciało złożone z pojęć, w którym to ciele myśliciel wymyśla sobie teoretyczną egzystencję. Foucault w momencie, gdy głosi odwagę prawdy, ukrywa, że jest chory na AIDS, który zabierze go kilka miesięcy później. Ostatni z wytworzonych przez niego dyskursów jest więc odwrotny w stosunku do praktyki sekretu, jaką sam drobiazgowo organizuje. Jednak stwierdzenie tego faktu w niczym nie wystarczy, a poprzestanie na jego demaskacji nie pozwala czegokolwiek zrozumieć. Jedynie jego analiza umożliwia wgląd w produktywne przeinaczenie, poprzez które zaprzeczenie wytwarza optymalny efekt pojęciowy. Przemawiając do naszej racjonalności, filozofia ukrywa psychiczne pobudki, które są czynne w głoszonych tezach. Uznajemy, że teoretyczne konstrukcje są przezroczyste niczym kryształ i całkowicie wierzymy w transparentną relację między osobą myśliciela a autorem, który wypowiada pewne prawdy. Tymczasem wcale nie jest takie oczywiste, że obie te instancje miałyby być takie same. Kim jesteśmy, kiedy myślimy? Jesteśmy wówczas sobą czy kimś innym? Podobne pytanie dotyczy zarówno tych, które panują nad swoim rozumowaniem, jak i każdego z nas. Wraz z pojawieniem się takiej wątpliwości i rozpoznaniem owej nieprzejrzystości możliwa staje się analiza zrośnięcia myśliciela z jego myślą i odkrycie jej rozmaitych obliczy.

Identyczność filozofa z  jego ideami przynależna jest fikcji. Inne wsłuchanie się w sposoby, w jakie owe idee są demonstrowane, zachęca do zbadania powodów stojących za intelektualnymi wyborami myślicieli oraz sposobów, w jakie obsadzają3 oni konkretne pojęcie. Szkolna hagiografia spaja nazwisko autora z określoną tezą – Kartezjusza z cogito, Pascala z zakładem, Kanta z  prawem moralnym, Hegla z  dialektyką, Sartre’a z zaangażowaniem – uniemożliwiając tym samym dostrzeżenie rozdźwięków, a także złożonych pobudek, które prowadzą autora do wybrania jednej idei i głoszenia jej z uporem, czasem w sprzeczności z tym, co mógł przeżyć i doświadczyć, a co mógłby był w tak dużym stopniu uprawomocnić. Dlaczego na przykład Sartre zaczął nagle bronić z takim wściekłym przekonaniem idei zaangażowania? Co takiego zdarzyło się w 1945 roku, że utożsamił się z figurą filozofa-interwencjonisty, skoro nie wykazał się zbytnią aktywnością w czasie okupacji? Ani racjonalne, ani moralne wyjaśnienie tutaj nie wystarczy, podobnie jak jego własne usprawiedliwienia. Dlaczego Deleuze, który nie znosił podróży, stał się piewcą nomadyzmu? I dlaczego chciał zniknąć za swoimi pojęciami, podtrzymując pogląd o bezosobowym życiu myślicieli? Wielu filozofów poświęciło swoje życie na wznoszeniu pojęcia, które – niczym latarnia morska – oświetlało swymi promieniami wszystkie domeny ich myśli do tego stopnia, że w końcu uzyskiwało własne, autonomiczne istnienie, oderwane od wszelkiego desygnatu. To między innymi przypadek hipertrofii słowa autrui (Inny) w dziele Lévinasa, które stało się probierzem inności i uruchamiało wyobrażeniowość czytelników z braku manifestowanej przez nich racjonalności. Wielkie pojęcia, owe „słowa-klucze” analizowane przez Adorno, upodabniają się do fetyszy. Zawierają w sobie komunikacyjną magię i pochodzą z obdarzonych mocą zaprzeczeń.

Uznanie udziału fikcji w  kształtowaniu pojęć i w posługiwaniu się nimi daje dostęp do psychicznej kuźni filozofów. Ich pozorne sprzeczności odkrywają w jednym autorze mnogość żyć, które przeciwstawiają się sobie, łączą się ze sobą i mówią własnym głosem, zwodzą się nawzajem i na nowo układają. Gdy Simone de Beauvoir pisała Drugą płeć i tworzyła podwaliny feminizmu, tkwiła w namiętnym oraz burzliwym związku z amerykańskim pisarzem. Z jednej strony teoretyzowała niezależność kobiet, a z drugiej poświęciła setki stron na opisanie swojej uległej jouissance4. O ile niemożliwe jest stwierdzenie, gdzie znajduje się „prawdziwa” Beauvoir, o tyle analiza tego podwójnego życia przedstawia dużą wartość dla zrozumienia psychicznego obsadzenia myśli oraz sprzecznych wybiegów, które uprawniają ją do wygłaszania wielkich tez. Owe mnogie osobowości filozofki lub filozofa rzadko są brane pod uwagę, choć mogą stanowić przejaw myślowej strategii, takiej, z jaką eksperymentuje Kierkegaard dzięki swym licznym pseudonimom, które pozwalają mu podtrzymywać przeciwne teorie i żyć podług nich. Swoje religijne rozważania redaguje w czasie, gdy prowadzi żywot libertyna, a dziennik uwodziciela pisze, gdy żyje w ascezie. Prawdo-kłamanie [mentir-vrai] leży w  samym sercu filozoficznego rozumowania.

  1. Zob. rozdział czwarty, przypis 32 – przyp. tłum.
  2. W niniejszym przekładzie formy męskie odnoszące się do ogółu (np. czytelników) stosujemy na przemian z żeńskimi, a w miejscach, w których nie powoduje to stylistycznych niezgrabności, obie formy stosujemy jedna po drugiej – przyp. tłum.
  3. Ten istotny dla całego wywodu termin wywodzi się z Freudowskiej psychoanalizy i oznacza przeniesienie na obiekt (w tym wypadku pojęcie) energii życiowej (libido). Francuskim odpowiednikiem obsadzenia jest investissement. Chodzi w istocie o zainwestowanie energii w pojęcie i czerpanie z tej inwestycji korzyści – przyp. tłum.
  4. Słowo jouissance oznacza rozkosz lub przyjemność, również w znaczeniu seksualnym jako orgazm. Jednak w obrębie psychoanalizy Jacques’a Lacana termin ten nie odsyła jedynie do przyjemności odczuwanej w zgodzie z zasadą przyjemności, a więc po to, by unikać cierpienia. Jouissance może być odczuwana również w szeroko rozumianym bólu. Słowo to oznacza również użytkowanie, a w rozumieniu prawno-ekonomicznym – zysk. Wydaje się, że w tym wypadku chodzi o wszystkie te znaczenia – przyp. tłum.

Komentarze

Zostaw komentarz

Podobne wpisy