Dwa modusy istnienia techniki, cz.II

Opisana przeze mnie w poprzedniej części autorytarna technika wojskowa i przemysłowa osiągnęła – zdaniem wielu historyków – szczyt rozwoju pod względem zdolności czysto mechanicznych już około 1200 r. p.n.e. Mumford zgadza się z tą opinią i prowokacyjnie stwierdza:

Macedońska falanga nie była bardziej „zmechanizowana” niż wcześniejsza o dwa tysiące lat falanga sumeryjska; falanga rzymska nie była oszczędniejsza energetycznie niż falanga macedońska, a późniejszy o następne dwa tysiące lat słynny brytyjski „szyk kwadratowy”, nawet uzbrojony w muszkiety, jako maszyna wojenna stał na tym samym poziomie co jego poprzedniczki. (Mit maszyny. Tom 1, s. 341)

Istotne dla postępu owej „mechanizacji” nie są bowiem elementy (np. uzbrojenie) z jakich składa się poszczególne urządzenie (tu: urządzenie wojskowe). Znaczenie ma struktura owego urządzenia, system w jaki powiązane są jego składowe – to „dopiero” na tym poziomie zapewniane są różnice w poziomie mocy, szybkości czy jakości.

– NIESKOŃCZENIE PLENIĄCA SIĘ TECHNIKA –


Autor Mitu maszyny nie zgadza się jednak z przekonaniem, że spowalniający od 1200 r. p.n.e rozwój techniczny utkwił w martwym punkcie pomiędzy 100 r. p.n.e. a 1500 r. n.e. Owa opinia wynika – jego zdaniem – z założenia, błędnego założenia, że do osiągnięć technicznych należą tylko maszyny i narzędzia, zwłaszcza w obrębie użyteczności wielkoprzemysłowej. Mumford zwraca natomiast uwagę na takie – zaliczane przez niego właśnie do osiągnięć technicznych – kwestie jak: uszlachetnianie warzyw i owoców, doskonalenie metod przetwarzania żywności, wynalazczość w obrębie sprzętów i wyposażenia gospodarstwa domowego (takich jak tkaniny, sztućce, krzesła, łóżka), które podnoszą komfort codziennego życia oraz innowacje w obrębie takich sfer jak opieka nad dziećmi, dbałość o higienę osobistą, wydajność w rolnictwie i narzędzi specjalistycznych (np. chirurgicznych). Podkreśla on również znaczenie pojemników oraz miasta jako skomplikowanego i wieloaspektowego wynalazku społecznego. Powodem niedostrzegania przez większość historyków tych osiągnięć technicznych jest przywiązanie owych badaczy do kategorii maszyny oraz wydajności produkcyjnej. Potrzeba nowych kategorii i nowych pojęć, aby uchwycić inną formę, którą wynalazczość przybrała między antykiem a nowożytnością.

Mumford wychodzi tu od spostrzeżenia, że – aby należycie ocenić wspomniany okres – trzeba zwracać uwagę nie na wydajność produkcyjną, lecz na dbałość o jakość oraz przywiązanie do aspektu estetycznego. Kluczowym, w tym kontekście, punktem jego rozważań jest wprowadzenie pojęcia politechniki. Definiuje on politechnikę jako technologię mieszaną, „której narzędzia, maszyny, sprzęty i wyposażenie nie były wyłącznie zdobyczą jej czasu i kultury, lecz zostały nagromadzone w wielkiej różnorodności przez dziesiątki tysięcy lat” (Mit maszyny. Tom 2, s. 207). Pomocna w zrozumieniu tego wątku będzie Mumfordowska krytyka koncepcji „rewolucji przemysłowej”.

Historycy uważający, że pomiędzy antykiem a nowożytnością doszło do zastoju w obrębie wynalazczości technicznej, wprowadzili termin „rewolucji technicznej” na opisanie sytuacji lawinowego pojawiania się – od XVIII wieku – nowych wynalazków. Zdaniem Mumforda popełniają oni jednak dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, myśliciele, którzy pisali o tym okresie, żyli później, co najmniej w połowie XIX wieku, kiedy to zachodzące od XVIII wieku zmiany dopiero w pełni się urzeczywistniły. Oni zaś potraktowali jako w pewnym sensie natychmiastowe. Po drugie pominęli oni długą sekwencję przygotowawczą, która do owych zmian doprowadziła. Amerykański myśliciel kpi sobie z nich następująco:

Co ciekawe, uczeni, którzy pierwsi spopularyzowali ideę średniowiecznego zacofania, czytali swoje źródła przez okulary, które wynaleziono w XIII wieku, ogłaszali swoje pomysły w książkach drukowanych za pomocą prasy drukarskiej, wynalezionej w XV wieku, jedli chleb ze zboża mielonego w wiatrakach, których zaczęto używać w XII wieku, odbywali podróże morskie na trójmasztowych okrętach, jakie budowano od XVI wieku, docierali do portu przeznaczenia dzięki temu, że marynarze kierowali się wskazaniami mechanicznego zegara, astrolabium i magnetycznego kompasu, i że bronili okrętu przed piratami za pomocą armat i prochu strzelniczego, a zatem wynalazków sprzed XV wieku, a także pisali na papierze i nosili wełnianą i bawełnianą odzież, czyli używali rzeczy wytwarzanych w faktoriach zasilanych za pomocą koła wodnego, w Grecji znanego przynajmniej od III wieku przed narodzeniem Chrystusa (tamże, s. 201).

Mumford, na wzór biologicznego terminu „pula genetyczna”, wprowadza pojęcie puli technologicznej. Oznacza ona nagromadzone w trakcie przebiegu dziejów narzędzia, maszyny, materiały oraz procesy oddziałujące z glebami, klimatami, roślinami, zwierzętami, ludzkimi społeczeństwami, instytucjami i kulturami, a także wykwalifikowanych rzemieślników i „zespoły robocze, jako podmioty ogromnego dziedzictwa wiedzy i umiejętności” (tamże, s. 237). Chociaż niektóre elementy owej puli będą zanikać, inne zaś podlegać modyfikacjom, to jednak bez ich nagromadzenia jako takiego nie byłby możliwy jakikolwiek rozwój techniczny. Za przykład niech posłuży związek klawiatury komputerowej z maszyną do pisania, tej – poprzez czcionkę – z prasą drukarską, tej zaś z wypracowaną przez klasztornych kopistów, ściśle unormowaną kaligrafią.

Politechnika oznacza zatem zakorzenienie techniki w tradycji. Po drugie, wiąże się ona z podejściem nastawionym na złożoność organiczną. Chodzi tu zarówno o wykorzystywanie przy tworzeniu umiejętności i wiedzy pochodzących z wielu różnych dziedzin, jak również o nastawienie na doskonałość estetyczną, jakość, różnorodność i dostosowanie do indywidualnych cech oraz subiektywnych predyspozycji. Politechnika oznacza związek techniki i sztuki, nasycenie techniki walorami estetycznymi i treściami symbolicznymi. Najlepszym przykładem jest tu twórczość w obszarze architektonicznym: „każda budowla jako szczególne połączenie przyjemności, masy, barwy, faktury i ornamentacji jest nowym wynalazkiem wyrażającym i kształtującym zarówno ideę obcowania ludzi, jak i ludzkie pojęcie kosmosu” (Mit maszyny. Tom 1, s. 367). „Ciemne wieki” średniowiecza wydały wiele wspaniałych katedr, które wskazują nie tylko na inżynierską precyzję i artystyczny kunszt, ale również poszukiwanie sensu – co jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie był to okres zastoju. Owa złożoność organiczna odsyła również do różnorodności pracy politechnicznej, która zmieniała się z godziny na godzinę, z dnia na dzień, z pory roku na porę roku – wymagając różnych umiejętności i wiedzy.

Po trzecie, politechnika wiąże się z indywidualnym rozwojem oraz poszerzeniem sfery wolności. Już wykorzystanie energii zwierząt, wody i wiatru doprowadziło do olbrzymiego spadku zapotrzebowania na pracę niewolniczą. Jednakże główną rolę odegrały tu, zdaniem Mumforda

cechy rzemieślnicze, niezależne samorządne stowarzyszenia zawiązywane na ogół w tak samo samorządnych miastach, zapewniające swym członkom wykształcenie, dyscyplinę i utrzymanie od wczesnych lat życia do starości, w zdrowiu i chorobie, a także opiekujące się w razie potrzeby wdowami i sierotami (Mit maszyny. Tom 2, s. 205).

Zdaniem Mumforda do ustanowienia nieludzkich reżimów pracy i wyzysku robotników doprowadziła m.in. nowa wolność – jak ją ironicznie określa – „proklamowana przez rzeczników leseferyzmu pokroju Adama Smitha” (tamże, s. 206) oraz osiągana poprzez stopniowe pozbawianie cechów praw i przekazywanie produkcji w ręce niezrzeszonych rzemieślników, którzy w praktyce stawali się podlegli wielkim przedsiębiorcom z branży hurtowych. Autor Mitu maszyny zwraca również uwagę na znaczenie wytwarzania i używania narzędzi dla rozwoju umysłowego człowieka. Wskazuje także na związek pracy manualnej z ekspresją estetyczną oraz wiarą we własne siły i zaradność, których nie daje praca przy taśmie montażowej.

Po czwarte wreszcie, politechnika jest „rozproszona”. Ale nie w znaczeniu cząstkowości, posiadania przez daną społeczność jedynie jej fragmentu, lecz raczej w sensie stosunkowo równomiernego rozłożenia oraz nieustannego krążenia, wymiany. Sprawia to, że o wiele trudniej ją zniszczyć: gdyby wybito wszystkich tkaczy w danym mieście, czy nawet całym państwie, jego mieszkańcy z łatwością mogli odzyskać tę sztukę rzemieślniczą, poprzez nauczenie się jej od swoich sąsiadów. Warto zauważyć, że o ile we wcześniejszych trzech aspektach politechniki widać przedłużenie cech techniki demokratycznej, o tyle aspekt czwarty – uniwersalność, powszechny dostęp – odsyła raczej do pewnych przymiotów techniki autorytarnej.

– TECHNIKA W SŁUŻBIE WOJNY –


Przejdźmy teraz do kolejnego stadium tej ostatniej. Mumford określa je mianem monotechniki. Na zasadzie kontrastu można domyślić się większości jej cech. Przede wszystkim jest ona ślepa na tradycję i prowadzi do nieustannego zubażania puli technologicznej oraz ograniczenia dostępu do niej. W tym aspekcie jej najważniejszym mechanizmem jest instytucja prawa patentowego, które przyznawało „wynalazcy, a właściwie pierwszemu użytkownikowi nowego wynalazku doraźne wyłączne prawo czerpania korzyści z jego użytkowania” (tamże, s. 227). W ten sposób uniemożliwione zostało swobodne poruszanie się po całym obszarze sztuk, rzemiosł i innowacji technicznych. Odtąd każdy wynalazek trzeba wymyślać od nowa. Mumford, zgodnie ze swoim ideałem holistycznego czy też organicystycznego oglądu zauważa, że wcześniej podobną rolę blokowania dostępu spełniały cechy rzemieślnicze.

Za ową redukcją i ograniczeniem dostępu do puli technologicznej idzie sprowadzanie całości do „jednego, unormowanego, jednolitego systemu poddanego centralnemu nadzorowi” (tamże, s. 217). Z monotechniką, tak jak z techniką autorytarną, wiąże się idea maksymalizowania fizycznej władzy. Również po raz kolejny, jako podstawowy czynnik normującej i podporządkowującej jednostkę mechanizacji, wskazane zostaje oparte na drylu wojsko.

Trzeba podkreślić, że jeśli chcemy zrozumieć, dlaczego technologia jest coraz większym zagrożeniem dla ludzkości, musimy uwzględnić to, iż mroczna atmosfera pola bitwy i arsenału od początku unosiła się nad całym obszarem przemysłowej wynalazczości i wpływała na cywilne życie. Maszyna wojenna przyśpieszała tempo standaryzacji i masowej produkcji (tamże, s. 228).

Być może jest zatem odwrotnie niż sugeruje w swoich rozważaniach Ernst Jünger: to nie wojna zostaje zarażona przez technikę i przeradza się w zdehumanizowane starcie przemysłów zbrojeniowych. To raczej sama wojna od początku zaraża i dehumanizuje technikę. Jedne z pierwszych fabryk, w jakich „zaczęto dzielić proces wytwórczy w ramach produkcji seryjnej w ten sposób, że każdy z robotników wykonywał tylko część określonej operacji” (tamże, s. 229) były właśnie fabrykami zbrojeniowymi. I to właśnie w nich po raz pierwszy wprowadzono metody standaryzacji, prefabrykacji oraz masowej produkcji – w Wenecji, setki lat przed rzekomą „rewolucją przemysłową”. To także wojna była przez długie stulecia przed rozpowszechnieniem druku podstawową przyczyną uszczuplania puli technologicznej. Wbrew utartemu przekonaniu o wojnie jako motorze wynalazczości, Mumford wskazuje ją jako podstawowy czynnik jej hamowania (poprzez regularne niszczenie miejsc pracy i narzędzi oraz mordowanie tych, którzy posiedli specjalistyczne umiejętności i wiedzę). Oczywiście chodzi tu o wynalazczość politechniczną, jeśli chodzi o monotechniczną – cóż, wojna z pewnością ją napędzała.

Wojsko jest również modelem masowej konsumpcji. Wraz z powrotem wojska w XVI w. do postaci wielkiej maszyny, złożonej z wyspecjalizowanych, zależnych i zastępowalnych części ludzkich, powstał pierwszy towar, który cechował masowy popyt: mundur wojskowy. Masowa konsumpcja, to – jak łatwo sobie dopowiedzieć – ujednolicenie form i gustów, wyrugowanie dostosowywania produktu do indywidualnych cech oraz subiektywnych predyspozycji, mówiąc inaczej: dostosowanie swoich potrzeb do megamaszyny. Wojna wprowadza również inny aspekt niezbędny dla masowej konsumpcji: wbudowany mechanizm „zużywania i niszczenia towarów jako zabezpieczenie przed bankructwem spowodowanym nadprodukcją” (tamże, s. 232).

Mumford uważa również, że monotechnika cechuje się zmniejszoną elastycznością i wydajnością. Przywołuje w tym kontekście przykład monotransportu – opartego na samochodzie i odrzutowcu – który swą skutecznością nie dorównuje wielorakiemu i zróżnicowanemu pod względem tempa funkcjonowania systemowi wcześniejszemu. Można tu jednak wskazać także na posługiwanie się znormalizowanymi, wymagającymi do swojego wyprodukowania skomplikowanej aparatury częściami, które sprawiają, że w wielu wypadkach niemożliwe jest użycie zamienników czy naprawa, toteż – w wypadku usterki – sprzęt nadaje się tylko do wyrzucenia lub wymagane jest wezwanie do naprawy jakiegoś podstawowego urządzenia domowego użytku wysokowyspecjalizowanego fachowca.

– POWRÓT MEGAMASZYNY –

Tendencje zawarte w technice autorytarnej oraz monotechnice znajdują swe spełnienie w czymś, co w Micie maszyny określone zostaje mianem megatechniki. W najbardziej podstawowym rozumieniu megatechnika to „wyposażenie techniczne powstałe dzięki […] megamaszynie” (Mit maszyny. Tom 1, s. 277), chociaż należy zaznaczyć, że w praktyce Mumford używa tego terminu dopiero w odniesieniu do nowej megamaszyny, która wyłoniła się w XX wieku. Poza wzmocnieniem złowieszczych aspektów swych poprzedniczek megatechnika ujawnia kilka stosunkowo nowych cech. Przede wszystkim jest ona istotowo związana z mechanistycznym obrazem świata, który zaczyna się kształtować mniej więcej na przełomie XV i XVI wieku. Mechanicyzm staje się nową religią, która pozwala się odrodzić starożytnemu mitowi maszyny. Megatechnika zostaje w ten sposób oparta na inteligencji naukowej, nie zaś na potrzebach, zdolnościach i interesach żywych organizmów. Ponadto, zgodnie z mechanistyczną tendencją, zaczyna ujmować rzeczywistość czysto ilościowo, odrzucając aspekt jakościowy.

Przede wszystkim jednak mechanistyczny obraz świata, przyznając maszynie absolutne pierwszeństwo i kosmiczny autorytet, przyczynił się do przyśpieszenia i wzmocnienia procesu mechanizacji. Mumford wskazuje dwa źródła owej nowoczesnej mechanizacji: wynalazki techniczne, takie ja zegar czy – opisany przez Agricolę – system wypompowywania wody z kopalni; z drugiej wynalazek społeczny, w postaci absolutnego posłuszeństwa – rozwijany równocześnie w klasztorach i obozach wojskowych. O ile sama mechanizacja, czy może lepiej: maszynizacja, dokonywała się już w starożytnej megamaszynie, to jednak pewien jej aspekt został wydobyty na światło dzienne dopiero teraz, głównie dzięki różnego rodzaju urządzeniom mechanicznym – chodzi mianowicie o automatyzację. Oznacza ona pozbawione woli, świadomości i sprzeciwu natychmiastowe wykonywanie poleceń. Zdaniem Mumforda automatyzacja wiąże się z trzema celami magicznymi, składającymi się na mit maszyny: nadludzką władzą (automat nie zna sprzeciwu), obfitością dóbr materialnych (automat ma natychmiast dostarczać tego, czego się od niego żąda) oraz zdalnym sterowaniem (automat ma być zastępcą, który zdjąłby z barków człowieka brzemię ciężkiej pracy).

Należy jednak zauważyć, że automatyzmy nie przynależą wyłącznie do wynalazków mechanicznych, znane są one doskonale również światu biologicznemu. „Rosnąca roślina jest naturalnym czynnikiem, który automatycznie przetwarza energię słoneczną w tkankę liści, a sztuczne odtworzenie tego procesu w zautomatyzowanej fabryce chemicznej nie byłoby w niczym bardziej automatyczne.” (Mit maszyny. Tom 2, s. 268) Toteż nie samo automatyczne funkcjonowanie stanowi problem, ale postępujący proces automatyzacji, który obejmuje nie tylko urządzenia mechaniczne, ale również ludzi. Proces ten działa na zasadzie swoistego sprzężenia zwrotnego wedle którego „[m]aszyny automatyczne skłaniają do budowania zautomatyzowanych systemów, a te z kolei skłaniają do dalszej automatyzacji maszyn” (tamże, s. 263). Ostateczną postacią tego procesu jest automatyzacja automatyzacji, czyli sytuacja, w której sam mechanizm tworzenia automatów (wedle deklaracji mających spełniać rolę pomocniczą, przede wszystkim uwalniając człowieka od znoju pracy) zostaje zautomatyzowany, tzn. pozbawiony świadomej i krytycznej kontroli. Kolejne wynalazki powstają nie ze względu na racjonalne potrzeby, ale z uwagi na niedorzeczne przekonanie o nieuniknioności. Rozwojem naukowo-technicznym kieruje subiektywny przymus, neurotyczne natręctwo, które Mumford ubiera w formułę „potrafisz, a więc musisz”. W tym kontekście warto przywołać zdanie z drugiego tomu Mitu maszyny, które doskonale podsumowuje całość poglądu autora na kwestię techniki:

To nie fizyczna maszyneria jako taka budzi wątpliwości i wymaga dogłębnego przemyślenia, lecz podstawowe przesłanki automatyzacji. (tamże)

Warto zwrócić uwagę na dokonującą się tu przemianę pojęcia maszyny. Od tego momentu maszyna nie musi już – a w pewnym sensie wręcz nie może – znajdować się pod nadzorem człowieka (czego „wymagała” jeszcze jej, zaczerpnięta od Franza Reuleauxa, definicja). Nie chodzi nawet o to, że teraz to same maszyny sprawują nadzór (nad sobą i nad człowiekiem). Jest raczej tak, że wszelkie maszyny (zarówno techniczne, jak i społeczne, czyli posiadające komponenty ludzkie) stają się samoczynne. Działają dla samego działania; chociaż może precyzyjniej byłoby powiedzieć: dla realizacji trzech celów magicznych zawartych w micie maszyny, z tym że od teraz niejako brak „biorcy” owych efektów. Nie należy tu sobie jednak wyobrażać jakiejś produkcji śmieci (która jest co najwyżej pozostałością po wcześniejszej fazie rozwoju techniki, po swoistym „czasie brudu”), przeciwnie: tendencją jest tu totalny recykling, maksymalne zredukowanie odstępu pomiędzy produkcją i ponownym wykorzystaniem tego samego materiału. Problemem nie jest powiększająca się góra odpadów, ale niemożliwość ukonstytuowania się jakiejkolwiek podmiotowości. Etapem przygotowawczym owego od-podmiotowienia była monotechniczna likwidacja pamięci (tzn. puli technologicznej). W efekcie agens megatechniki sytuuje się wyłącznie na poziomie nawyku (zgodnie ze schematem nawyk à pamięć à podmiot1), co sam Mumford opisuje za pomocą terminów „nerwica”, „natręctwo” oraz „przymus”.

Dodatkowym efektem jest swego rodzaju autonomizacja produkcji technicznej. Maszyny techniczne „w rzeczywistości nie posiadają warunków do reprodukowania swojego procesu; odsyłają do maszyn społecznych, które je warunkują i organizują, lecz także ograniczają i hamują ich rozwój” (G. Deleuze, F. Guattari, Anti-Oedipus, London/New York 2013, s. 165). Infrastruktura techniczna, będąca każdorazowo wyrazem organizacji społecznej, w fazie megatechnicznej (czyli, ujmując to z innej perspektywy: kapitalistycznej) częściowo odseparowuje się od społeczeństwa, a nawet zawłaszcza pewne jego obszary, jak np. reprodukcję. (Zauważył to już Marks, wskazując – w rozdziale „Maszyna i wielki przemysł” pierwszego tomu Kapitalizmu – m.in. na podporządkowanie czasu pracy człowieka czasowi pracy maszyny.)

– INNA TECHNIKA –


Mumford bynajmniej nie postuluje odrzucenia osiągnięć technicznych i romantycznego powrót do stanu natury. Uważa on jedynie, że technika nie wiąże się koniecznie z rezygnacją z ludzkich potrzeb i interesów, odrzuceniem politechniki oraz automatyzacją automatyzacji. Toteż pod koniec swojego monumentalnego i dosyć pesymistycznego w wydźwięku dzieła kreśli on wizję innej techniki, biotechniki opartej na nowym, organicystycznym obrazie świata, która miałaby zastąpić dotychczasową technikę.

Poza omówionymi już aspektami techniki demokratycznej oraz politechniki – takimi jak nastawienie na indywidualny rozwój czy przechowywanie i korzystanie z osiągnięć poprzednich pokoleń – można wskazać jeszcze trzy istotne cechy biotechniki. Wszystkie one wiążą się z odrzuceniem obrazu świata opartego na modelu Układu Słonecznego i przyjęciem takiego, w którym wzorem są organizmy oraz żywe kompleksy (tzn. ekosystemy). Po pierwsze oznacza to rozpoznanie właściwego miejsca oraz ograniczenie roli systemów automatycznych. Jak już wspomniałem, również przyroda zna automatyzmy. Trzeba jednak mieć na uwadze to, że pełnią one w niej funkcję niższą, pomocniczą, każdorazowo uwalniającą organizm do funkcji wyższych i bardziej złożonych. I właśnie owym funkcjom wyższym – związanym z wyjątkowo rozwiniętym u człowieka układem nerwowym i ze świadomością – należy powierzyć kontrolę nad procesem automatyzacji, samą zaś kontrolę zdecentralizować. Niebezpieczeństwem jest zarówno przekazanie kontroli wąskiej grupie władców oraz specjalistów, jak i pozostawienie jej samej sobie (czyli proces automatyzacji automatyzacji).

Chodzi mianowicie o to […] że jeżeli automatyczny system oderwie się od pozasystemowych czynników zewnętrznych i pozbawi możliwości rozwoju za sprawą czerpania z szerszego środowiska i doświadczeń wykraczających poza zasób zaprogramowany uprzednio w samym systemie, to staje się on sztywny i statyczny (tamże, s. 601).

W automatyzacji należy widzieć początek, nie zaś cel ewolucji. W konsekwencji należy przeciwdziałać megatechnicznemu dążeniu do przekazania systemom automatycznym wszystkich funkcji wyższych człowieka. Celem rozwoju ma być nie zwiększona automatyzacja, ale poszerzanie obszaru osobistej i wspólnotowej autonomii oraz przekazywanie mocy decydowania oraz planowania w ręce człowieka.

Co za tym idzie, należy megamaszynową zasadę władzy zastąpić zasadą pełni. Zasada władzy – poza widocznymi w jej nazwie kontrolą i sterowaniem – odsyła do aspektu ilościowego, do idei „nieograniczonej obfitości zarówno w sferze materialnej, jak w dziedzinie symbolicznej” (tamże, s. 595). Odwrotnie zasada pełni: zamiast na władzę, stawia ona na samorealizację człowieka i przezwyciężanie własnych ograniczeń, zamiast na sterowanie, stawia ona na samodzielne i świadome podjęcie się różnego rodzaju działalności, wreszcie – zamiast na ilość, stawia ona na bogactwo i zróżnicowanie jakościowe. Obie zasady odsyłają do różnych typów gospodarki. Zasada władzy wiąże się ze znaną nam gospodarką obfitości, tzn. nadprodukcji nierówno rozdzielonych, kiepskich pod względem jakości dóbr. W jej miejsce Mumford postuluje gospodarkę pełni, czyli kładącą aspekt na jakość, równomierną dystrybucję, wewnętrzną równowagę i integralność, „nieustanne wzajemne oddziaływanie między wewnętrznym i zewnętrznym, subiektywnym i obiektywnym aspektem istnienia” (tamże, s. 596). Za najlepszy model dla gospodarki obfitości Mumford uważa język, gdyż on w największym stopniu cechuje się dynamiczną ciągłością i zdolnością wytwórczą, a zarazem „przechowuje […] w sobie również te składniki ludzkiego doświadczenia, które nie mają matematycznego ani logicznego odpowiednika” (tamże, s. 594).

Po trzecie, biotechnika musi przyjąć organizm żywy za model dla maszyn. Mumford zauważa, że niejednokrotnie takie zjawisko już zachodziło. Przywołuje tu choćby aparat mówiący i słuchawkę, które „Alexander Graham Bell skonstruował oparłszy się na znajomości anatomii ludzkiego ucha” (tamże, s. 593). Przyjęcie właśnie takiego modelu jest zresztą nie tylko postulatywne, ale konieczne dla rzeczywistego przezwyciężenia ograniczeń techniki. Projektowaniem i funkcjonowaniem maszyn rządzi zasada oszczędności. Przeciwnie jest w życiu organicznym – każdorazowo stara się ono zapewnić sobie pewien naddatek (np. parzyste narządy lub adrenalina umożliwiająca nadzwyczajny wysiłek). Brak owego naddatku wielokrotnie prowadził do zniszczenia wytworów technicznych, np. zawalenia mostów czy budynków, albo zaprzestania funkcjonowania jakichś maszyn. Toteż inżynierowie wprowadzili tzw. współczynnik bezpieczeństwa, który nakazuje dostarczyć urządzeniom pewien dodatkowy zapas mocy i wytrzymałości.

– ZAKOŃCZENIE: ANTY-MARKSIZM –


W ramach podsumowania spróbuję wpisać owe dwa modusy, dwie linie rozwojowe techniki, w pewien bardziej abstrakcyjny schemat. Wydaje mi się, że Mumford atakuje pewien klasyczny marksistowski schemat myślenia o technice. Wedle niego istnieje jedna linia rozwojowa, która prowadzi od biologicznego organizmu zwierzęcia ludzkiego, do narzędzi – które są wykonywane zależnie od potrzeb owego organizmu – a następnie do maszyn, które są w gruncie rzeczy tylko bardziej złożonymi narzędziami. W oparciu o ten model marksizm, po pierwsze, wywodzi społeczne relacje produkcji ze środków produkcji oraz, po drugie, traktuje relacje społeczne jako zewnętrzne wobec narzędzia i maszyny. Inaczej jest u Mumforda, który wprowadza dwie linie rozwoju techniki: jedną wiążąc z tym, co biologiczne, drugą zaś z tym, co społeczne. Linia biologiczna, zaczynająca się od języka oraz narzędzi będących faktycznym przedłużeniem organów człowieka i ma prowadzić do biotechniki. Jej celem jest wzmacnianie i wywyższanie życia, realizacja jego potencjału oraz potrzeb. Linia społeczna – a właściwie lepiej byłoby tu mówić o linii prawno-teologiczno-militarnej – rozpoczyna się wraz ze zbudowaniem pierwszej megamaszyny i prowadzi aż do współczesnej megatechniki, nastawionej na pełną automatyzację oraz realizowanie wyłącznie własnych, tj. maszynowych celów. To z tej linii, a nie z narzędzi, wywodzą się maszyny jako takie. Jak pisze sam Mumford: „Nie wydaje się, by człowiek doprowadził zwykłe maszyny do stanu ich dzisiejszej doskonałości, gdyby przedtem nie poznał podstawowych zasad budowy maszyn, tworząc mechanizmy zbudowane z plastycznych, ludzkich elementów.” (Mit maszyny. Tom 1, s. 303) Przy czym wytwory jednej linii mogą być łatwo adaptowane przez drugą: człowiek i narzędzia mogą stać się (i zwykle stają się) komponentami maszyny, natomiast maszyna może stać się częścią służącej człowiekowi biotechniki. Konsekwencją podziału na dwie linie rozwojowe jest również odwrócenie relacji pomiędzy stosunkami społecznymi a środkami produkcji: maszynizacja urządzeń technicznych jest wtórna wobec maszynizacji samego społeczeństwa.

  1. Zgodny z tym schematem proces konstytuowania się podmiotowości przedstawia Gilles Deleuze w Różnicy i powtórzeniu, w rozdziale drugim „Powtórzenie dla siebie”.

Komentarze

Komentuj

Powiązane posty