Dwa modusy techniki, cz.I

Filozoficzny namysł nad techniką ma swoje źródła w myśli niemieckiej – już u Hegla i Marksa można odnaleźć odpowiednie passusy. To zagadnienie nabiera jednak prawdziwego znaczenia dopiero w XX wieku, w okresie międzywojennym. Uwagę poświęcają mu m.in. Spengler, Heidegger oraz bracia Jüngerowie. Wszyscy oni oceniają technikę w jednoznacznie negatywny sposób (nawet jeśli niektórzy z nich ulegli początkowej fascynacji), jako metafizycznego potwora, który pochłania wszystkie inne sfery egzystencji. Niemal w tym samym czasie namysł nad tym problemem podejmuje amerykański historyk, socjolog i krytyk literatury – Lewis Mumford. W 1934 roku wydaje on książkę Technika a cywilizacja, prezentującej namysł nad dziejami wzajemnego wpływu tytułowych fenomenów. Chociaż oparta na solidnym materiale historycznym, książka nie ogranicza się wyłącznie do opisu kolejnych wynalazków i rozwiązań technicznych. Przede wszystkim jest ona refleksją nad kształtowaniem się cywilizacji. Po wielu latach Mumford powraca do tego zagadnienia i publikuje monumentalne dzieło opatrzone tytułem Mit maszyny (pierwszy tom pochodzi z roku 1967, drugi – z 1970). To właśnie zawartej w tym tekście wizji techniki chciałbym się przyjrzeć. Jest ona, w moim przekonaniu, mniej jednostronna, niż wizja niemieckich filozofów. Posługując się pewnymi uproszczeniami można by powiedzieć, że Mumford dostrzega nie tylko totalitarne, ale również demokratyczne oblicze techniki.

– WARUNKI MOŻLIWOŚCI TECHNIKI –


Dla amerykańskiego myśliciela historia techniki rozpoczyna się na długo przed wynalezieniem pierwszego narzędzia, czy byłby nim pięściaki, czy choćby wióry makrolityczne. Cofnięcie się do czasów określanych mianem prehistorycznych to dla niego wciąż za mało. Robi on jeszcze jeden krok wstecz: opisuje – sięgając po dostępne mu dane i hipotezy – wyłanianie się człowieka ze świata zwierzęcego. Poszukuje tam nie tyle jakichś wytworów technicznych, co samych biologicznych warunków genezy tychże. W tym celu omawia rozwój centralnego układu nerwowego oraz przedniej kończyny. O ewolucji tej ostatniej pisze następująco:

Przypuszczalnie pierwszym wielkim przełomem było przekształcenie przednich kończyn czworonoga z wyspecjalizowanych organów do poruszania się w swego rodzaju uniwersalne narzędzie do wspinania, chwytania, uderzania, rozrywania, tłuczenia, grzebania, trzymania. Ręce wczesnego człowieka i narzędzia z kamienia odegrały istotną rolę w jego rozwoju przede wszystkim dlatego, że […] ułatwiały przygotowawcze funkcje zbierania, noszenia i macerowania pożywienia, a tym samym uwalniały usta dla mowy. (Lewis Mumford, Mit maszyny. Tom 1, tłum. Michał Szczubiałka, PWN, Warszawa 2012, s. 18)

To właśnie mowa jest dla Mumforda czymś o niezwykłym znaczeniu. Chociaż – w przeciwieństwie do pięściaków, figurek tzw. Wenus bądź Bogini Matki, czy naskalnych malowideł – nie istnieją żadne materialne zabytki mogące świadczyć o powstaniu i rozwoju języka, to jednak poświęca on tym kwestiom bardzo dużo miejsca. Wyłonienie się mowy wiąże on z nagromadzeniem się energii psychicznej (zapewnionej przez rozwój centralnego układu nerwowego) i grupowymi rytuałami. Brak materialnych pozostałości po kolejnych etapach rozwoju tychże fenomenów zmusza Mumforda do bardzo odważnych spekulacji, jednak nieustannie stara się on sięgać po dane empiryczne, takie jak ustalenia etnologów czy choćby przypadek narodzin głuchoniemej i niewidomej Helleny Keller, która nauczyła się porozumiewać dzięki skojarzeniu doznania wody „z symbolicznym poklepywaniem w dłoń, którym owo doznanie starał się jej uzmysłowić nauczyciel” (tamże, s. 127).

Mumford nie redukuje języka wyłącznie do narzędzia przekazywania informacji. Za równie ważne, a przy tym może nawet bardziej pierwotne, uznaje on inne jego zadania, polegające na „dyscyplinowaniu nieświadomości, ustanawianiu spójnego i stabilnego porządku społecznego, doskonaleniu więzi społecznej” (tamże, s. 130). Zdaniem autora Mitu maszyny, dla rozwoju kultury liczy się nie tylko pragmatyczna, ale również ekspresyjna i emotywna funkcja języka.

Jeszcze raz pragnę podkreślić, że choć Mumford spisuje historię techniki, to liczy się dla niego nie tylko to, co pozostawia po sobie materialne ślady i nie tylko to, co techniczne w potocznym tego słowa znaczeniu. Równie duże znaczenie mają: powstanie rytuałów, wyłonienie się języka, udomowienie roślin i zwierząt, a nawet emocje i motywacje. Jak zauważa we wstępie do Mitu maszyny: „»Praca« kulturowa była siłą rzeczy ważniejsza niż praca rąk” – i dalej – „Technika narzędzi to w rzeczywistości jedynie część biotechniki, czyli całkowitego wyposażenia człowieka do życia” (tamże, s. 19).

– CO TO JEST TECHNIKA? –

Równie szeroko, jak warunki jej wyłonienia, rozumiana jest tu sama technika. Autor Mitu maszyny zalicza do niej nie tylko narzędzia i tradycyjnie rozumiane maszyny, ale również wszelkiego rodzaju pojemniki (od jam, pułapek i sieci, przez kosze, obory i domy, po zalewy retencyjne, kanały, a nawet miasta 1), twory, które określa mianem maszyn społecznych, a nawet do pewnego stopnia samo ciało człowieka.

Jeżeli człowiek rzeczywiście był wytwórcą narzędzi, to już na samym początku miał jedno pierwotne uniwersalne narzędzie bardziej istotne niż jakiekolwiek późniejsze urządzenie, a mianowicie własne poruszane umysłem ciało, każdą jego część, w tym i te członki, które wytwarzały pałki, ciosaki, czy drewniane dzidy. (tamże, s. 18)

Mumford nie zamierza jednak redukować człowieka do homo faber, o wiele chętniej widzi w nim homo ludens, istotę bawiącą się, biorącą udział w rytuałach, grach i wyczynach sportowych, istotę przede wszystkim społeczną. Choćby przywoływana już ręka: nie jest ona jedynie narzędziem roboczym, ale również tym elementem ciała, który odpowiada za tworzenie więzi społecznych (to ona trzyma dziecko przy piersi lub głaszcze kochanka) oraz wyraża dotyczące świata sensy i odczucia (poprzez znaczące gesty lub w trakcie rytuałów). Biorąc zaś pod uwagę tezę Mumforda, że same narzędzia „wywodzą się w pewnej mierze ze ściśle powtarzalnych schematów ruchowych rytuału, pieśni i tańca” (s. 20), również te ostatnie, a wraz z nimi sztukę w ogóle możemy zaliczyć do techniki.

Autor Mitu maszyny uzasadnia tak szerokie użycie terminu „technika” poprzez odwołanie się do źródłosłowu. Greckie słowo techne obejmowało bowiem zarówno wytwórczość przemysłową, jak i sztukę „piękną” czy symboliczną. Jak zauważa, „aż do naszych czasów technika nigdy nie oddzieliła się […] od owej szerszej całości kulturowej, w której zawsze funkcjonuje człowiek jako człowiek” (tamże, s. 22) – dlatego też wiąże on technikę z życiem człowieka w całej jego rozciągłości, a nie wyłącznie z pracą i władzą. W związku z tym wydaje się, że najogólniejszą i najbardziej podstawową kategorią jest tu biotechnika (jak zobaczymy w drugiej części tekstu, jest ona zarazem punktem wyjścia, jak i dojścia).

Mumford pokazuje, że owa technika funkcjonuje na różne sposoby. Ponieważ zwykle przedstawia je za pomocą opozycyjnych par: technika autorytarna i technika demokratyczna, monotechnika i politechnika oraz megatechnika i biotechnika – przyjmę, że występują tylko dwa modusy jej istnienia, z których każdemu przysługuje osobna linia rozwoju (choć bywa, że czasem się one przecinają).

– PIERWOTNA DEMOKRACJA I ARCHAICZNY AUTORYTARYZM –


Podążając za wywodem samego Mumforda wyjdę od podziału na technikę demokratyczną i technikę autorytarną. Pierwsza z nich jest techniką rozproszoną, opartą na lokalnej działalności rzemieślniczej, sprzęgniętą z rolnictwem i pasterstwem. Z jednej strony wymaga ona jak najdoskonalszego rozeznania w surowcach dostępnych we własnym otoczeniu i umiejętności samodzielnego ich pozyskiwania, z drugiej zaś wymiany towarowej w celu pozyskiwania surowców specjalnych, niedostępnych w okolicy. Zmiany wprowadzane są w niej „ostrożnie, bez zrywania ciągłości tradycji przodków” (tamże, s. 342). Rozwinęła się ona w wioskach, skąd następnie – wraz z migracją ludności – przeniosła się do miast, a w końcu metropolii (gdzie funkcjonowała w obrębie różnego rodzaju zakładów rzemieślniczych). Technika taka najlepiej sprawdza się „w małych społecznościach i grupach, których członkowie spotykają się twarzą w twarz” (tamże, s. 343). Wiąże się to z Mumfordowskim rozumieniem demokracji, które opiera się na idei głoszącej, że

cechy, potrzeby oraz interesy wspólne wszystkim ludziom są bardziej uprawnione niż te właściwe jakiejkolwiek szczególnej organizacji, instytucji lub grupie. […] Demokracja polega na faworyzowaniu całości, nie zaś części, a w ostatecznym rachunku ucieleśnieniem i wyrazem tej całości mogą być tylko – czy to działający w pojedynkę, czy we współpracy z innymi – żywi ludzie. (tamże)

Owa „naturalna” dla demokracji bezpośredniość sprawia, że trudno ją zastosować w przypadku wielkich i anonimowych form społecznych. Podobnie rzecz ma się z odpowiadającą jej formą techniki – w masowych i zdepersonalizowanych formach organizacji ludzkich automatycznie rodzi się jej inny typ. Automatycznie, to znaczy w konsekwencji zrzeczenia się wyboru, niepodjęcia trudu wzniesienia poprzedniej formy organizacji na nowy poziom2.

Ów inny typ to technika autorytarna. Na zasadzie prostych opozycji możemy domyślić się jej cech: jest ona scentralizowana; zdolna organizować wielkie masy i zarządzać nimi, o tyle związana raczej z metropolią, a przede wszystkim – z państwem (monarchią); niezależna od lokalnego zaplecza materialnego – potrzebne surowce zdobywa za sprawą handlu lub wojny; nastawiona na maksymalny podział pracy, maksymalną specjalizację. Wbrew moralizującemu tonowi Mumforda, sytuacja jest tu o wiele bardziej złożona. Od owego wyliczenia ważniejszy jest sposób funkcjonowania oraz generowane efekty.

Przede wszystkim owa autorytarna technika nie wiąże się, w pierwszej kolejności, z tradycyjnie rozumianymi urządzeniami technicznymi, narzędziami czy mechanizmami, lecz z organizacją masy ludzkiej, z tym, co Mumford nazywa maszyną społeczną. Paradoksalnie – ale tylko na pozór – archetypowa maszyna nie jest żadnym urządzeniem technicznym (w potocznym rozumieniu). Jest ona urządzeniem ludzkim, którego najwyrazistszym przykładem jest maszyna do wznoszenia piramid. Aby zapewnić czytelnika, że nie dochodzi tu do żadnego nadużycia słowa „maszyna”, Mumford przywołuje jej klasyczną definicję, sformułowaną przez Franza Reuleauxa. Maszyna to „działające pod nadzorem człowieka, przetwarzające energię i wykonujące pracę połączenie trwałych, wyspecjalizowanych funkcjonalnie części” (tamże, s. 280). Warunki te spełniają w równym stopniu urządzenia mechaniczne, co zbudowana z kości, nerwów i mięśni przysposobionych do wykonania sprecyzowanych czynności, kierowana przez uzbrojonego w bat nadzorcę społeczna maszyna robocza. Obok niej istnieją jednak również inne maszyny wykorzystujące komponenty ludzkie: społeczna maszyna wojenna oraz społeczna maszyna biurokratyczna. Różnią się one zadaniem, do jakiego są wykorzystywane. Mumford wprowadza jeszcze dwa istotne określenia. Pierwszym z nich jest „megamaszyna” – oznacza ona maszynę społeczną we wszystkich sferach jej funkcjonowania: politycznej, gospodarczej, wojskowej, administracyjnej i monarchicznej. Drugie z kolei to „maszyna niewidzialna” – za pomocą tej formuły amerykański historyk pragnie zdać sprawę z przestrzennego oddzielenia elementów maszyny społecznej, oddzielenia, które sprawia, że pomimo jej funkcjonowania jako całkowicie zintegrowanej całości, nie rzuca się ona w oczy i pozostawała niewidoczna dla archeologów i historyków, jak również dla jej współczesnych.

Warto przy okazji zwrócić uwagę na dwie konsekwencje wypływające z przywołanej definicji maszyny. Po pierwsze, jest to definicja nominalna, w efekcie czego nie zostaje z góry określony obszar jej zastosowania. To dzięki takiemu ujęciu maszyna może być równie dobrze techniczna, co społeczna3. W konsekwencji, po drugie, zachodzi tu sytuacja dokładnie odwrotna: „Urządzenie techniczne nie jest więc z istoty maszyną.” (Falkowski, O Maszynach. Tom 1, s. 23) Wydaje się, że tym samym technika zostaje pozbawiona metafizycznego rysu: to, czym jest, każdorazowo zależy od konkretnych układów, w jakie wejdzie. Dzięki takiemu ujęciu Mumford unika jednoznacznej oceny fenomenu techniki: nie popada ani w bezmyślny optymizm, jaki towarzyszy wielu współczesnym transhumanistom, ani w patetyczny pesymizm tego rodzaju, co u Heideggera czy Jüngera.

– DLACZEGO TO DZIAŁA? –

Komponenty czysto materialne – w postaci masy ludzkiej i nadzorcy – to jeszcze za mało. By można było mówić o maszynie potrzeba jeszcze tego, co zapewnia jej spójność i wprawia ją w ruch. „Działanie nie jest pierwotnie kwestią dopasowania, stopnia elastyczności, kwestią >>smarów<<, lecz napędu i uruchomienia.” (tamże, s. 38) Ta część rozważań Mumforda jest niezwykle istotna, a zarazem znacząco zbieżna z ustaleniami niektórych europejskich myślicieli. Autor Mitu maszyny wskazuje na dwa, podstawowe elementy „napędowe” megamaszyny: wiedzę oraz sieć rozkazów.

Rozwijaną przez kapłanów wiedzę należy rozumieć tu dość szeroko (chciałoby się powiedzieć: po foucaultowsku). W przypadku współczesnej megamaszyny kompleks wiedzy tworzą przede wszystkim nauki przyrodnicze i niektóre spośród nauk społecznych (Mumford nie waha się nazwać naukowców współczesną kastą kapłańską), jednakże w starożytności była to mieszanina matematyki i astronomii oraz astrologii, wróżbiarstwa, teologii i mitologii. Zadanie owej wiedzy jest wielorakie, przede wszystkim ma ona jednak organizować, przewidywać oraz dostarczać uzasadnienia władzy królewskiej. Przy tym jej bezpośrednie zastosowania – jak prognozowanie wylewów Nilu – nie są najważniejsze (nie z punktu widzenia teorii maszyn). O wiele większe znaczenie ma wyprowadzenie przez nią – w wyniku obserwacji ruchów gwiazd i planet – przekonania o tym, że doskonałość wiąże się z ładem i regularnością. Była to nie tyle wiedza konkretna, co raczej ogólne wyobrażenie deterministycznego porządku świata. Pociągało ono za sobą wiarę w konieczność istnienia hierarchii społecznej, z jej najwyższym punktem – boskim królem. Mumford wiąże powstanie pierwszej megamaszyny z przejściem od kultu bóstw ziemi do kultu solarnego, który wprowadzał porządek wertykalny. O ile dotąd poszczególni ludzie i poszczególne zbiorowości odnajdywały rację działania w samych sobie, o tyle teraz owa racja zostaje umieszczona poza nimi: w porządku astronomicznym i osobie króla. Maszynowy porządek zakotwiczony jest w tym, co „u góry”. „Jest to zasada ingerencji z zewnątrz, inwestycji koniecznej dla uruchomienia zespołu o danym poziomie niespójności.” (tamże, s. 44) Istotne jest to, że król nie pełnił wyłącznie godności urzędniczej, ale również funkcję najwyższego kapłana. Był ziemskim pośrednikiem sfer niebiańskich, a to oznacza, że splatał on porządek administracyjny z porządkiem religijnym. Zarazem jednak król – by działać stanowczo i skutecznie – potrzebował wsparcia instytucji „wyższej wiedzy”, rozwijanej przez kapłanów. Mumford stwierdza, że dziś – gdy Pentagon sięga po opinię uczonych specjalistów – mamy do czynienia z dokładnie tą samą sytuacją.

Warto dodać, że owa zewnętrzna pozycja czynnika integrującego (porządku astronomicznego, którego król i kasta kapłańska są jedynie przejawami) bezpośrednio wiąże się z faktem niewidzialności maszyny społecznej. Ponieważ maszyna działa, ponieważ tarcia na ogół nie stanowią przeszkód nie do pokonania i ponieważ czynnik zapewniający spójność należy do innego porządku, wydaje się, że nie ma tu żadnej maszyny. Powstaje złudzenie autonomii: niespójne pragnienia ludzkie uznaje się za spójne (ponieważ wspólnie funkcjonują). Czynnik transcendentny pozostaje ukryty.

Polecenia króla nie mogły być jednak – ze względu na dużą masę ludzką – wydawane bezpośrednio każdemu. Konieczne zatem okazało się uzupełnienie jego zwierzchniej, niejako napędowej mocy, przed drugi czynnik: sieć rozkazów (można o niej myśleć jako o pasie napędowym, przekazującym moc płynącą od władcy i kasty kapłańskiej). Miała ona postać armii

skrybów, posłańców, nadzorców, drużynników, ważnych i mniej ważnych robotników żywotnie uzależnionych od wiernego wykonywania rozkazów króla – a ściślej mówiąc, rozkazów jego potężnych wezyrów i wodzów. Innymi słowy, [była to – C. R.] dobrze zorganizowana administracja – sieć ludzi potrafiących z obrzędową sumiennością kapłana i bezrefleksyjną karnością żołnierza przekazywać i wykonywać rozkazy (Mit maszyny. Tom 1, s. 292).

Przy okazji Mumford pokpiwa sobie z przekonania, że biurokracja jest wytworem dopiero nowszych czasów. Dzięki ustanowieniu (prawdopodobnie przez Dżasera) hierarchicznej biurokracji, megamaszyna mogła zarządzać i nadzorować nieograniczoną liczbę rąk oraz wytwarzać nieograniczoną władzę lub moc.

Aby jednak owa biurokracja mogła działać sprawnie, konieczne było zaszczepienie ludziom mechanicznego posłuszeństwa, pełnego i automatycznego dostosowania, którego nie znali żyjąc w społecznościach bardziej pierwotnych. Wpajanie tych cech odbywało się

za pomocą rozmaitych środków symbolicznych i praktycznych – przede wszystkim poprzez stworzenie nieprzezwyciężonego dystansu psychicznego między królem i każdym, kto się do niego zbliżył. Król nie tylko był święty i nietykalny, lecz każdy w jego obecności musiał paść na ziemię, jak gdyby już nie żył (tamże, s. 270).

Mumford zauważa przy tym, że wraz z wyłonieniem się władzy królewskiej powstają nowe rodzaje zbrodni. Społeczności prymitywne znały w zasadzie tylko dwa jej rodzaje: złamanie tabu kazirodztwa oraz morderstwo. Jednakże wraz z pojawieniem się monarchii wydłuża się lista czynów zakazanych. „Grzechem najcięższym było nieposłuszeństwo rozkazom przełożonego – i nawet »odszczekiwanie« stało się ciężką obrazą.” (tamże, s. 273)

– WOJNA I DRYL –


Chociaż archetypową maszyną jest właśnie megamaszyna, to jednak Mumford omawiając jej pochodzenie wskazuje na pewną bardziej pierwotną mechanizację. Po pierwsze chodzi o uprzednią wobec wytwarzania narzędzi i broni mechanizację samych ludzi „na gruncie pradawnego reżimu obrzędu rytualnego” (tamże, s. 278). W Micie maszyny, omawiając kwestię przejścia od natury do kultury, autor wskazuje na znaczenie zbiorowego, powtarzalnego i nie tolerującego odstępstw od wzoru rytuału. Chociaż podkreśla jego wagę, wręcz niezbędność dla rozwinięcia wyższych funkcji umysłowych, to zarazem zwraca uwagę na konieczność porzucenia go na pewnym etapie, na którym to przekształca się w pozbawione potencjału mechaniczne powtórzenie. To właśnie ten aspekt jest wykorzystywany przez maszynę społeczną: mechaniczną powtarzalność czynności wyspecjalizowanego robotnika zaszczepia ona na pierwotnej potrzebie sensownego rytuału. Drugim korzeniem megamaszyny i prototypem maszyny w ogóle jest paleolityczna grupa łowiecka do polowania na wielkiego zwierza. Mumford zwraca uwagę, że to właśnie w niej wykształciła się funkcja przywódcy – w postaci najbardziej doświadczonego i najodważniejszego myśliwego – oraz konieczność słuchania jego poleceń. Tylko te dwa aspekty pozwalały na skuteczne przeprowadzanie polowań na takie zwierzęta jak mamuty czy bizony.

To prowadzi nas do kolejnej ważnej kwestii, a mianowicie grup militarnych i grup zadaniowych w ogóle. Podstawowa trudność megamaszyny

polegała na przekształceniu przygodnej zbiorowości ludzi – oderwanych od rodziny, wspólnoty i swojskich zajęć, a przynoszących z sobą wolę lub przynajmniej indywidualną pamięć – w zmechanizowany zespół działający zgodnie z rozkazem (tamże, s. 281).

Takie zmechanizowanie wymagało przywódcy posiadającego sprecyzowany cel, wiernego przekazywania rozkazów oraz absolutnego posłuszeństwa. Zdaniem Mumforda prototypu dostarczyły tu organizacje paramilitarne – myśliwi właśnie. Więcej nawet, jego zdaniem: „Podstawowy model megamaszyny przepływał od kultury do kultury za pośrednictwem wojska.” (tamże, s. 281) To w nim odnajdziemy wszystkie najważniejsze cechy maszyny.

Autor Mitu maszyny zauważa jednak, że w początkowej fazie bardzo ciężko odróżnić społeczną maszynę wojskową od społecznej maszyny roboczej. Podstawową realizacją tej drugiej była grupa zajmująca się górnictwem podziemnym, wymagająca podobnych składowych co grupa militarna: doświadczonego przywódcy, organizacji i posłuszeństwa, odwagi, długotrwałego wysiłku fizycznego oraz opuszczenia rodzinnego kręgu. Mumford nie waha się porównać górnictwa do wojny. „Przymus fizyczny, choroby, obrażenia cielesne upodabniały górnictwo pod każdym względem do pola walki – zarówno krajobraz jak i sam górnik wychodzili z tego starcia poranieni, nawet gdy człowiek pozostał przy życiu.” (tamże, s. 348). Owo podobieństwo do grup militarnych nie ogranicza się wyłącznie do górników, lecz obejmuje wszystkich – funkcjonujących w obrębie megamaszyny – robotników. Już w starożytnym Egipcie front pracy z łatwością przekształcał się we front wojenny4.

– DWA OBLICZA TECHNIKI –

W ramach podsumowania tej części chciałbym zestawić osiągnięcia techniki demokratycznej i autorytarnej. „Technika demokratyczna niosła poczucie bezpieczeństwa związane z uczestnictwem w zrozumiałym przedsięwzięciu, pracą pod bezpośrednim kierownictwem współpracowników, według zwyczajowego porządku w swojskim środowisku […].” (tamże, s. 344). Ponadto owa praca stanowiła tu rytmiczną, swobodną, dającą zadowolenie i naturalną część życia, „była czynnością świętą, aktem współdziałania z siłami przyrody” (tamże, s. 345). Zdaniem Mumforda technika demokratyczna była nakierowana na realizowanie celów ludzkich, a samemu człowiekowi wyznaczała tylko jedno zadanie – „dążenie do pełni człowieczeństwa” (tamże, s. 346) wiążące się z odegraniem roli w życiu wspólnoty, przyswajaniem i przekazywaniem tradycji oraz wynoszeniem każdej wykonywanej czynności na najwyższy poziom estetyczny. Miała ona jednak również swoje wady: „była uzależniona od warunków lokalnych, skazana na własne siły i narażona na wielkie straty wskutek katastrof naturalnych, niewiedzy lub złego zarządzania” (tamże, s. 344). Ponadto – z braku odpowiednich nośników – większość swoich energii musiała ona poświęcać na zachowanie tradycji, zachowanie wiedzy o osiągnięciach przodków i o tyle postęp technologiczny dokonywał się w niej wolniej.

Również technika autorytarna miała takie dwa oblicza, „dwa aspekty – negatywny, związany z przymusem i czysto niszczycielski, oraz pozytywny, umacniający życie i zdolności twórcze. Siły drugiego rodzaju nie mogły sprawnie działać bez czynników negatywnych.” (tamże, s. 280) Mumford wylicza główne, negatywne osiągnięcia maszyny społecznej: „centralizacja władzy politycznej, rozdzielenie klas społecznych, określający całe życie jednostki podział pracy, mechanizacja produkcji, potęgowanie siły zbrojnej, wyzysk gospodarczy słabych oraz powszechny reżim niewolnictwa i pracy przymusowej” (tamże, s. 274). Chcąc nadać tej liście nieco bardziej abstrakcyjną formę należy powiedzieć, że technika autorytarna spełnia jedynie swoje własne cele. Nie służy ona człowiekowi, a wręcz eliminuje czysto ludzkie potrzeby, w ich miejscu wytwarzając własne. Tymi megamaszynowymi potrzebami są, po pierwsze, nieśmiertelność i władza absolutna (oczywiście dla nielicznych lub wyłącznie jednego), po drugie szybkość. Uzupełnione o trzeci czynnik, obfitość dóbr lub – bardziej abstrakcyjnie rzecz ujmując – ilość, tworzą one pierwotny mit maszyny5. Warto zauważyć, że technikę autorytarną cechuje również udawana wydajność. Jej archetypowym wytworem była piramida: gigantyczne, precyzyjnie wykonane pomieszczenie dla trupa. By należycie zrozumieć jałowość tego przedsięwzięcia należy uwzględnić fakt, że wymagało ono obejmującego długie lata zapewniania utrzymania armii robotników, obejmującej dziesiątki tysięcy ludzi. Na takie koszty mogło sobie pozwolić tylko bogate społeczeństwo – bogate, a jednak, na pozór tylko paradoksalnie, cechujące się ogromnym i przerażającym ubóstwem większości jego członków. Zdaniem Mumforda, dzisiejszym odpowiednikiem piramid są rakiety i stacje kosmiczne.

A jednak technika autorytarna ma również swoje pozytywne oblicze, do którego należą „wynalezienie i przechowywanie pisanych archiwów, rozwój sztuk plastycznych i muzycznych, a nade wszystko stałe dążenie do poszerzania kręgu porozumienia i wymiany gospodarczej daleko poza terytorium jakiejkolwiek wspólnoty lokalnej” (tamże, s. 275). Co równie ważne, kwestionowała ona przygodny konformizm plemiennych obyczajów oraz wyprowadzała jednostkę poza dążenie wyłącznie do przetrwania biologicznego lub społecznego, ku bardziej uniwersalnemu i racjonalnemu (przynajmniej potencjalnie) wymiarowi kosmicznemu. Mumford zwraca również uwagę na jeszcze jedno, niezwykle istotne osiągnięcie: budowę miast. Miasto jest dla niego nie tylko społecznym pomnikiem piękna i porządku, lecz również miejscem, które wytwarza bardziej intensywne i świadome życie. Miejscem, które poprzez stały napływ dóbr oraz wymianę myśli podkopuje konformizm, cząstkowość i izolacjonizm małych wspólnot. Wreszcie miejscem, które znacząco poszerzało wolność jednostki oraz zrodziło uzasadnioną wiarę w możliwości człowieka. Mumford stwierdza wręcz, że herosi kultury oraz królowie, którzy urzeczywistnili te idee „wyrywali swych współczesnych ze stanu ospałego, biernego godzenia się z ciasnymi, »przyrodzonymi« ograniczeniami – wzywali do »planowania niemożliwego«” (tamże, s. 307). Wysiłek i koszta związane z przedsięwzięciem wzniesienia miasta były nie do pomyślenia na gruncie wspólnoty lokalnej, mogła je zrealizować tylko megamaszyna.

Druga część tekstu dostępna tutaj.

  1. Warto dodać, że miasto jest drugim – obok techniki – wielkim obszarem zainteresowania Mumforda. Mimo na pozór „rustykalnego” tonu jego rozważań, to nie we wsi i małych wspólnotach dostrzega miejsce pełnego rozwoju potencjału jednostki, lecz właśnie w mieście. Poświęcił on temu zagadnieniu kilka dzieł, w tym – równie monumentalne, co Mit maszynyThe City in History.
  2. Więcej uwagi pojęciu automatyzmu poświęcę w drugiej części tekstu.
  3. Porównaj: M. Falkowski, O maszynach. Tom 1: Wiek XVII a filozofia techniki, Warszawa 2014, s. 108.
  4. Z tej pozycji można zakpić z Ernsta Jüngera: pisząc o wyłanianiu się nowego Gestalt w postaci typu robotnika uległ swojemu mieszczańskiemu wychowaniu, tzn. nie znał historii sięgającej dalej, niż do starożytnej Grecji.
  5. Nieco więcej na temat tytułowego mitu maszyny napisałem w innym miejscu: C. Rudnicki, Tajna historia nauki, w: Kronos 30 (3/2014); dostępne również on-line: https://www.academia.edu/10843913/Tajna_historia_nauki_L._Mumford_Mit_maszyny_.

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty