Jacques Derrida, „Uniwersytet bezwarunkowy” – recenzja

– Wiara dekonstrukcjonisty –

Ponad 10 lat po śmierci Jacques’a Derridy zyskuje on w Polsce na popularności. Wiąże się to z dostrzeżeniem społeczno-politycznego wymiaru jego twórczości, zwłaszcza z późniejszego okresu. Za dowód może służyć właśnie wydane tłumaczenie książki z 2001 roku – Uniwersytet bezwarunkowy. Jest to zapis wykładu z 1998 roku, wygłoszonego w ramach cyklu „Presidential Lectures” na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. Organizatorzy poprosili Derridę o podjęcie tematu sztuki i nauk humanistycznych na uniwersytecie przyszłości. Twórca dekonstrukcji w charakterystyczny dla siebie sposób uzupełnił tę problematykę o pozornie odległe wątki. Jak zwykle też zmusił słuchacza, a później czytelnika do wykonania niemałej pracy, by podążać za jego rozumowaniem bez poczucia zagubienia.

Właśnie praca jest jedną z poruszanych przez Derridę kwestii. Współtworzy konfigurację problemów wraz z takimi jak humanizm, globalizacja, literatura, autorstwo i tworzenie, nauki humanistyczne, uniwersytet, profesjonalizm, przestrzeń cyfrowa czy prawo. Spoiwem tych wątków jest refleksja nad charakterystycznym dla współczesności rozróżnieniem konstatywność–performatywność (czyli orzekanie i ustanawianie przez akt wypowiedzi), które z kolei odnosi się do klasycznej opozycji wiedza–wiara. Derrida w swoim oryginalnym stylu – jedne wątki są przerywane na rzecz innych, pozornie odległych, by za chwilę powrócić w nieoczekiwanym powiązaniu – zarysowuje szeroki horyzont problemowy. Ujawnia też osobiste przekonania. Jego stwierdzenia na temat roli uniwersytetu okazują się wyznaniem wiary, wiary w bezwarunkową wolność myślenia.

– Uniwersytet zagrożony, uniwersytet zaangażowany –

 

Dla uporządkowania wykładu Derridy warto wydobyć z tekstu kilka spostrzeżeń. Filozof wskazuje na często dziś poruszane problemy (w Polsce przez takie ruchy jak Obywatele Nauki, Komitet Kryzysowy Humanistyki czy lokalny, działający w Warszawie Uniwersytet Zaangażowany). Chodzi o trend dostosowywania akademickiego nauczania do wymogów rynkowych. Wiąże się to z procesem globalizacji, której ulega również wiedza przez rozrost cyberprzestrzeni. Szybkość i zasięg przekazywania oraz prawie nieograniczona możliwość kumulowania wiedzy powodują, że uniwersytet traci swoje dotychczasowe miejsce w społeczeństwie. W ten sposób refleksja i dialog nad rzeczywistością zostają poddane dyskursowi konkurencji i produkcji.

Jak przeciwstawić się takiemu zagrożeniu? Pytanie to zadaje sobie Derrida, choć – można by sądzić – jego własna koncepcja filozoficzna hamuje działanie w imię ideałów. Z takim nihilistycznym ujęciem konfrontuje się filozof. W Uniwersytecie bezwarunkowym próbuje ukazać, że jest możliwa walka o pewne wartości mimo (a nawet dzięki) podważającej je dekonstrukcji. Teoria i praktyka nigdy bowiem nie są od siebie oddzielne: akt dekonstrukcji jest dopuszczeniem do głosu tego, co zatajone, wykluczone lub zapomniane. Na tym zasadzają się fragmenty, w których Derrida rozważa profesjonalizm profesora. W klasycznym ujęciu profesor ma za zadanie przekazywać wiedzę, czyli konkretne prawdy danej dyscypliny. Jednak nie jest to bierne dzielenie się obiektywną wiedzą – nauczanie jest pewnym zobowiązaniem i wyznaniem wiary (jak wskazuje francuskie słowo profession). Zgodnie z tym „uniwersytet czyni z prawdy wyznanie. Deklaruje, obiecując zarazem, bezgraniczne zobowiązanie wobec prawdy” (s. 12). Nie można przy tym zapomnieć, że dla Derridy „myślenie prawdy” dotyczy jej „zmieniającej się wartości” i prowokuje do „niekończącej się dyskusji” (tamże). Mówiąc inaczej, uniwersytet zapewnia przestrzeń do nieskrępowanego stawiania pytań czy problematyzowania. I to prawo do krytyki, a właściwie „prawo do dekonstrukcji”, powinno być bezwzględnie chronione. Jak je uzasadnić, skoro w imię oporu „stawianego wszelkim dogmatycznym i niesprawiedliwym władzom zawłaszczającym” również ideał suwerenności staje się przedmiotem dekonstrukcji (s. 17–18)?

Jak zdaje się sugerować Derrida, trzeba zerwać ze złudzeniem, że profesor zajmuje się tylko teorią; że sam nie jest twórcą pewnych dzieł, jak artysta (pojęcia dzieła jest tu jednym z lejtmotywów). Jego sztuka to nauczanie: ukazuje problem i odpowiada na pytania, a jego stwierdzenia są ekspresją wiary w własne słowa. Zawodowy profesor nie powinien ukrywać tej wiary w wiedzę, a tym samym musi dopuszczać jej krytykę, zwątpienie. Stawką jest „wydarzenie myślenia”, za którym idzie „przeprowadzenie zmiany pojęcia prawdy i człowieczeństwa” (s. 19). Szczególnie nauki humanistyczne powinny być „gotowe podjąć się zadania dekonstrukcji […] ich własnej historii i własnych aksjomatów” (tamże). Jak można przypuszczać, klasyczne uniwersytety zyskały autonomię dzięki panującemu na nich kultowi prawdy. Z drugiej jednak strony ten dogmatyzm ograniczył twórczy potencjał akademii i poddał je wpływom zewnętrznym. Dlatego też według Derridy należy stawić czoła presji z pomocą dekonstrukcji jako radykalnej krytyki, nieraz przekraczającej granice fikcji. W ten sposób przyznać, że nie ma się do zaoferowania żadnego konkurencyjnego towaru. Uniwersytet to przestrzeń, w której niezależnie od sytuacji ekonomicznej, kulturowej czy politycznej próbuje się ciągle na nowo rozumieć człowieka i jego bycia w świecie.

Wróćmy do kwestii pracy. Polemizując z Jeremym Rifkinem, Derrida stwierdza, że nie można sobie bez niej wyobrazić ludzkiego świata. Proces globalizacji doprowadził tymczasem do wykluczenia wielu bezrobotnych lub do drastycznego pogorszenia warunków zatrudnienia. Ponadto w związku z wirtualizacją doszło do poważnych zmian stosunków pracy, często niekorzystnych dla wspólnotowości i solidarności. Zdarzenia te trzeba poddać refleksji na gruncie nauk humanistycznych, ale nowych – afirmatywno-performatywnych, czyli tworzących wiedzę i wpływających na rzeczywistość. Nie znajdą one dla siebie innego miejsca niż uniwersytet, z jego (dekonstruowanymi) kanonami i tradycjami, z (nowym) autorytetem profesora oraz z pojęciem prawdy jako porządku zdarzeń: przemian społecznych i tożsamościowych, ich interpretacji, które nadają nowe kierunki w dziejach człowieka i świata. Wiąże się to również z ujawnianiem historycznych aktów przemocy, których dopuszczano się pod hasłem cywilizowania świata – czyli z pracą rachunku sumienia. Derridzie chodzi więc o myślenie przemijania, uchwytywanie ciągłej transgresji i poddawanie się jej, czyli pozostawienie miejsca dla „niemożliwego możliwego, możliwego jako niemożliwego”; zdarzenia, które wymyka się wszelkim twierdzeniom i performatywom, czyli „innego, który przychodzi i do mnie przychodzi” (s. 93–94); o bezwarunkowość, czyli nienarzucanie warunków możliwości temu, co niemożliwe, radykalnie inne. Krótko mówiąc, uniwersytet ma być miejscem, w którym – zwłaszcza w ramach nauk humanistycznych – człowieczeństwo jest nieustannym problemem i przedmiotem dekonstrukcji. Takie myślenie, jednocześnie opierające się presji różnych władz, zapewnia bezwarunkowe prawo człowieka do bycia różnym, czyli oddaje mu jako innemu wobec mnie lub nas (Europejczyków, wykształconych, żyjących w dobrobycie itp.) sprawiedliwość. Taka – humanistyczna i Oświeceniowa, czego nie wyrzeka się Derrida, dodając jednak element pokuty – jest stawka prawa do dekonstrukcji na uniwersytecie.

Warto zwrócić uwagę na kluczowe według Derridy problemy, na których powinny się skupić nowe nauki humanistyczne. Byłyby to m.in. historia idei człowieczeństwa, w tym „potężnych jurydycznych performatywów” takich jak konstrukt praw człowieka, dzieje demokracji i pojęcie suwerenności, historia literatury (jako tworzenia fikcji oraz jako instytucji), dzieje profesji akademickiej, historia rozróżnienia wiedzy i wiary. Derrida wymienia jeszcze siódmy punkt, który nadaje wcześniejszym kierunek zgodny z dekonstrukcją: we wszystkich tych problemach nauki humanistyczne mają przemyśleć same siebie, w kolejnych dziełach wyznając wiarę w ciągle nowe pojęcie tego, co ludzkie. Innymi słowy nie chodzi o udzielanie ostatecznych odpowiedzi, lecz o kontynuację rozumienia rzeczywistości, tak by nie poddawać człowieka władzy aktualnych – jak powiedziałby Michel Foucault – reżimów prawdy.

– Wyznanie Jacques’a Derridy –

Trzeba zaznaczyć, że niniejsze przedstawienie Uniwersytetu bezwarunkowego ma charakter autorskiej interpretacji. Oczywiście w przypadku Derridy jest to nieuchronne, gdyż każdy czytelnik dostrzega i uwydatnia na własne potrzeby różne wątki. Ja starałem się zarysować sens wywodu o uniwersytecie – zgodnie z tytułem, ale przede wszystkim z naglącą potrzebą dyskusji o życiu akademickim i naukowym w Polsce, szczególnie w kontekście humanistyki. Tekst jednak zaprasza również do innych odczytań, można rozwijać zawartą w nim refleksję o pracy, światowości, człowieku, twórczości artystycznej, nauczaniu, cyfryzacji itd. Kluczowy podczas lektury wydaje się też często powtarzany w książce zwrot „jak gdyby” (recenzja oparta na jego interpretacji byłaby zbyt rozwlekła). Ciekawe byłoby też rozważenie przyczyn, dla których Derrida zapisuje „Uniwersytet” i „Nauki Humanistyczne” wielkimi literami, jakby chodziło o idee absolutne (Prawda, Dobro, Piękno) albo dziedzictwo Oświecenia. Wreszcie książka ta pozwala przyjrzeć się Derridzie niepewnemu własnych słów, wyznającemu wiarę, nieumiejącemu odróżnić siebie jako autora od siebie jako biernego medium wygłaszanego tekstu.

Czy ten niedługi tekst daje argumenty za bezwarunkową wolnością uniwersytetu? Nie. Wydaje się, że kultywowane w nim myślenie krytyczne nie obroni się przed urynkowieniem, dehumanizacją pracy, niebezpieczeństwami globalizacji czy cyfryzacji. Paradoksalnie jednak „uniwersytet powinien być miejscem, w którym nic nie uchroni się przed mocą zapytywania”, w tym żadne z powyższych zjawisk (s. 20). W refleksji nad światem współczesnym, której warunkiem możliwości jest pewna przestrzeń, nie chodzi o jednoznaczne rezultaty, ale o problematyzowanie, o ujawnianie ograniczeń, które dziś krępują i wykluczają niemożliwe zdarzenia, to, co radykalnie inne, nieosiągalne dla rozumu czy języka. Tymczasem dogmat wiedzy bez wiary (i ich ostrego rozróżnienia) niebezpiecznie poddaje myślenie dominującym władzom. Jeśli więc uniwersytet w klasycznym modelu ulega tym procesom, to być może powinien opuścić kamienne mury i zawitać w przestrzeni wirtualnej? Może profesorstwo powinno stać się praktyką krytyczną i zarazem jej otwartym nauczaniem – może w internecie? Być może należałoby rozważyć pojęcie pracy, tak by zawierało również działalność nieproduktywną z perspektywy kapitalizmu? Takie pytania zdaje się stawiać autor. Jedno zaś wie on na pewno, w to bowiem wierzy:

Powinniśmy się domagać wolności i immunitetu dla Uniwersytetu, w stopniu najwyższym zaś dla Nauk Humanistycznych, angażując się w to ze wszystkich sił. Nie tylko w sposób werbalny i deklaratywny, ale także poprzez pracę, działanie oraz to, czego nadejście umożliwiamy dzięki zdarzeniom. (s. 58)

Dzięki otwierającej na świat i na człowieka dekonstrukcji, pracy myślenia, a nie produkcji wiedzy. Dając odpór „władzom ograniczającym przyszłą demokrację” (s. 20).

Książka Uniwersytet bezwarunkowy, chociaż przyciąga – poza intrygującym tytułem – eleganckim, minimalistycznym wydaniem, nie jest przeznaczona dla każdego. Tekst jest zawiły i wielowątkowy, początkowo luźne skojarzenia między pojęciami tworzą rozległą sieć znaczeń, w której łatwo się zaplątać. Przypisy od tłumacza (któremu za jego pracę [sic!] należą się wyrazy uznania) mogą dopomóc w lekturze, ale mogą też okazać się zbyt skomplikowane i nużące. Z pewnością kogoś uprzedzonego do stylu Derridy nie przekona ten krótki zapis wykładu. Natomiast dla zainteresowanych myślą francuskiego filozofa, ale także aktualnymi problemami statusu i roli uniwersytetu czy humanistyki, globalizacji i humanizmu będzie to wartościowa pozycja. Tekst Derridy wydaje się przy tym echem wydarzeń z maja 1968 roku, gdy studenci w wielu miastach świata protestowali przeciwko ograniczaniu ich swobód i dostępu do edukacji. Jest samokrytyką profesora, który wtedy pozostał na uboczu, a dzieła wykraczające poza refleksję akademicką (poruszające kwestie kolonializmu, totalitaryzmu, feminizmu, praw zwierząt i inne) zaczął pisać dużo później; z pewnością należy do nich Uniwersytet bezwarunkowy. W pół wieku po słynnych manifestacjach kontekst, w którym funkcjonują akademie, uległ poważnym zmianom. W najważniejszych uczelniach wykładowcy piszą raporty na zlecenie koncernów lub grup bankowych, a surowa i wybiórcza wiedza jest powszechnie dostępna. Derrida słusznie zauważa, że bez niezależnej refleksji stajemy się zakładnikami narzuconej interpretacji rzeczywistości. Być może powinno się wykorzystać zachodzące procesy, by znaleźć nową, bezwarunkową przestrzeń dla namysłu.

Na koniec trzeba jeszcze powiedzieć o kontrowersyjnym stylu pisarskim Derridy. Może się wydać, że świadczy on raczej o dystansie autora wobec jakichkolwiek form zaangażowania. Warto jednak pamiętać, że ten styl nie jest tylko fanaberią i efekciarstwem – kwestia jego zasadności wymagałaby szerszego omówienia. Zainteresowanego, ale niewprawionego czytelnika można jedynie uczulić, by nie bagatelizował na przykład tego, że po stwierdzeniu: „Nie wiem, czy to, co tutaj mówię, jest zrozumiałe, czy ma jakikolwiek sens”, padają słowa: „W efekcie bowiem idzie tu o sens sensu” (s. 99). Jak widać, dekonstrukcja pojęcia sensu na nowo rozpoczyna myślenie. Bez tego ponowienia, a więc i bez uniwersytetu bezwarunkowego, nie nauczymy się żyć w różnorodnej i zmieniającej się rzeczywistości.

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty