Natura contra władza? (Wokół „Zatrzymania historii” Michała Pospiszyla)

Istnieją bodajże dwa podstawowe powody, dla których filozof pisze książkę o innym filozofie. Pierwszy to zwykłe poszukiwania historyczne: ustalenie źródeł inspiracji oraz późniejszych wpływów, rozjaśnienie poglądów poprzez umieszczenie ich na tle toczonych w danej epoce sporów, ukazanie rozwoju pojęć oraz last but not least odparcie błędnych interpretacji. Tego typu badania niestety zbyt często obracają się w kole jałowej erudycji. Drugi powód to poszukiwanie nowych narzędzi myślenia. Jest on znaczący szczególnie w przypadku młodych autorów, którzy myślenia mogą nauczyć się tylko od kogoś (a może lepiej: wspólnie z kimś). Wiara w biorący się znikąd geniusz jest tylko zabobonem pewnej kultury, tej samej, która wierzy, że bogactwo osiąga się wyłącznie własną pracowitością, zaś ubóstwo jest oznaką lenistwa. W nauce zwykle jest wiarą aroganckich, którzy ostatecznie tylko powtarzają mniemania swojej epoki i nigdy nie sięgną wzrokiem poza horyzont. Póki bowiem nie pobierzemy lekcji myślenia, zdolni jesteśmy jedynie do tego: obracania zastanych opinii. Ci, którym udało się sięgnąć wzrokiem dalej, niż ich współcześni, zwykle przyznają – bez fałszywej skromności – że byli do tego zdolni tylko dlatego, iż sami stali na ramionach gigantów. Przesłanek do tego, by potraktować Zatrzymać historię. Walter Benjamin i mniejszościowy materializm1 jako książkę tego drugiego typu jest aż nadto. Będę ją tu analizował właśnie z perspektywy poszukiwania przez Michała Pospiszyla narzędzi myślenia o historii, tzn. jako wykład metody, która dopiero czeka na swoje właściwe zastosowanie (choćby w postaci napisania ludowej historii PRL2).

Na wstępie warto również zwrócić uwagę na silnie deleuzoguattariański charakter omawianej tu książki. Jedną z kluczowych kategorii Zatrzymania historii jest pojęcie tego, co mniejsze, mniejszościowe (fr. mineure), wprowadzone przez Deleuze’a i Guattariego w książce Kafka. Ku literaturze mniejszej. Bardzo często mowa tu też o kłączach, liniach ujścia oraz procesach de- i reterytorializacji. Przede wszystkim chodzi mi jednak o sposób wykładni. Pospiszyl nie reprodukuje w prosty sposób myśli autora Pasaży. Choć rzeczywiście powtarza to, co pisał ten niemiecki filozof, to zarazem wprowadza wszelkiego rodzaju decentracje, załamania czy pojęcia przejęte od innych autorów. Pospiszyl włącza tyle różnic, ile wciąż pozwoli zachować podobieństwo do Benjamina lub – jak sam to określa – próbuje wydobyć Benjamina mniejszościowego spod większościowych interpretacji. O tyle też Zatrzymać historię pisane jest w duchu Deleuzjańskich monografii, takich jak Bergsonizm czy Spinoza. Filozofia praktyczna.

– METODA –

Podstawowym zadaniem, jakie stawia sobie Pospiszyl, jest wypracowanie materialistycznej metody uprawiania historii, która przeciwstawiałaby się historiografii policyjnej (resp. konserwatywnej). Ta ostatnia polega przede wszystkim na budowaniu gładkiej narracji, wygodnej dla obowiązującej linii politycznej. Historiografia policyjna stawia sobie „jako jedyny cel wygaszanie napięć i konfliktów” (s. 15), po to, by ukazać dzieje jako prosty szereg faktów, z których jeden nieodzownie prowadzi do drugiego, w efekcie czego obecne stosunki polityczne (chwila obecna na osi czasu) jawią się jako konieczne, uzasadnione, jedyne właściwe. Od rządów ludu w starożytnych Atenach do współczesnej demokracji, od chrztu Polski do pokonania komunistów przez papieża-Polaka. Ten sposób uprawiania historii ma na celu zablokowanie wszelkich linii ujścia, tzn. „wyparcie pamięci o toczonych przez przeszłe pokolenia walkach” (s. 96) i o wszelkich alternatywnych projektach politycznych.

Historyk materialistyczny powinien postępować w pewnym sensie dokładnie na odwrót: wydobywać z dziejów konflikty i skrajności, w których ukazują się inne możliwości. Już w pierwszym zdaniu książki Pospiszyl odważnie stwierdza, iż „prawda ujawnia się zawsze w sprzecznościach: zdarzeniach, napięciach, konfliktach” (s. 9). Co za tym idzie, pragnie wydobyć epistemologię Benjamina spod warstwy tradycyjnych interpretacji (przede wszystkim autorstwa Scholema, Adorno i Brechta), wedle których był on filozofem myśli słabej oraz apolitycznym nihilistą. Zgodnie z proponowaną tu perspektywą, historyk nie jest w stanie dotrzeć do prawdy (tego, czym jest dana epoka, dane społeczeństwo) poszukując jakiegoś ahistorycznego eidosu ani dokonując hermeneutycznego stopienia horyzontów. Może ją odnaleźć jedynie przyglądając się rewolucyjnym liniom ujścia oraz sposobom, w jakie były one blokowane przez konserwatywne siły. Różnica między podejściem materialistycznym a policyjnym nie ogranicza się jednak wyłącznie do doboru materiału. Niezbędna jest również odmienna metoda pracy z owym materiałem.

Jak już wspominałem, celem większościowej czy też konserwatywnej historiografii jest zatarcie pamięci o rewolucyjnych liniach ujścia – toteż badacz nie posiada bezpośredniego dostępu do tych ostatnich. W konsekwencji, materialistyczne badanie dziejów musi być czymś „na kształt śledztwa” (s. 15), obserwowaniem tego, co dzieje się na drugim planie. Pospiszyl porównuje działanie historyka do Freudowskiego badania przejęzyczeń i innych czynności pomyłkowych, zaproponowanej przez Giovanniego Morelliego metody badania autentyczności obrazów3 czy nawet postępowania Sherlocka Holmesa. Efektem pracy historyka (i badacza w ogóle) „miało być przede wszystkim odkrywanie nietrywialnych konstelacji i związków” (s. 24), tzn. związków niezmysłowych, w tym takich, w których najbardziej archaiczna przeszłość bezpośrednio łączy się ze współczesnością.

Owo odkrywanie nietrywialnych połączeń polega na burzeniu istniejących schematów mimetycznych – można by powiedzieć: nawyków myślowych – i wynajdywaniu nowych ich wzorców, swoistych niezmysłowych podobieństw. W tym punkcie ważnym źródłem inspiracji dla Benjamina był filmowy montaż. Montowanie nie polega bowiem na konstruowaniu „linearnych, prostych połączeń” (s. 24) – jak robi to historiografia policyjna czy nauka encyklopedyczna – ale na układaniu „nietrywialnych konstelacji, opartych na serii cięć i powiązań dokonywanych w nieoczywistych momentach” (tamże, patrz też: s. 80). Innym przykładem tej praktyki były tworzone przez surrealistów kompozycje cytatów, obrazów, zdjęć i przedmiotów. Montaż nie ma jednak polegać na zupełnie dowolnym zestawianiu ze sobą czegokolwiek, a w szczególności na kierowaniu się arbitralną wolą. Pospiszyl wyjaśnia tę kwestię omawiając Benjaminowską koncepcję kolekcjonerstwa. Istotą kolekcjonowania zabawek czy książek nie jest – nie powinno być – ich inwentaryzowanie, nadawanie im „numerów oraz nazw, ale zmysłowe podążanie za ich pojedynczym zapachem, kształtem, za związaną z nimi historią” (s. 140). Kolekcjonerem jest nie ten, kto zbiera rzeczy wedle z góry narzuconego planu (jaki oferują różne katalogi, ale również hobbystyczne czasopisma), ale ten, kto buduje z nimi osobiste relacje. W tym celu zbieracz musi podążać za „głosem” kolekcjonowanych przedmiotów. Analogiczne zadanie miał epistemiczny montaż: chodzi w nim o to, by nauka (w szczególności: historia) stanęła po stronie obiektów, by ukazywała ich racje – i w ten właśnie sposób stawała się obiektywna.

Tym samym przeszłe zdarzenia, zapomniane przedmioty i wymazani z dominującej historiografii ludzie, zamiast wypełniać przygotowane zawczasu szuflady policyjnych archiwów, miały rekonfigurować nasze myślenie o przeszłości. Tylko takie ucieleśnione, obiektywne (bo oddające głos samym obiektom) archiwum miało szansę odtworzyć zniszczone kanały komunikacyjne z przeszłością (s. 141).

Owa zdolność tworzenia nietrywialnych połączeń nie była jednak czymś wynalezionym przez surrealistów i filmowców. Była raczej przez nich odzyskana. Zdaniem autora Pasaży owa umiejętność jest czymś naturalnym dla dzieci oraz tzw. prymitywnych ludów, które tracą ją w efekcie – odpowiednio – wychowania lub cywilizowania.

Istnieje jeszcze jedna, istotna różnica pomiędzy historiografią materialistyczną a policyjną. Ta pierwsza – zwracając się ku temu, co ta druga uznaje za odpad – nie ma na celu użalania się, kolekcjonowania przeszłych krzywd. Jej zadaniem jest wyzwolenie procesów deterytorializacji, odbudowanie złamanych kłączy, odblokowanie zatamowanych linii ujścia. Tak jak linearna narracja historiografii policyjnej ma za zadanie wytłumianie konfliktów i uzasadnianie tego, co jest, tak historiografia materialistyczna musi na nowo ożywiać owe konflikty, wydobywać krytyczny potencjał minionych wydarzeń i stać się częścią obecnie toczonych walk. Zainteresowanie historyka wynika tu całkowicie z troski o aktualność: „jeśli jesteśmy w stanie myśleć o przeszłości jako tej, która mogła potoczyć się inaczej, to jednocześnie rozbijamy bezalternatywność polityki, która toczy się tu i teraz”4. Wspomniane walki, te toczone obecnie, ale i te przeszłe, to – tak sprawę przedstawia Pospiszyl – konflikt natury, życia z dławiącymi je siłami prawa i mitu. Zwrot ku przeszłości, zwrot ku minionym walkom a nawet pierwotnemu komunizmowi archaicznych ludów nie wynika z nostalgii za przeszłością. Jego zadaniem jest raczej dotarcie do tych momentów, w których ujawniało się – zwykle tłumione – życie, wraz z alternatywnymi projektami politycznymi.

– POJĘCIE NATURY –

Jak twierdzi Pospiszyl, tak istotne, dla materialistycznego historyka, „przywrócenie zdolności wykrywania konstelacji czy nietrywialnych podobieństw […] nie jest możliwe przy użyciu pozytywistycznych narzędzi. Wymaga raczej powrotu do Fouriera i jego koncepcji aktywnej natury” (s. 133). To niezwykle istotny moment w całym wywodzie autora. Dokonywane (czy też wspomagane) przez historyka wyzwolenie życia nie ma się dokonywać za sprawą jakiejś ingerencji z zewnątrz, ale wyłącznie za sprawą „udziału immanentnych, materialnych sił” (s. 31). O tyle też konieczne jest ukazanie ich jako aktywnych, ukazywanie stłumionej natury jako czynnej – nie zaś biernej i jedynie podlegającej kształtowaniu. Największe nadzieje na wyzwolenie życia należało zatem wiązać z dziecięcą i ludową – czyli właśnie naturalną, wręcz wrodzoną (w żadnym momencie nie jest powiedziane, że jest ona czymś nabytym) – zdolnością deterytorializowania tego, co dominujące.

Takie postawienie sprawy naraziło jednak koncepcję autora Pasaży na ataki ze strony Adorno, który widział w niej myślenie pokrewne biologicznemu witalizmowi lub wręcz faszyzmowi. Reakcją na tę krytykę była Benjaminowska próba skonstruowania własnego pojęcia natury, bliższego XIX-wiecznemu anarchizmowi, surrealistom oraz Charlesowi Fourierowi. W punkcie wyjścia konieczne było porzucenie liberalnego rozdzielenia sfery społecznej oraz natury. O ile jednak takiego porzucenia dokonywali również Adorno (wybierając to, co społeczne), a także oskarżany przezeń o faszyzm Caillois (wybierając to, co przyrodnicze), o tyle Benjamin – zdaniem Pospiszyla – uderza w same człony tego podziału, w to, jak zostały one skonstruowane. Zarówno Caillois, jak i Adorno, widzieli w naturze – i była to perspektywa jak najbardziej mieszczańska – przede wszystkim domenę brutalnych, męskich sił, rodzaj hobbesowskiej wojny każdego z każdym. O ile faszyzm oznaczał kult tak rozumianej natury, o tyle mieszczaństwo i kapitalizm, ze swoim systemem prawa i instytucją policji, przedstawiały się jako lekarstwo na owo pierwotne zepsucie przyrody oraz człowieka. Adorno zaś szedł tu jeszcze dalej, utrzymując, iż stosunki kapitalistyczne stanowią jedynie powtórzenie brutalnych stosunków natury, a mieszczaństwo i kapitalizm same są przyczynami faszyzmu, któremu niejako mają się przeciwstawiać. Autor Pasaży podtrzymywał ten ostatni pogląd (również widział źródła faszyzmu w mieszczaństwie5), zarazem jednak nie zgadzał się na przyjmowane przez Adorno i innych pojęcie natury.

Stawką, o którą grał Benjamin, było więc zablokowanie – tak prostego z perspektywy Adorno – sylogizmu między tym, co ludowe, dziecięce i naturalne, a faszystowskim kultem męskości. Nie istnieje żaden odwieczny sojusz między naturą a homogenizującym porządkiem  mityczno-prawnym (s. 65).

Wedle autora Zatrzymania historii, Benjaminowskie pojęcie natury odsyłało raczej do tego, co niemęskie, kobiece (prehistoria społeczeństw jest tu wiązana z matriarchatem), tego, co oparte na solidarności i wzajemnej pomocy, a wreszcie tego, co rewolucyjne, tworzące linie ujścia. W tym ujęciu natura jest tożsama z tym, co mniejszościowe, tzn. deterytorializujące, pozwalające na exodus z aktualnych stosunków społecznych czy rozluźnienie obowiązujących reguł. Jest ona wreszcie tym, co poprzedza wszelki upadek w prawo i mit; poprzedza nie tylko chronologicznie (stan natury jako prehistoria społeczeństw), ale poprzedza również logicznie (natura, swobodne życie jest czymś transhistorycznym, co w każdej epoce i w każdej indywidualnej biografii istnieje jako pierwsze wobec opresyjnych sił systemu prawno-mitycznego)6.

Tak rozumiana natura ucieleśnia się przede wszystkim w dzieciach i proletariacie. Zatrzymać historię poświęca wiele uwagi obu tym grupom. Szczególnie pouczający jest tu być może przykład dzieci. Nie tylko posiadają one jako wrodzoną – a ulegającą wyjałowieniu dopiero w toku edukacji – zdolność odkrywania nietrywialnych związków. Co więcej, efektem przenikającego je życia jest podejmowana przez nie walka z (ojcowskim) prawem. Ta walka nie przybiera jednak postaci żadnego bezpośredniego starcia czy ucieczki z domu.

[D]eterytorializowanie rodzicielskiej władzy zwykle wymaga bardziej skomplikowanych metod, opartych raczej na „miganiu się”, cierpliwym kluczeniu między często sprzecznymi nakazami ojcowskiego prawa […]. Tej taktyce służyło odpowiednie wykorzystanie [np. jako kryjówek – C.R.] świata bibelotów i mebli przytulnie wypełniających burżuazyjne mieszkania (s. 47).

Podobną taktykę, zdaniem Pospiszyla, stosował/powinien stosować proletariat w walce z kapitalizmem. W ostatnim paragrafie rozdziału IV taki sposób działania omówiony zostaje na przykładzie Komuny Paryskiej. Do kluczowych działań paryskiego motłochu zostają tam zaliczone nie bezpośrednie starcia, lecz ustawianie barykad, obalanie pomników celebrujących mieszczańską wizję dziejów, tworzenie mniejszościowej wiedzy o sposobach organizacji społeczeństwa czy wyzwolenie lenistwa. To ostatnie nie oznaczało zwykłej bezczynności, ale odmowę pracy podporządkowanej, która została zastąpiona stworzeniem przestrzeni „bezprecedensowej produkcji społecznych relacji, języków, teorii, ulotek, piosenek czy wierszy. Wiosną 1871 roku Paryż stał się fabryką wspólnego luksusu” (s. 163). Również anarchia, swoisty stan natury, wprowadzona przez komunardów, przeczyła konserwatywnym wyobrażeniom o niej: „zasadą przetrwania nie były w pierwszej kolejności wewnątrzklasowy wyzysk, nieufność i walka o przetrwanie, ale przede wszystkim solidarność, pomoc wzajemna i kooperacja” (s. 156). Te ostatnie wynikają z samej istoty życia, które w efekcie wyparcia zostaje sprowadzone do odpadków, widm przeszłości i żyjącego na przedmieściach proletariatu.

– HIPOTEZA REPRESJI –

Choć Pospiszyl twierdzi, iż Benjaminowskie pojęcie natury jest dialektyczne i „mieści się [w nim – C.R.] tak konkurencja, jak i kropotkinowska pomoc wzajemna, tak maczystowski Hitler, jak i zniewieściały Chaplin” (s. 62), to jednak z całości konstrukcji Zatrzymania historii wynika, iż natura jest raczej jednym z dialektycznych członów sprzeczności pomiędzy tym, co rewolucyjne, a tym, co tłumiące. Uczynienie z natury jednej z pozycji w ramach relacji sprzeczności ma zapobiec esencjalizacji pojęcia natury. Nośnikiem tego, co naturalne, żywe, mniejsze, rewolucyjne, absolutnie deterytorializujące nie jest raz na zawsze jakaś rasa czy kultura, ale to, co każdorazowo zajmuje pozycję sprzeciwu wobec władzy/porządku mityczno-prawnego. W konsekwencji proletariat – będący jedną z inkarnacją natury – nie jest tu definiowany przez swoje usytuowanie w społeczno-ekonomicznym podziale pracy, ale poprzez pozycję w antagonizmie7. „Z tej perspektywy proletariat był nade wszystko podmiotem mniejszościowym skoncentrowanym na deterytorializowaniu narzuconych przez nowe prawo norm, granic czy hierarchii” (s. 99).

Wydaje się jednak, że mimo dokonanej rekonstrukcji pojęcia natury, cała ta koncepcja wciąż podlega słynnej krytyce, którą Foucault sformułował w pierwszym tomie Historii seksualności8. Chodzi o wyobrażenie władzy, jakie posiada Pospiszyl (i, najwyraźniej, sam Benjamin). Jest to władza czysto negatywna, potrafiąca wyłącznie blokować i ograniczać naturę, która jako jedyna jest twórcza i produktywna. Oddając głos samemu Foucaultowi: jest to władza, którą zdefiniowano

w sposób dziwnie ograniczony. Najpierw dlatego, że ma to być władza uboga w środki, oszczędna w poczynaniach, monotonna w stosowanych taktykach, pozbawiona pomysłowości i jakby skazana na wieczne samopowtarzalnie. Następnie dlatego, że dysponowałaby jedynie mocą mówienia „nie”. Nie będąc w stanie czegokolwiek produkować, zdolna wyłącznie do wznoszenia barier, okazywałaby się w istocie antyenergią. Oto jej paradoksalna skuteczność: być niezdolną do czegokolwiek poza zdziałaniem, aby ten, kto jej podlega, był ze swojej strony niezdolny do czegokolwiek poza tym, co pozwala mu ona zdziałać. Wreszcie dlatego, że model takiej władzy byłby z gruntu jurydyczny, skupiony na samym wypowiadaniu prawa i na samym działaniu zakazu. Wszelkie odmiany panowania, podporządkowania, ujarzmiania sprowadzałby się ostatecznie do wymogu posłuszeństwa9.

Innymi słowy, taka wizja władzy jest całkowicie ślepa na jej produktywność i strategiczne bogactwo. Choć Pospiszyl w trzech miejscach Zatrzymania historii (patrz: s. 119, 138 i 189) mówi o tym, iż kapitalizm wynalazł metody produkcji podmiotów, a nie tylko ich podporządkowywania, to uwagi te mają wyłącznie charakter erudycyjnych wtrąceń, w żaden sposób nie związanych z całością wywodu. W pozostałych partiach książki powracają, niczym mantra, jedynie negatywne określenia władzy: łamiąca kłącze, blokująca twórcze przepływy, represjonująca, uciskająca życie, wyjaławiająca naturalne zdolności dzieci, zacierająca pamięć, wreszcie – operująca za pomocą prawa i odpowiadająca przemocą na łamanie jego zakazów i nakazów.

Innymi słowy, Pospiszyl zdaje się dostrzegać tylko jedną twarz władzy: jurydyczno-przemocową. Benjaminowskie zalecenie, by wszędzie widzieć konflikt, to zalecenie, by widzieć jedynie starcie władzy-przemocy z opresjonowanymi siłami życia. W efekcie nie dostrzega się produktywnej, zarządzającej, prowadzącej twarzy władzy10. Tzn. tych sytuacji, w których dobrowolnie (tzn. bez przymusu fizycznego, prawnego czy ekonomicznego) wchodzi się z kimś w hierarchiczną relację, by zrealizować określone cele. Może to być poddanie się zaleceniom psychoterapeuty, by uzyskać spokój wewnętrzny, ćwiczenie gestów i wymowy pod okiem coacha, by osiągnąć sukces polityczny, czy podporządkowanie się nakazom lekarza, by zwalczyć chorobę. Kluczową kwestią jest to, iż wszystkie te dobrowolne relacje mogą produkować zupełnie inne efekty (np. struktury podmiotowe), zależnie od rodzaju stosowanych przez prowadzącego technik i strategii. Niezrozumienie specyfiki relacji władzy tego typu ma dwa skutki. Albo sprawia, że naiwnie podlega się jakiemukolwiek kierowaniu przez specjalistę, nie dostrzegając, że np. równocześnie z pomaganiem nam, uzależnia on nas od siebie lub wpisuje w ogólniejszy system ujarzmiania podmiotowości. Albo z drugiej strony – i tę perspektywę forsuje Zatrzymanie historii – odrzuca się wszelkie kierowanie, zrównując je z systemem prawa-przemocy. (W III rozdziale książki Pospiszyl przedstawia koncepcję edukacji opartą na egalitarnym stosunku pomiędzy uczniem a nauczycielem – patrz: s. 100-103. Chociaż w ogólności zgadzam się, że relacja między nauczycielem a uczniem musi być pozbawiona dominacji i nienaruszalności pozycji nauczyciela, to jednak to konkretne rozwiązanie opiera się, w moim przekonaniu, na niezrozumieniu różnicy pomiędzy opresją a prowadzeniem. Brak tu miejsca na szerszą dyskusję. Warto jednak zaznaczyć, że choć – przywoływany przez Pospiszyla – Joseph Jacotot znalazł się w tej samej, co jego uczniowie, sytuacji niewiedzy, przez co nie mógł korzystać z opresyjnych narzędzi autorytetu, wciąż jednak pozostawał kimś, kto kierował procesem nauczania).

Według koncepcji sformułowanej w Zatrzymaniu historii, do uczestniczenia w stosunkach kapitalistycznych można być tylko zmuszonym siłą, a na stronę faszyzmu przeciągniętym jedynie w wyniku oszustwa (zakłamania historii, zatarcia pamięci o ludowych walkach). Newralgiczne jest stwierdzenie, iż „koczowniczym proletariuszom obce było zabieganie o to, by móc znaleźć się po właściwej (mieszczańskiej, obywatelskiej czy ludzkiej) stronie podziałów klasowych” (s. 99). Przed takim myśleniem już ponad sto lat temu przestrzegał Edward Abramowski, zauważając, iż wielu robotników kieruje się swoimi jednostkowymi interesami, zgodnymi z logiką panującego ustroju. Nie pragną oni zniesienia własności czy uzyskania większej swobody, lecz wyższych zarobków, które im samym pozwolą stać się drobnymi kapitalistami. Pokazują to choćby spontaniczne strajki, w których „szło przede wszystkim o podwyższenie płacy, a rzadko kiedy o skrócenie dnia roboczego”11. Rezultatem perspektywy przedstawionej w Zatrzymaniu historii może być wyłącznie myślenie – o tych proletariuszach czy prekariuszach, którzy stawiają sobie cele mieszczańskie lub faszystowskie – jako o sprzedawczykach, konfidentach lub w najlepszym wypadku głupcach. Jeśli, jak chce Pospiszyl, proletariuszowi obce jest zabieganie o mieszczańskie posady, to z grona proletariuszy bardzo szybko muszą wypaść ogromne grupy ludzi (mimo iż wciąż będą one znajdowały się na podporządkowanej pozycji społeczno-ekonomicznej). Jedynymi proletariuszami, jedynymi członkami ludu okażą się wówczas artyści należący do cyganerii, anarchiści oraz inni, równie nieliczni, którzy dobrowolnie zdecydowali się żyć na marginesie społeczeństwa.

Nie jest to jednak jedyna konsekwencja takiego myślenia o władzy. Niezauważanie jej drugiego oblicza (tzn. praktyk prowadzenia) sprawia, iż nie rozumie się, że potrzebne są dwa różne rodzaje walk. A tym samym, iż można na jednym froncie prowadzić kampanię przeciwko prawu czy kapitałowi, a na drugim – doskonale je wspierać. Przykładowo: można zajmować się badaniem marginalizowanych dyskursów, dopuszczać do głosu wykluczonych, przyjaźnić się z tzw. lumpenproletariatem, uczestniczyć w protestach a jednocześnie być akademickim przedsiębiorcą samego siebie – produkować na akord artykuły do punktowanych czasopism i wybierać na promotorów nie osoby inspirujące, lecz te, które pomogą zdobyć grant naukowy lub posadę. Stawia się tu opór przemocowo-ekonomicznemu obliczu kapitalizmu (np. organizuje się ruch lokatorski, by stawić opór wyrzucaniu ludzi z mieszkań), a jednocześnie działa się z godnie z jego „menadżerskimi” wymogami (inwestując swój czas i energię w różnego rodzaju przedsięwzięcia pozwalające poprawić prywatną sytuację materialną). I nie chciałbym tu być źle zrozumiany: nie nawołuję do jakiejś radykalnej ucieczki poza system czy całkowitego poświęcenia własnego, indywidualnego dobra. Moja teza jest w tym miejscu wyłącznie negatywna: kto nie rozumie, że władzę można sprawować również przez prowadzenie, ten nie jest w stanie dostrzec, że należy wypracować pewne strategie kontr-prowadzenia, będące czymś zupełnie innym niż miganie się przed prawem i wymykanie się policji. Nieobecność namysłu nad tą kwestią – a może nawet mocniej: niemożliwość dostrzeżenia tego problemu, wynikająca z samej struktury koncepcji Pospiszyla – wydaje mi się jednym z największych braków Zatrzymania historii.

– DELEUZE & GUATTARI BACK IN ACTION –

Retoryka, jaką posługują się w swoich książkach Deleuze i Guattari sprawia, że łatwo ich koncepcję sprowadzić do walki twórczych i płynnych sił życia z siłami tamowania i opresji. Walki tego, co mniejsze, z tym, co większościowe. Walki rozwijających kłącze nomadów z łamiącym je aparatem państwa. Właśnie w ten sposób w Zatrzymaniu historii użyty zostaje słownik deleuzoguattariański. Deleuze był jednak dobrze zaznajomiony z Foucaultowską krytyką hipotezy represji, wiedział, że „urządzenia władzy nie opierają się ani na represji, ani na ideologii”12. Kluczowe dla zrozumienia projektu Kapitalizmu i schizofrenii jest dostrzeżenie, że wymierzony on jest we wszelkie dualizmy i dychotomie, mające w sobie zawsze coś z moralizatorskiego podziału na dobro i zło13. Wbrew temu, jak Deleuze i Guattari rozkładają czasem akcenty, nie wychwalają oni żadnej dobrej, twórczej, deterytorializującej natury/życia/pragnienia będącej czymś bytowo odmiennym od złej, pasożytniczej, reterytorializującej władzy/prawa/kapitalizmu. To, co deterytorializujące i to, co reterytorializujące nie są dwoma odmiennymi typami sił, nie są nawet dwiema (dialektycznymi) pozycjami w ramach antagonizmu, są one dwoma wymiarami jednej i tej samej siły, jednego i tego samego pragnienia, jednego i tego samego życia.

Pragnąc dokonać rekonceptualizacji pojęcia natury oraz zrozumieć jak działa władza lepiej pójść za Deleuzem i Guattarim, jako unikającymi hipotezy represji, niż za Benjaminem. Mimo tego, co Pospiszyl często sugeruje, życie nie jest czymś odmiennym od władzy. Przeciwnie, życie = pragnienie14 zawsze już zawiera władzę w sobie, we własnej immanencji. „Krótko mówiąc, to nie urządzenia władzy urządzają, konstytuują, tylko układy pragnienia, zawierające, jako jeden ze swoich wymiarów, mnogość urządzeń władzy”15. Takie postawienie sprawy pozwala Deleuze’owi (i Guattariemu) odpowiedzieć na pytania, które zupełnie nie mieszczą się w ramach horyzontu teoretycznego Benjamina i Pospiszyla: jak można pragnąć władzy? jak można pragnąć kapitalizmu (i to nawet wówczas, gdy jest się na podporządkowanej pozycji proletariusza)? jak można pragnąć faszyzmu? Autor Zatrzymać historię głównego powodu skierowania się mas ku faszyzmowi upatruje w pewnej pomyłce: pozbawiony pamięci o swoich walkach lud nabrał się na historyczny mit stworzony przez faszystów. Jednak, jak głosi jedna z kluczowych tez Anty-Edypa, wielość nie została oszukana, nie pomyliła się, ona pragnęła faszyzmu16. Życie = pragnienie zawiera w sobie zarówno tendencje do deterytorializacji, jak i reterytorializacji, zarówno linie ujścia, jak i łamiące je linie segmentacji. Życie nie jest czymś dobrym i twórczym, co dopiero z zewnątrz byłoby represjonowane i wyjaławiane przez złą władzę, ale zawiera tę blokującą i tłumiącą władzę w sobie samym. Już najbardziej naturalne i spontaniczne działania dziecka (jak choćby niemowlęce wkładanie wszystkiego do ust) są tyleż kreatywne i różnicujące, co zarazem produkujące sztywne i powtarzające to samo nawyki. A najbardziej wyzwalające linie ujścia niosą w sobie ryzyko przeistoczenia się w faszystowskie linie śmierci. I odwrotnie, nawet najbardziej sztywna i zhierarchizowana biurokracja może zrodzić niezwykłe ruchy deterytorializacji absolutnej.

Ta „podwójna” (a w pewnym sensie zerowa, neutralna, poza dobrem i złem) natura życia = pragnienia sprawia, iż to nie w jego wyzwoleniu należy pokładać nadzieję. Istotne są wyłącznie układy, złożone konstelacje, w jakich ono występuje. Układ (albo maszyna, jak Deleuze i Guattari piszą w innych miejscach), to pewna organizacja sił/pragnień, specyficzne ustawienie ich względem siebie. W najprostszym modelu mogą wystąpić dwa efekty: a) wzmocnione zostają tendencje opresyjne, reterytorializujące, a stłumione tendencje twórcze, deterytorializujące (Deleuze i Guattari nazywają taki układ aparatem pochwycenia), b) wzmocnione zostają deterytorializujące linie ujścia, a osłabione wszelkie dążności tamujące (ten rodzaj układu określany jest mianem maszyny wojennej). W ramach tej perspektywy teoretycznej zadaniem badacza jest analiza struktury poszczególnych układów, zaś zadaniem aktywisty takie ich montowanie, by wzmocnić jedne tendencje, a osłabić inne. (Trzeba przyznać, iż pod koniec książki Pospiszyl wysuwa podobne postulaty: walka z prawem czy przemocą nie ma polegać na bezpośredniej konfrontacji, ale dokonywaniu różnego rodzaju przesunięć, które doprowadzą do rekompozycji funkcjonujących układów. Ten „montażowy” aspekt jego wywodu wydaje się jednak zaprzepaszczony przez inne, dominujące wątki).

Niezbędne jest jeszcze jedno dopowiedzenie. Owo życie czy też pragnienie, o którym piszą Deleuze i Guattari, nie sytuuje się na poziomie indywiduów lub wręcz całych grup. Jest ono raczej czymś subosobowym, preindywidualnym. Jak dobitnie stwierdza Deleuze: „Linii ujścia, czyli układów pragnienia, nie tworzą moim zdaniem zmarginalizowani. Przeciwnie, są to obiektywne linie biegnące przez społeczeństwo, w którym tu i ówdzie zagnieżdżają się zmarginalizowani i dokonują operacji zapętlenia lub ponownego zakodowania”17. Wiele wskazuje natomiast na to, że Pospiszyl przypisuje ową zdolność ustanawiania linii ujścia konkretnym osobom (tym samym odmawiając jej innym), przede wszystkim dzieciom oraz proletariuszom z przedmieść (np. s. 99).

– ZAKOŃCZENIE –

Nieodrobiona lekcja Foucaulta oraz wynikający z tego sposób interpretowania myśli Deleuze’a i Guattariego pociągają za sobą dwie konsekwencje. Pierwsza jest natury politycznej: mimo różnego rodzaju deklaracji oraz subtelności, Zatrzymać historię koniec końców pozostawia nas z romantyczną wizją, wedle której celem lewicowego aktywizmu jest zapewnienie dzieciom, proletariuszom oraz ludom niecywilizowanym swobody działania. Grupy te, wyzwolone spod opresji zewnętrznego aparatu prawa-przemocy, mocą swoich naturalnych sił zmontują komunizm, tzn. całkowicie egalitarne stosunki społeczne. Pospiszyl zdaje się zupełnie nie dostrzegać, że wielość jako taka również może być szowinistyczna, ksenofobiczna, pragnąca własnego podporządkowania czy wręcz faszystowska18. Przyczyn negatywnych tendencji wielości każdorazowo szuka on na zewnątrz, zamiast uwzględnić istnienie mikrofaszyzmów (jak określają je Deleuze i Guattari) rozwijających się wewnątrz każdego układu.

Wydaje się, że przyjęcie od samego początku perspektywy „montażowej” pozwoliłoby zmarginalizować teologiczne wątki w myśli Benjamina (jakkolwiek by ich nie rekonceptualizować i nie nazywać owej teologii mniejszą, wydaje się, że to ona jest odpowiedzialna za podtrzymywanie dualizmu natura-władza) oraz wydobyć potencjał praktycznych pomysłów autora Pasaży. Benjamin najciekawszy jest tam, gdzie zajmuje się rzeczywistymi montażami: w swoich audycjach radiowych (s. 77-78), koncepcji performatywnej pedagogiki (s. 51-53) czy wykorzystaniu techniki do odbudowania proletariackiej podmiotowości (s. 77-81).

Druga konsekwencja dotyczy pracy historyka, wracam tym samym do mojej wyjściowej tezy, iż Zatrzymać historię jest próbą wypracowania metody badania dziejów. Mimo chętnego sięgania po słowo „prawda” wydaje się, iż Pospiszyl oferuje nam jedynie narzędzia do konstruowania kolejnego mitu: lewicowo-romantycznego. Historiografowi zostaje bowiem wyznaczone tu zadanie pokazywania, że różnego rodzaju oddolne (ludowe czy proletariackie) ruchy stawiały sobie wyłącznie cele emancypacyjne, nie zaś nacjonalistyczne, religijne czy kapitalistyczne. (Szczególnie uwyraźnia się to, gdy Pospiszyl mówi – choćby w obu przywoływanych już wywiadach – o „Solidarności”). Bardziej poststrukturalistyczna perspektywa pozwoliłaby dostrzec, iż wszelakie wydarzenia historyczne są zawsze mieszaninami tendencji twórczych i emancypacyjnych oraz konserwatywnych i opresyjnych. W tym ujęciu zadaniem materialistycznego historyka byłaby strategiczna analiza owych mieszanin. Badając różnego rodzaju ruchy powinien on każdorazowo wydobywać konkretne techniki, za pomocą których podporządkowanym udało się obejść poszczególne mechanizmy władzy i określić jakie warunki muszą być każdorazowo spełnione, aby owe techniki zadziałały. Powinien również poddać analizie te miejsca, które okazały się podatne na działanie „wrogich sił”. Wreszcie, co szczególnie ważne, powinien wskazać te praktyki samego ruchu, które były szowinistyczne czy reakcyjne i niweczyły – od wewnątrz – jego emancypacyjny potencjał. W efekcie historiografia łączyłaby się z polityką, dostarczając aktywistom wglądu w przeszłe strategie oraz czyhające w ich wnętrzu niebezpieczeństwa. A budowanie proletariackiej podmiotowości polegałoby nie tyle na przeciwdziałaniu represji, co na odpowiednim konfigurowaniu układów pragnienia.

  1. M. Pospiszyl, Zatrzymać historię. Walter Benjamin i mniejszościowy materializm, Warszawa 2016. Wszystkie numery stron wewnątrz tekstu odsyłają do tego wydania.
  2. Patrz: wywiad Jakuba Majmurka z Michałem Pospiszylem, Ludowa historia PRL ciągle czeka na napisanie, http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/pospiszyl-ludowa-historia-prl-ciagle-czeka-na-napisanie/ (data dostępu: 20.02.2017). Warto przy okazji zaznaczyć, iż sama recenzowana tu książka ma charakter zwrotny: wypreparowywaną z pism Benjamina metodę równocześnie stosuje do lektury tekstów samego Benjamina.
  3. „Postulowane przez Morellego przesunięcie metodologiczne zakładało, że podstawą identyfikacji autora danego obrazu nie powinny być jego łatwo rozpoznawalne cechy, jak uśmiechy z obrazów Leonarda czy wzniesione do nieba oczy z płócien Pietro perugio, »należało natomiast poddać analizie elementy drugorzędne, najmniej podatne na wpływy szkoły, z której wywodził się malarz: płaty uszu, paznokcie, kształt palców«” (M. Pospiszyl, Zatrzymać historię…, dz. cyt., s. 16).
  4. Uwaga Michała Pospiszyla wygłoszona w trakcie wywiadu z Janem Sową: Odbezpieczyć historię. Dyskusja wokół książki „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”, http://www.praktykateoretyczna.pl/jan-sowa-michal-pospiszyl-odbezpieczyc-historie-dyskusja-wokol-ksiazki-inna-rzeczpospolita-jest-mozliwa/ (data dostępu: 20.02.2017).
  5. Faszyzm „mógł się narodzić tylko za sprawą zerwania przez kapitalizm kanałów komunikacyjnych z przeszłością” (M. Pospiszyl, Zatrzymać historię…, dz. cyt., s. 135). Ta teza powraca również w czasie wywiadu udzielonego przez Pospiszyla Majmurkowi: Benjamin, w tekście Doświadczenie i ubóstwo, stawia „tezę, że warunkiem powstania faszystowskiego mitu jest oderwanie klas podporządkowanych od konkretnej historii walk, jakie toczyły w przeszłości. […] Dopiero po tym zerwaniu może się pojawić identyfikacja z faszystowskim mitem pragermańskiej męskiej wspólnoty. Podobnie było w Polsce. Warunkiem zakorzenienia się mitu [żołnierzy – C.R.] wyklętych była transformacja ustrojowa, zniszczenie sposobu uspołecznienia skupionego wokół wielkich zakładów przemysłowych, odebranie klasom ludowym pamięci o konkretnych walkach, jakie w PRL toczyły o swoje prawa. Wyrwane ze swojej wspólnoty przez niszczący robotnicze społeczności walec transformacji, pozbawione pamięci własnej historii, klasy ludowe gotowe są identyfikować się z Inką i Zagończykiem, zamiast z bohaterkami i bohaterami walk robotniczych” (Ludowa historia PRL ciągle czeka na napisanie, dz. cyt.).
  6. Patrz: M. Pospiszyl, Zatrzymać historię…, dz. cyt., s. 85-88. Pospiszyl powołuje się w tym fragmencie na sformułowaną przez Massimiliano Tombę wykładnię Marksowskiej koncepcji czasu. Wedle owej koncepcji to, co przeszłe, nawet najbardziej archaiczne, nie znika wraz z upływem czasu, ale jest pewną stale obecną i działającą siłą (np. tzw. akumulacja pierwotna nie należy wyłącznie do prehistorii kapitalizmu, ale jest procesem stale występującym i podtrzymującym kapitalizm w istnieniu). Takie – geologiczne, jak je określa Tomba –  rozumienie czasowości jest czymś kluczowym dla wielu XX-wiecznych filozofów; znajdziemy je choćby w Micie maszyny Lewisa Mumforda albo u Michela Foucaulta w Nadzorować i karać czy wykładach zatytułowanych Bezpieczeństwo, terytorium, populacja. O ile takie ujęcie czasowości społeczeństw było w filozofii i naukach społeczno-historycznych niezwykle istotną modyfikacją konceptualną, o tyle niezrozumiałe wydaje się odwoływanie do tych współczesnych autorów by pokazać podobną czasowość natury. Co najmniej od momentu narodzin teologii chrześcijańskiej natura jest rozumiana jako coś zarazem przeszłego i stale obecnego: mający miejsce u początku czasów upadek Adama jest czymś, co trwa w każdym nowonarodzonym dziecku. Benjamin nie wprowadził do pojęcia natury żadnej nowej koncepcji czasowości, a jedynie zmienił moralną ocenę (natura już nie jako pierwotnie upadła, zawiniona, ale jako pozytywna, twórcza moc).
  7. Patrz: M. Pospiszyl, Zatrzymać historię…, dz. cyt., s. 98-99. Patrz również: Ludowa historia PRL ciągle czeka na napisanie, dz. cyt.: „Benjamin pozwala myśleć o ruchach społecznych tak, że zyskują one proletariacką podmiotowość nie za sprawą miejsca w procesie produkcji, ale politycznego antagonizmu, w jaki wchodzą, w wyniku zgłaszania politycznych roszczeń”.
  8. Patrz: M. Foucault, Historia seksualności, tłum. B. Banasiak, T. Komendant, K. Matuszewski, Gdańsk 2010, s. 59-73. Choć Foucault skupia się głównie na relacji pomiędzy władzą a seksem, to jego rozważania odsyłają do domeny politycznych analiz władzy jako takiej.
  9. Tamże, s. 62.
  10. Pojęcie prowadzenia (resp. kierowania) wprowadza Michel Foucault w trakcie cyklu wykładów zatytułowanego Bezpieczeństwo, terytorium, populacja (patrz: M. Foucault, Bezpieczeństwo, terytorium, populacja, tłum. M. Herer, Warszawa 2010). Jest ono efektem jego wcześniejszych prac, prowadzonych w Collège de France, których celem była krytyka jurydyczno-dyskursywnej koncepcji władzy, a także kategorii ideologii panującej. Pojęcie prowadzenia Foucault rozwija w kolejnych latach, szczególną uwagę poświęcając mu w cyklach wykładów Rządzenie żywymi (tłum. M. Herer, Warszawa 2014), Le Gouvernement de soi et des autres (Paris 2008) oraz Le courage de la vérité (Paris 2009).
  11. E. Abramowski, Etyka a rewolucja, w: tenże, Pisma. Tom 1, Warszawa 1924, s. 274. Książka dostępna w domenie publicznej: http://dir.icm.edu.pl/Pisma/Tom_1/ (data dostępu: 21.02.2017).
  12. G. Deleuze, Pragnienie i przyjemność, tłum. M. Herer, w: „Kronos”, nr 4/2015, s. 41. Warto zaznaczyć, iż tekst ten jest zredagowaną wersją notatek, jakie Deleuze sporządził w czasie lektury pierwszego tomu Historii seksualności.
  13. Patrz: G. Deleuze, F. Guattari, Tysiąc plateau, tłum. anonimowe, Warszawa 2015, s. 10.
  14. Omówienie związku pomiędzy Deleuzjańskimi pojęciami pragnienia i życia wykracza poza ramy niniejszego artykułu. Dla uproszczenia wywodu przyjmuję, że są one tożsame, że w myśli Deleuze’a życie = pragnienie.
  15. G. Deleuze, Pragnienie i przyjemność, dz. cyt., s. 43. Patrz też: tamże, s. 45.
  16. Patrz: G. Deleuze, F. Guattari, L’Anti-Œdipe. Capitalisme et schizophrénie, Paris 1972, s. 306.
  17. G. Deleuze, Pragnienie i przyjemność, dz. cyt., s. 45.
  18. Już parę lat temu przestrzegał go przed tym Jan Sowa: „I tak jak już mówiłem: działania ludu też nie były zawsze i w 100% postępowe i emancypacyjne. Mamy ewidentnie przykłady aktywnego dążenia do reakcyjnych celów i w tych sytuacjach, w starciu z ludem to burżuazja stoi po stronie anty-feudalnego postępu. Ja myślę, jak Virno, że wielość ma również swoje mroczne, faszystowskie artykulacje. Nie wszystko, co oddolne jest zawsze dobre, chociaż zgoda, że ostateczna, radykalna emancypacja musi polegać na oddolnym ruchu i na przeniesieniu środka ciężkości porządku społecznego od elit do mas” (Odbezpieczyć historię. Dyskusja wokół książki „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”, dz. cyt.).

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty