Echo w starym gmaszysku. Kilka uwag przy okazji nowego przekładu Heideggera

Jakiś czas temu ukazał się polski przekład wykładu Martina Heideggera, wygłoszonego w semestrze zimowym 1937/38 roku pod tytułem Grundfragen der Philosophie. Ausgewählte »Probleme« der »Logik«. Autorem przekładu jest Wawrzyniec Rymkiewicz, a książka po polsku nosi tytuł Podstawowe zagadnienia filozofii1. Tłumacz odchodzi od utartych już sposobów przekładania tekstów Heideggera na język polski i proponuje swoje, oryginalne, a miejscami bardzo zaskakujące rozwiązania. Do najbardziej niezwykłych należy pomysł, aby słowo Wahrheit, tłumaczone dotychczas zgodnie ze słownikami jako „prawda”, oddać staropolskim słowem „Iścizna”. Moje uwagi na temat tej książki chciałbym rozpocząć od postawienia mocnej tezy mówiącej, że przekład ten jest ostatecznie nieudany i że sam tłumacz poniósł porażkę. Uzasadniając moją tezę, niejako przy okazji, pokażę jednak, że w gruncie rzeczy bardzo mi blisko do prób podejmowanych przez Rymkiewicza. Porażka nie musi bowiem oznaczać, że trud przedsięwzięcia, które doprowadziło do niej, poszedł na marne. Być może konieczne są jedynie niewielkie korekty, gdzieś w założeniach projektu.

Z góry muszę się wytłumaczyć z perspektywy, z jakiej się wypowiadam. Po pierwsze, jestem po lekturze równoległej niemieckiego i polskiego tekstu. Taki sposób czytania ma swoje wady i ograniczenia, które w tym wypadku wpływają na rzetelność oceny. Tekst Rymkiewicza nie zabrzmiał bowiem – na czym prawdopodobnie bardzo zależało tłumaczowi – w moich uszach z wnętrza swej polszczyzny, ponieważ od pierwszych stron pozostawał echem tekstu niemieckiego. Polskie słowa – zwłaszcza te, które są przedmiotem eksperymentu Rymkiewicza – w mojej lekturze wpierw pojawiły się (przynajmniej w domniemaniu) jako ekwiwalenty słów niemieckich, a dopiero wtórnie, na mocy komentarza zamieszczonego na końcu przekładu, odnajdywały swój grunt w języku polskim, w starych słownikach, ewentualnie interpretacjach Rymkiewicza. Na przykład: za każdym razem, kiedy w tekście pojawiało się słowo „Iścizna”, rozumiałem je jako symbol niemieckiego słowa Wahrheit, nie zaś słowo języka polskiego, które coś mówi, niesie ze sobą jakąś treść, do czegoś odnosi, wyzwala jakieś skojarzenia. Moje doświadczenie czytelnicze nie może być oczywiście zarzutem wobec przekładu, nie potrafię jednak udzielić odpowiedzi na pytanie, czy przy innym sposobie odczytywania słowo to staje się czymś więcej niż tylko znakiem odsyłającym do niemieckiego słowa.

Po drugie, tekst niemiecki przemawiał do mnie poprzez okulary, w których czytam Heideggera już od wielu lat. Tym razem jednak to nie tekst oryginału był dla mnie zagadkowy, lecz raczej polski przekład, w którym od samego początku natrafiałem na zrazu niezrozumiałe dla mnie decyzje translatorskie i zamiast medytować nad sensem Heideggerowskiego idiomu zmuszony byłem dociekać sensu polskich fraz. Nie tyle ich sensu samego w sobie (to znaczy tu: wypływającego z polszczyzny), lecz ich sensu jako przekładu tego, co stoi w niemieckim oryginale. Dla ilustracji tej trudności podam jeden przykład: nie potrafię oprzeć się przekonaniu, że niemiecki tekst zorganizowany jest wokół przeciwstawienia słów das Wahre – die Wahrheit i że w przeciwstawienie to (przynajmniej dopóki namysł nad prawdą utrzymuje się w granicach pierwszego początku) wpisana jest różnica ontologiczna: „Wahre” odsyłałoby zatem do dziedziny ontyki, „Wahrheit” do dziedziny bycia lub – w innym początku – Bycia. Gdyby Wahrheit oddać jako „prawdę”, to różnicę tę można byłoby wypowiedzieć jako różnicę między tym, co prawdziwe, a samą prawdą. Rymkiewicz zaś oddaje tę różnicę za pomocą słów „istność” – „Iścizna”. Nie jestem pewien, czy słychać w niej różnicę między bytem a byciem/Byciem. Pozostawiam na marginesie moje niejasne przypuszczenie, że zestawienie tych słów w ogóle podważa zasadność użycia słowa „iścizna” jako przekładu słowa Wahrheit, ponieważ podkreśla ono to znaczenie „iścizny”, które odsyła raczej do istotności i istoty, sedna rzeczy, a nie do prawdy w znaczeniu zgodności, nie mówiąc już o procesualnie rozumianej nieskrytości i ewentualnie wydarzeniowego skrywania się. W każdym razie sposób mojej lektury sprawił, że w propozycji Rymkiewicza raczej uderza mnie brak tego, co skrywa się w tekście czytanym po niemiecku, i mam trudność z dostrzeżeniem głębokiej wymowy polszczyzny przekładu.

Po trzecie jestem przekonany, że ostatecznie spór o przekład, o jego udatność, jest sporem o interpretację – w tym wypadku o interpretację całej myśli Heideggera, (nawet jeśli nikt z nas nie zna jej w każdym detalu). Przekład jest bowiem interpretacją i jako taki zanurzony jest w interpretację całości dzieła. Tak należałoby chyba komentować przekłady tego filozofa na język polski (a być może na każdy inny): ze względu na całościowe spojrzenie na tę filozofię, to znaczy w świetle, które rzuca sens owej całości. Mając ów sens całości na uwadze, tłumacz potrafi – na swój sposób – wyodrębnić słowa i myśli ważniejsze od innych oraz pomijać te uznane za mniej istotne. Światło to sprawia też, że niektóre słowa i myśli w ogóle nie są dostrzegalne: mnie się na przykład wydaje, że związek, jaki niemczyzna zachowuje między Geschehen i Geschichte, jest tak ważny, że nie można gubić go, przekładając pierwsze z tych słów jako „Zdarzenie”, a drugiego jako „dzieje”. Oba niemieckie słowa są etymologicznie spokrewnione2, wywodzą się z jednego źródła, a dzisiejsza różnica powstała w wyniku utrwalenia się oboczności. Ponadto oba są bliskie Ereignis ze względu na intuicje znaczeniowe: geschehen to synonim dla sich ereignen, a Geschichte oznacza „was sich ereignet” (to, co się wydarza). W potocznym odczuciu oczywiście dzieje, nieodróżniane od historii, składają się ze zdarzeń czy wydarzeń, użyte więc w przekładzie Rymkiewicza słowa nie są niedozwolone. Jednak dostrzega on i podkreśla zastanawiającą różnicę między Gechehen i Ereignis – miałaby ona polegać na tym, że „przedrostek ge- służy w niemieckim do konstrukcji czasu przeszłego dokonanego”, a „przedrostek er- odpowiada polskiemu wy-” (s. 260). Pomijając słabość tego słowotwórczego argumentu (słuszniej byłoby opatrzyć te twierdzenia okolicznikiem „zazwyczaj”, a więc nie zawsze, co w konsekwencji uniemożliwia wyprowadzenie wniosku, że i tu tak musi być, mnie się wydaje, że nie jest), trzeba zwrócić uwagę na to, że Rymkiewicz w to rozróżnienie angażuje wykładnię czasową: wydarzenie miałoby być czymś przyszłościowym, zdarzenie zaś miałoby mieć charakter dokonany. Zważywszy na to, że Ereignis pomyślane jest jednak u Heideggera czas-przestrzennie, a więc jako źródło dla wszelkiej wykładni czasu (i przestrzeni), trudno jest mi się domyśleć, dlaczego Rymkiewicz taką różnicę wprowadza. Wynika ona zapewne z jego rozumienia całości tej filozofii. Mojemu rozumieniu myśli Heideggera bardziej odpowiada propozycja Janusza Mizery: Ereignis to wydarzanie, a nie wydarzenie, a Geschehen to nie zdarzenie, lecz dzianie, dzianie się – tak aby nie oddalać się zbytnio od słowa „dzieje”. Jak rozstrzygnąć jednak, która interpretacja jest właściwa?

Skoro dyskusja na temat przekładu jest koniec końców dyskusją o interpretacji, to oznacza to, że formułowanie uwag (a czasem nawet zarzutów), które miałby postać: „Wawrzyniec Rymkiewicz przekłada słowo x tak a tak, a ja sądzę, że powinno się przekładać je jakoś inaczej”, pozbawione jest sensu. Nie chodzi tu w gruncie rzeczy o to lub tamto słowo (w tym także o „Iściznę”), lecz o całą skomplikowaną – powiem nieco metaforycznie – „maszynerię” uzasadniającą przekład. Ta maszyneria to interpretacja w działaniu, to rozumienie całości dzieła i rozumienie całości języka polskiego zastosowane do konkretnego dzieła, zdania i pojedynczego słowa. To, o czym teraz mówię, niech zilustruje główny eksperyment Rymkiewicza, przekład die Wahrheit jako „Iścizna” (pisana wielką literą). Oczywiście poza tym kontekstem, na przykład w przekładzie artykułu z codziennej gazety albo powieści kryminalnej, ten przekład byłby pozbawiony sensu. Tym, co zapewnia mu sensowność, jest komentarz tłumacza – dlatego, że tłumacz nie tylko przekłada tekst niemiecki, ale także tłumaczy, w jakim sensie użył tego słowa Heidegger, wyjaśnia, dlaczego polski ekwiwalent słownikowy – „prawda” – nie pozwala zastosować się dla oddania zamysłu Heideggera, a co takiego jest w nowym przekładzie – „Iściźnie” – co uzasadnia użycie tego nieobecnego przecież w dzisiejszych słownikach wyrazu. To wytłumaczenie zapewnia sens tłumaczeniu. Ale przecież nie jest to jedynie objaśnienie słowa, lecz także odczytanie całej filozofii Heideggera, które stoi za tym objaśnieniem (tzn. uprawomocnia je).

Więc nie o słówka należałoby tu toczyć spór, lecz o interpretację: o wytłumaczenie tego tłumaczenia. Ubolewam, że Wawrzyniec Rymkiewicz ograniczył się do lapidarnego objaśnienia swojego przekładu, zamieszczonego w postaci słownika na końcu książki. (Oczywiście pewnym usprawiedliwieniem jest wymóg zapisany w testamencie przez samego Heideggera, aby nie opatrywać jego dzieł, także tłumaczeń, żadnymi komentarzami; słownik jest pewnym unikiem, dość często stosowanym, ale nie jedynym rozwiązaniem). Nie daje on bowiem zbyt wielu wglądów w ową maszynerię, która w efekcie swojego działania wydaje przekład pt. Podstawowe zagadnienia filozofii. Czy w związku z tym mam prawo do postawienia tezy, którą sformułowałem na samym początku, że przekład jest nieudany? Wygląda na to, że nie: przecież to kwesta interpretacji. A jednak postawiłem tę tezę i zamierzam ją tu obronić. Wawrzyniec Rymkiewicz dał nam bowiem coś jeszcze – nie tylko polski tekst, nie tylko jego objaśnienie, ale nadto sam fakt przekładu. A to w moim przekonaniu nie jest niewinna okoliczność.

Przekładanie tekstów Heideggera na język polski zawsze (od kiedy się rozpoczęło) było pracą podwójną – z jednej strony chodziło o zrozumienie tekstu Heideggera i przybliżenie go polskiemu czytelnikowi, z drugiej strony nie sposób było tego dokonać bez pracy nad polskim językiem filozoficznym. Uderza to, że obok pierwszych prób przekładów pojawiają się książki wprowadzające w myśl Heideggera – takie jak Michalskiego Heidegger i filozofia współczesna, Barana Saga Heideggera, czy nawet samego Rymkiewicza Ktoś i Nikt – które również są tłumaczeniami, ale w innym sensie: objaśniają myśl Heideggera, bardzo często za pomocą przyglądania się słowom i za pomocą rozważań, jak te słowa najlepiej przetłumaczyć. Można byłoby przypuszczać, że sam przekład nie wystarcza do zrozumienia myśli niemieckiego filozofa, że tekst Heideggera przełożony na polski nie broni się sam. Konieczne są jeszcze przekłady objaśniające i to nie jeden, lecz kilka. Kryje się tu oczywiście założenie, że tekst napisany i pomyślany po polsku może być pomostem do niemczyzny Heideggera, że da się Heideggera zrozumieć po polsku, to znaczy objaśnić w tym języku, choć potrzeba dodatkowego komentarza, ponieważ sam przekład nie jest w stanie oddać wielu, zbyt wielu, niuansów językowych oryginału. Te niuanse nie są zaś jedynie ozdobnikami w tekście, lecz czymś, co należy do tego, co pomyślane. Sam polski przekład nie jest wystarczający, w przypadku dzieł Heideggera tłumaczenie musi być opatrzone tłumaczeniem.

Chciałbym zwrócić na to uwagę, ponieważ ten moment jest prawdopodobnie charakterystyczny dla tłumaczeń Heideggera na polski (a być może także na inne języki): tłumaczenie wymaga wytłumaczenia, ponieważ to ono – wytłumaczenie tłumaczenia – nadaje sens przekładowi. W ogóle wydaje mi się, że dzieło Heideggera postawiło swoich ewentualnych czytelników – nie będących Niemcami – w niezwykłej pozycji: jest ona z jednej strony pozycją niedopuszczenia do tego, co pomyślane – gdyż ma ono charakter ściśle językowy i to narodowo-językowy, jeśli można się tak wyrazić; a po drugie pozycja ta jest wytrąceniem z języka ojczystego, pewnego rodzaju wzbronieniem odwoływania się do swoich intuicji językowych – gdyż te nie „pracują” w myśleniu Heideggera; ta szczególna pozycja sprawia, że czytelnik taki znajduje się zawsze pomiędzy językami (lecz czy z tego wynika, że skazany jest na przekład?).

Skądinąd zrozumiała jest ta naturalna tendencja, odnosząca się do każdego chyba przekładu filozoficznego, która widzi jego cel i zadanie w tym, aby udostępniać myśl przekładanego filozofa polskiemu czytelnikowi. Nie ma nic w tym złego, choć wiadomo też, jaka jest cena: każde udostępnianie jest upraszczaniem, a być może nawet przekłamywaniem. W przypadku jednak dzieł Heideggera – szczególnie tych późniejszych – sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Przekład bowiem nie może udostępnić – nawet w uproszczonej formie – tego, co pomyślane przez Heideggera. Winny nie jest tu oczywiście tłumacz – chyba że winny czymś na kształt grzechu pierworodnego, zaciąganego przez sam fakt podejmowania się przekładu. Samo dzieło Heideggera nie zgadza się na to, by zostać przełożonym – nie dlatego zresztą, że ma jakieś szczególne zarzuty wobec swoich ewentualnych tłumaczy, ale dlatego, że w ogóle odmawia do siebie przystępu: sama idea udostępniania jest mu obca. To jest moja teza interpretacyjna: projekt Bycia to warownia, która wzbrania do siebie dostępu. Prawdą tego projektu jest owa warowność. Kto jej nie dostrzeże, nie przyjmie, nie przemyśli, ten na próżno grzebie się w słówkach tego projektu. One same nie przemówią, niczego nie ujawnią, nie zdarzy się w nich żadna epifania. To, o co w nich chodzi, to skrytość samego Bycia, jego odmowa udzielania się. Słowa niemieckiego projektu skrywają w sobie tę negatywność. Można rozpoznać struktury odmowy, figury uniku, ale niczego istotnego się nie chwyta, gdy chwyta się to, co wyrażają i ujawniają niemieckie słowa. Współmyśli się z tym projektem dopiero wtedy, gdy zważa się na to, co w tych słowach się kryje.

Lecz jeśli tak, to przekład w tradycyjnym sensie – nawet jeśli eksperymentuje z rozwiązaniami translatorskimi – jest tu niemożliwy. To znaczy, oczywiście możliwy w tym sensie, że ukazują się przecież książki wymieniające Martina Heideggera jako autora, na przykład Przyczynków do filozofii[/note] Martin Heidegger, Przyczynki do filozofii (z wydarzania), przeł. B. Baran i J. Mizera, Kraków 1996 (oryginał: Beiträge zur Philosophie (vom Ereignis), Gesamtausgabe Band 65, Frankfurt am Main 1989). [/note]. Tyle że ta akurat książka nie jest w stanie zbliżyć się do sensu swego niemieckiego odpowiednika. Jest tak dlatego, że w Beiträge zur Philosophie Heidegger myśli w „żywiole” języka niemieckiego, a to znaczy, że „logiką” tego myślenia jest język niemiecki. Bycie myśli się tam na tyle, na ile pozwala język niemiecki. Polski przekład Janusza Mizery próbuje nadążyć za kolejnymi postaciami Heideggerowskiej wypowiedzi – czasem nawet z mistrzostwem (np. decydując się na przełożenie całej grupy derywatów od eigen: Über-, Er-, Zu-, Ent-eignung, Eignung, Eigentlichkeit, Eigentum za pomocą słów pochodzących od „własny”), czasem niezbyt szczęśliwie (np. oddając Da-sein jako jawno-bycie, zupełnie zapoznając tym samym przesunięcie owego „miejsca” (Da) w skrywanie się Bycia). Prawie nigdy natomiast nie jest w stanie oddać „konieczności”, z jaką jedna wypowiedź wynika z drugiej. Instruktywnym przykładem jest przekład słowa Bergung. W przekładzie Mizery czytamy: „Chronienie należy do istoczenia prawdy. Ta zaś nie jest istoczeniem, jeśli nigdy nie istoczy w chronieniu”3. Jakie jest uzasadnienie tego, że do istoty prawdy należy chronienie? Całe Przyczynki… nie podają wyjaśnienia. Czytając tę książkę po polsku, nie można dociec „konieczności” tego stwierdzenia. Kryje się ona bowiem w niemieckich słowach i ich związkach etymologicznych, mianowicie w przejściu od greckiej ἀλήϑεια, przez jej niemiecki „przekład” jako Unverborgenheit, dalej przez doświadczenie Wahrheit jako gry Entbergen (odkrywania) i Verbergen (ukrywania), potem przez pomyślenie jej jako Sichverbergen (skrywania się), aż po „dostrzeżenie” w jej istoczeniu momentu Bergung (skrywania w znaczeniu chronienia, strzeżenia), który współbrzmi z ideami zapisanymi w słowach spokrewnionych z Wahrheit i czasownikiem wahren (zachowywać, pilnować, bronić), np. bewahren (Bewahrung), aufbewahren, verwahren (Verwahrung), a także: Wahrung, Wahrer. Takich przykładów jest znacznie więcej. Choćby związek źródła (Ursprung) ze skokiem (Sprung), który organizuje całą strukturę Beiträge zur Philosophie, będących próbą „przedostania się”, „przeskoczenia” z pierwszego w inny początek, mimo deklaracji, że żadnego przejścia nie ma. Choćby samo słowo Anfang (początek) – a nie jego synonim Beginn – ponieważ Anfang można pomyśleć tak, aby zbierało wszystkie znaczenia greckiej ἀρχή. Choćby nieuchwytna po polsku ewolucja od znanych z Bycia i czasu modusów egzystencji Dasein – eigentlich i uneigentlich – do „dziania się” owego eigen, o które chodzi Heideggerowi, gdy mówi „bycie jest zawsze moje”, w postaci Ereignis (pomimo tego, że Heidegger zdaje sobie sprawę, że etymologicznie Ereignis nie pochodzi od eigen, lecz od er-äugen4).

W książce Być, czyli mieć5 zaproponowałem inną strategię niż przekład. Nazwałem ją „transpozycją”. Transpozycję różni od przekładu to, na co zwraca ona uwagę i co zamierza przenieść w polszczyznę. Niekoniecznie są to słowa użyte przez Heideggera – choć praca odbywa się na „materiale” słów. Na pewno nie to, co wypowiedziane po niemiecku, a więc ujawnione. W transpozycji przełożone w język polski mają być sposoby skrywania się Bycia. W konsekwencji chodzi zatem nie o przekład tekstu Heideggera na język polski, nie o udostępnienie polskiemu czytelnikowi tego trudnego dzieła, lecz o zrobienie czegoś z polszczyzną: o – jeśli tak można powiedzieć – sheideggeryzowanie jej, to znaczy o to, by pozwolić przemówić jej własnym głosem, ale w sprawie tak ważnej dla Heideggera, to znaczy w sprawie Bycia. Tekst niemieckiego filozofa jest dla transpozycji – posługuję się tu oczywiście figurą, którą Heidegger zaczerpnął od Hölderlina – obczyzną, przez którą trzeba przejść, aby wrócić do ojczyzny z większym doświadczeniem i tu dopiero rozpocząć wędrówkę w głąb tego, co swojskie. To, co swoje, własne – to oczywiście język. Nie trzeba zdobywać warowni Heideggera (bo pomyślana jest ona jako nie do zdobycia) – lepiej budować swoją własną.

Ta metafora dzieła Heideggera jako warowni nie jest zupełnie dowolna. Ma swoje, że tak powiem, drugie dno. Drugi sens ujawnia się w mojej propozycji, aby Heideggerowską Wahrheit pomyśleć po polsku jako warowność. Nie dlatego bynajmniej, że odkryłem w tym polskim słowie jakieś zawiązki z którymś z europejskich ekwiwalentów słowa „prawda” (choć jest ono spokrewnione z niemiecką Wahrheit), lecz dlatego, że najlepiej oddaje ono to, co myśli Heidegger po niemiecku pod władzą tego słowa. Warownia zatem nie jest zamkiem, w którym siedzi Heidegger i jego Niemcy, nie wpuszczając do niej Polaków czy kogokolwiek innego. Warownia jest warownią Bycia, czyli Wahrheit des Seyns – już nie sensem bycia, który jest warunkiem możliwości ujawniania się bytu, lecz „miejscem” pośród jawiącego się bytu, w którym skrywa się (ale też chroni) odmawiające się Bycie.

Polskie słowo „prawda” nie nadaje się zbytnio do mówienia tego, co skrywa się w niemieckim słowie Wahrheit. W tej kwestii jesteśmy z Rymkiewiczem jednomyślni, formułujemy nawet te same argumenty, na podstawie tych samych słowników. (Nie przekreślałbym jednak słowa „prawda” tak łatwo, jak zrobił to Rymkiewicz, skazując ją już tylko na bycie przekładem niemieckiej Richtigkeit, bo być może wciąż myślimy przez pryzmat dziejów zachodniej filozofii, a więc przez pryzmat jej języków – greki, łaciny, niemieckiego i francuskiego – a za mało doświadczamy samej polszczyzny. Wydaje mi się, że wciąż stoimy na początku drogi do języka i być może „prawda” przemówi do nas jeszcze w sposób zaskakujący; czy słyszymy w niej na przykład czasownik „prawić”?). Obaj sądzimy, że konieczne jest znalezienie innego słowa. Ja odrzuciłem trop „iścizny”, ale przyznaję, że z powodów dość pobieżnych: słyszę w tym słowie pewność, łacińską certitudo6. Wydaje mi się, że to właśnie znaczy to słowo po staropolsku (ale zaiste brak mi tu pewności). Zgodnie z tym, co już powiedziałem, nie zamierzam stawiać zarzutów, że „Iścizna” to zły przekład, a lepiej byłoby używać słowa „warowność”. Moim zdaniem problem leży w nieco innym miejscu. Otóż problematyczne jest to, że „Iścizna” jest tu pomyślana jako przekład słowa Wahrheit. I że Wawrzyniec Rymkiewicz zdecydował się przeprowadzić ten eksperyment w formie przekładu właśnie. „Iścizna” nie prowadzi czytelnika w pobliże tego, co po niemiecku pomyślał Heidegger. Zwracałem na początku uwagę na fakt, że nie wiadomo dokładnie, co oznacza to słowo – dawno już wyszło ono z użycia (ostatnio natknąłem się na nie w Przedwiośniu Żeromskiego, gdzie oznacza „sedno sprawy”). Nie wiadomo więc, czy znaczy ono coś więcej niż tylko to, że Wahrheit w innym początku to coś całkowicie innego niż tradycyjnie pojęta prawda. Ponadto na pewno słowo to nie odtwarza tak ważnych dla Heideggerowskiej wykładni Wahrheit związków z Bewahren, Gewahrt, Verwahren, Unverborgenheit, Bergen itd. Owszem, Rymkiewicz używa słów pochodzących od iścizny także dla oddania tych etymologicznie pokrewnych słów, ale wprowadza w ten sposób odmienne znaczenia. Dla przykładu grupę słów der Wahrer (strażnik, ten, który przechowuje, troszczy się), der Bewahrer, der Verwahrer przekłada za pomocą jednego słowa „iściec”, to znaczy (ponoć): wierzyciel, dłużnik, powód w sądzie (ten, który oskarża lub jest oskarżany), świadek, rzeczywisty właściciel. Widać tu istotną różnicę: czymś innym jest strzeżenie, przechowywanie, chronienie i troszczenie się o (odmawiające się – co wiadomo skądinąd) Bycie, a czymś innym stosunek własności. Idea własności ma zupełnie inne miejsce w strukturze projektu Heideggera, być może nawet bardziej centralne, wiąże się mianowicie ze skomplikowaną figurą eigen, a więc własnością, która wprawia w „ruch” wszystkie modusy „przy-swajania”, „przy-właszczania”, „prze-właszczania”, „od-właszczania” i „darowania”.„Iściec” byłby być może dobrym słowem dla oddania tego aspektu Da-sein, w którym chodzi o tę właśnie grę różnych aspektów eigen, choć wymagałoby to dogłębnego przemyślenia. Da-sein w Beiträge zur Philosophie nie jest jednak nazwą dla bytu ludzkiego, lecz „aspektem” Bycia, „miejscem” – mówiąc bardzo obrazowo i w związku z tym niezbyt ściśle – w Byciu, w które może wskoczyć człowiek, podczas gdy Wahrer to nazwa dla człowieka (o ile stoi on w Da-sein). Innymi słowy, Wahrer stoi „wewnątrz” właszczenia i waruje je – akcent pada tu przemieniony sposób bycia, nie zaś na funkcję człowieka w „istnięciu Iścizny”. Widać zatem, że idea własności strukturalnie mieści się w innym segmencie. Trudno wobec tego zrozumieć, dlaczego przekład słów Wahrer, Bewahrer, Verwahrer miałby pomijać idee związane z przechowywaniem, a wprowadzać idee gdzie indziej i w inny sposób opracowane.

Nie oznacza to jednakże, że sama ta myśl, wyrażona po polsku, o istności Iścizny i o jej iśćcu, nie jest godna przemyślenia i to właśnie w kontekście pytania o Bycie stawianego na gruncie polszczyzny. Bo polszczyzna prawdopodobnie wiedzie nas w odmienne rejony niż niemczyzna wiodła Heideggera. Być może w polszczyźnie nie da się utrzymać tych związków, które na terenie ontologii rozpoznał niemiecki myśliciel. Być może tekst Heideggera jest dla nas jedynie szkołą, w której nabieramy doświadczenia, a doświadczenie to pozwoli nam w przyszłości lepiej słuchać naszego języka. Lecz jeśli eksperyment Wawrzyńca Rymkiewicza wiedzie nas w inne rejony niż język niemiecki Heideggera, to dlaczego nazywamy ten szlak przekładem?

W tym sensie twierdzę, że przekład Rymkiewicza jest nieudany: chybia swego celu jako przekład właśnie. Zarazem jednak traktuję tę próbę jako niezwykle ważną. Język nie jest zastygłą skorupą, na powierzchni której można już tylko wykreślać schematy logicznych wnioskowań – jest żywym organizmem, w którym skrywa się wciąż tajemnica, i który w pewnym sensie potrzebuje uwagi ze strony filo-logów, to znaczy miłośników języka: poetów i myślicieli. Nie chodzi bowiem o to, żeby tak nagiąć język, by coś nowego w nim powiedzieć, by skuteczniej przekonać do swoich interesów jeszcze nieprzekonanych, by wygrać jeszcze jedną słowną utarczkę. W ogóle nie chodzi o coś do powiedzenia. Wyzwaniem (a może lepiej: wezwaniem) jest mowa samego języka, czyli to zdumiewające milczenie, którym obejmuje nas nasz język zawsze, ilekroć nim mówimy, ten czasem zapierający dech w piersiach, a jednak przeważnie niedostrzegalny światło-cień języka, w który wkraczamy z każdym swoim bardziej lub mniej wyszukanym zdaniem, to echo przeczuwane, a jednak niedosłyszane, rozchodzące się wewnątrz starego gmachu, jakim jest tradycja polszczyzny. Słówka są drugorzędne, o ile nasłuchuje się tego, co przez nie mówi.

  1. Martin Heidegger, Podstawowe zagadnienia filozofii. Wybrane „problemy” „logiki”, przeł. W. Rymkiewicz. Fundacja Augusta hr. Cieszkowkiego, Warszawa 2017.
  2. Hasło „Geschichte“, w: Wolfgang Pfeifer et al., Etymologisches Wörterbuch des Deutschen (1993), digitalisierte und von Wolfgang Pfeifer überarbeitete Version im Digitalen Wörterbuch der deutschen Sprache, https://www.dwds.de/wb/Geschichte, data dostępu 7 luty 2019 oraz hasło „Geschehen“ tamże, https://www.dwds.de/wb/geschehen, data dostępu 7 luty 2019.
  3. Przyczynki do filozofii, dz. cyt., s. 361.
  4. Zob. „Wy-darzać (er-eignen), znaczy pierwotnie u-naoczniać (er-äugen), tzn. spoglądać, przywoływać w spojrzeniu, na-darzać (an-eignen)”, M. Heidegger, Zasada identyczności, w: Identyczność i różnica, przeł. Janusz Mizera, Warszawa 2010, s. 10–75, s. 57.
  5. Łukasz Kołoczek, Być, czyli mieć. Próba transpozycji projektu „Przyczynków do filozofii” Martina Heideggera, Kraków 2016.
  6. Tamże, s. 273.

Komentarze

Zostaw komentarz

Podobne wpisy