Część I: Czy anty-psychiatria jest psychiatrią?

Machina trzeszczy, skrzypi, generując kolejne myśli, wytwarzając coraz to bardziej szalone połączenia między swymi tworami. Chciałbym zaprosić was dzisiaj do przyjrzenia się jednemu z jej „dzieci”, które światło dnia ujrzało w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku: anty-psychiatrii.

Czas jej narodzin oraz następująca po nim dekada były okresem głębokich przemian społecznych i kulturowych. Ogół tych przeobrażeń bardzo często określa się mianem kontrkultury lub kontestacji (zobacz Jawłowska A., Drogi kontrkultury). Mówiąc o nich, będę miał na myśli procesy, które zachodziły w Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Sprzeciw przedstawicieli kontestacji został wymierzony we wszelkie przejawy kontroli społecznej. Był to okres historii, który w równym stopniu charakteryzował się burzliwością, co ożywczą świeżością. Na kontrkulturę lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku można spojrzeć z wielu perspektyw. Jedni mówią o niej, że była rewolucją obyczajów, wyzwoleniem seksualności, czasem poszukiwań, które znalazły swój wyraz w eksperymentach z psychodelicznymi substancjami. Inni twierdzą, że był to czas upadku tradycyjnych wartości i demoralizacji, lekceważenia wcześniejszych dokonań i autorytetów. Wydarzenia tamtego okresu można oceniać różnie, należy jednak zwrócić uwagę, że wpłynęły one na kształt tego, co potocznie nazywamy współczesną kulturą zachodu.

Przemiany obyczajowe, wywołane działaniami przedstawicieli kontrkultury, wiążą się ściśle z rewolucją, która miała miejsce dekadę wcześniej. To właśnie na lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku przypadają wielkie odkrycia farmakologii i rozkwit farmakoterapii. Już dziesięć lat później, za sprawą tej nauki, na masowy rynek trafia pigułka antykoncepcyjna oraz następuje upowszechnienie leków psychotropowych. Bez pierwszej z nich prawdopodobnie nie doszłoby do rewolucji seksualnej, natomiast upowszechnienie farmaceutyków w psychiatrii doprowadziło do wielkich przemian w jej obrębie. Za sprawą nowych leków psychiatria przeistoczyła się z nauki społecznej w dziedzinę pseudonaukową; ściśle powiązaną z farmacją. Efektem tych przemian była zmiana relacji zachodzących między pacjentem a psychiatrią jako szeroko rozumianą instytucją terapeutyczną wraz z jej pracownikami. Nowa metoda leczenia pozwoliła, a przynajmniej tak się wydawało na początku, zwalniać osoby z zaburzeniami umysłowymi z zamkniętych placówek.

Deinstytucjonalizacja, czyli likwidacja dużych zakładów psychiatrycznych i przywrócenie pacjentów społeczeństwu, miała miejsce w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku w USA oraz Wielkiej Brytanii. Określano ją także mianem polityki otwartych drzwi. Wprowadzenie farmaceutyków do psychiatrii nie było jedyną przyczyną zapoczątkowania polityki otwartych drzwi. Przyczyniła się do tego także fatalna sytuacja wielu zakładów zamkniętych. Warunki panujące w tych placówkach opisał w swojej książce pt. Hańba stanów (The Shame of the States) Albert Deutsch. Ocena autora była druzgocąca i wskazywała na szereg uchybień, jakich dopuszczono się w miejscach, w których miało odbywać się leczenie osób z zaburzeniami psychicznymi. Ostatecznie do deinstytucjonalizacji przyczynił się sam ruch anty-psychiatryczny. Jego przedstawiciele utożsamiali ogromne zakłady psychiatryczne z miejscami opresji, gdzie pacjenci, niczym w więzieniu, poddawani byli przymusowemu odosobnieniu. O efektach polityki otwartych drzwi można by wiele napisać. Jej założenia były szczytne. Ostatecznie tysiące ludzi miało zostać przywróconych społeczeństwu, powrócić do swoich rodzin i bliskich. Zakładano, że proces ten zajdzie samoistnie; niestety, sprawa była znacznie bardziej złożona. Po krótkim czasie od wynalezienia i upowszechnienia farmaceutyków w terapii psychiatrycznej wyszły na jaw ich skutki uboczne: skurcze mięśni twarzy oraz inne mimowolne ruchy. Przyczyniło się to do odstawiania leków przez wielu pacjentów, a to z kolei prowadziło do nawrotów zaburzeń psychicznych. Powróćmy jednak do samej anty-psychiatrii.

Od samego początku swojego istnienia wzbudzała ona wiele kontrowersji. Już sama jej nazwa stała się przyczyną wielu nieporozumień. Pomysłodawcą terminu, z którego w późniejszym czasie musiał się niejednokrotnie tłumaczyć, był David Cooper, jeden z brytyjskich przedstawicieli ruchu, notabene psychiatra. Anty-psychiatria jako pojęcie okazało się wielce problematyczne. Oczywiście, zgodnie z zamiarem twórcy, podkreślało ono pewien rewolucyjny charakter ruchu, ale równocześnie okazało się nieprecyzyjne; wprowadzało wiele niepotrzebnych niedomówień oraz nietrafnych skojarzeń. Przedrostek „anty” w nazwie najprawdopodobniej wielu z was nasuwa skojarzenie z całkowitym zanegowaniem psychiatrii jako instytucji-struktury, wobec której należałoby przyjąć postawę buntu i odrzucenia, a nawet starać się ją zlikwidować. Cooper, poprzez zaproponowany termin, faktycznie chciał podkreślić pewną formę radykalizmu, jaki krył się w działaniach przedstawicieli ruchu, lecz nie w takiej formie. Jego intencją nie był sprzeciw wobec diagnostyki zaburzeń umysłowych, czy opieki nad pacjentami i podejmowania ich leczenia. Chodziło o sprzeciw wobec metod stosowanych w psychiatrii, ale nie zanegowanie racji bytu samej instytucji! Obiektem krytyki stały się procedury stosowane wobec pacjentów zakładów psychiatrycznych. Zdaniem przedstawicieli ruchu były one niewłaściwe i wprowadzały przedmiotowe podejście do leczonej osoby, co widoczne było przede wszystkim w farmakoterapii. Nazywano to dehumanizacją relacji między pacjentem a lekarzem. Oprócz tego przedrostek „anty” miał podkreślać sprzeciw wobec ogromnych zakładów dla obłąkanych, o czym wspomniałem pisząc powyżej o deinstytucjonalizacji. Jednak głównym celem ruchu było zaproponowanie zupełnie nowych procedur i metod leczenia. To właśnie one wzbudzały wiele kontrowersji i debat na temat anty-psychiatrii. Ze względu na swoją niejednoznaczność pomysł terminu nie przypadł do gustu pozostałym przedstawicielom ruchu.

Dlaczego pisząc o anty-psychiatrii mam na myśli ruch społeczny, a nie po prostu dziedzinę w obrębie psychiatrii? W wielu wypadkach anty-psychiatria jest traktowana właśnie jako jeden z nurtów tej nauki. Przyjęcie takiego stanowiska nie jest błędne, ale naraża na znaczne uproszczenie i zawężenie zagadnienia. Przedstawiciele anty-psychiatrii wywodzili się z różnych dziedzin, takich jak socjologia, historia, filozofia, a także sztuka. Każdy z nich starał się, na swój sposób, wyrazić ideę, którą Cooper chciał zawrzeć w niefortunnej nazwie. Można powiedzieć, że był to projekt interdyscyplinarny. Warto też podkreślić, że ich działania miały charakter społeczny. Starano się uświadomić ogół społeczeństwa na temat sytuacji i sposobu traktowania osób uznanych za chore psychicznie. Chodziło również o zmotywowanie do zastanowienia się, co oznacza bycie kimś z zaburzeniami umysłowymi i co się z tym wiąże. Dlatego właśnie uważam, że określenie ruch społeczny wskazuje na szerszy kontekst anty- psychiatrii, w stosunku do potraktowania jej po prostu jako jednego z nurtów psychiatrii.

Nadszedł czas, by zebrać w całość i rozwinąć główne założenia ruchu, o których do tej pory wspomniałem tylko połowicznie.

Jak zauważyłem wcześniej, jednym z głównych postulatów ruchu była likwidacja zamkniętych zakładów psychiatrycznych. Uważano je za swoistą instytucję opresji i kontroli społecznej, gdzie na skutek przymusowej izolacji, problemy pacjentów raczej się pogłębiają niżeli są leczone. Zdaniem anty-psychiatrów, nie próbowano tam pomagać ludziom, lecz wtrącano osoby niepasujące do przyjmowanego powszechnie wzorca kulturowego. Podkreślano, że leczenie zaburzeń w zakładach psychiatrycznych jest fikcją.

Kolejny wspólny pogląd przedstawicieli ruchu wiązał się z przemianami w obrębie psychiatrii. Jak wspomniałem wcześniej, lata sześćdziesiąte to moment ścisłego powiązania psychiatrii z rynkiem farmaceutycznym. Wprowadzenie nowych leków spowodowało zmianę relacji zachodzących między pacjentem a psychiatrą. Ci ostatni, dzięki nowemu orężu, poczuli się naukowcami, a swoich pacjentów zaczęli traktować jako obiekty badawcze, króliki doświadczalne dla coraz to nowszych leków. Zdaniem anty-psychiatrów doprowadziło to do dehumanizacji kontaktów międzyludzkich. W wyniku tych przemian osoba pacjenta została uprzedmiotowiona. Psychiatria, na skutek „sprzymierzenia” się z farmacją, przeistoczyła się w pseudonaukę, stając się obiektem krytyki przedstawicieli ruchu. Twierdzono, że takie podejście jest nieuzasadnione, a przede wszystkim szkodliwe dla pacjenta. Podkreślano, że dominacja biologicznego paradygmatu w psychiatrii spowodowała zniknięcie z horyzontu społeczno-środowiskowego aspektu zaburzeń. Zapomniano o potrzebie zwyczajnych międzyludzkich relacji, wyrażanych chociażby poprzez zwierzanie się osób leczonych ze swoich problemów. Psychiatra z terapeuty przemienił się w pseudonaukowca. Warto też wspomnieć o innych nurtach, choć mniej radykalnych niż anty-psychiatria, które również stanowiły przeciwwagę lub chociażby uzupełnienie dla dominującego w tamtym czasie w psychiatrii paradygmatu biologicznego. Dwudziesty wiek to czas rozwoju psychiatrii społecznej oraz psychologii humanistycznej. Ta ostatnia, podobnie jak anty-psychiatria, była silnie inspirowana pomysłami egzystencjalistów oraz fenomenologią Edmunda Husserla. Jej czołowymi przedstawicielami byli Abraham Maslow, znany ze słynnego modelu piramidy potrzeb, oraz Carl Rogers, twórca terapii zorientowanej na klienta. W tym samym czasie w Polsce działało dwóch wybitnych psychiatrów: Kazimierz Jankowski, propagator psychiatrii humanistycznej oraz Kazimierz Dąbrowski, twórca teorii dezintegracji pozytywnej, o którym będzie jeszcze mowa na łamach Machiny.

Ostatnim z postulatów był sprzeciw wobec stosowania niektórych form terapii i zabiegów w psychiatrii. Jedną z nich była metoda leczenia elektrowstrząsami. Uważano, że jej stosowanie nie ma nic wspólnego z procesem leczenia i nieuchronnie prowadzi do poważnego okaleczenia pacjenta. Równocześnie twierdzono, że jest to jedno z narzędzi opresji stosowanych w psychiatrii służących podporządkowaniu. Taki obraz możemy zobaczyć u Kena Keseya, w jego powieści Lot nad kukułczym gniazdem i jej późniejszej ekranizacji w reżyserii Milosa Formana. Dzieło pisarza na wiele pokoleń utrwaliło negatywny stosunek do terapii elektrowstrząsami oraz ukazało zabieg lobotomii jako akt bestialskiego okaleczenia, któremu poddaje się pacjentów placówek psychiatrycznych. Edward Shorter, badacz historii medycyny, zauważa, że przedstawiciele ruchu nie mieli mocnych dowodów na potwierdzenie szkodliwości zabiegu elektrowstrząsowego. Zauważa on, że powodem protestu anty-psychiatrów mogła być sama idea traktowania ludzkiego ciała prądem, co nasuwało kulturowe skojarzenia z karą śmierci na krześle elektrycznym. Z drugiej strony ten sam autor pisze o skutku ubocznym terapii elektrowstrząsowej w postaci krótkotrwałego lub długotrwałego zaniku pamięci, co może uzasadniać protesty wobec niej (Shorter E.L., Historia psychiatrii).

W taki oto sposób udało nam się obejść wkoło naszą maszynę anty-psychiatryczną i dowiedzieć się nieco o sposobach funkcjonowania jej mechanizmów. W następnej odsłonie wstąpimy w jej przepastne wnętrze, by przyjrzeć się cóż ono kryje.

Dla tych, których temat zainteresował na tyle, że chcieliby wiedzieć coś więcej, podaję kilka książek. Część została wymieniona w tekście, ale dla przejrzystości podaję je jeszcze tutaj:

Foucault M., Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu
Porter R., Szaleństwo – rys historyczny
Shorter E.L., Historia psychiatrii

Książka Foucault’a stała się biblią dla anty-psychiatrów. Autor ukazał w niej swego rodzaju ewolucję szaleństwa, jaka miała miejsce w naszej kulturze. Jest to książka pokaźnych rozmiarów i dość trudna w odbiorze ze względu na wielość występujących w niej źródeł, dlatego polecam tylko naprawdę zawziętym.

Dwie pozostałe pozycje to zarysy historii psychiatrii. Obydwie pokazują dzieje tej dziedziny w sposób lekki i przejrzysty, dodatkowo wzbogacony o interesujące anegdoty. Znajdziecie w nich rozdziały poświęcone anty-psychiatrii.

Owocnej lektury!

Komentarze

1 Komentarz

  • 1 rok ago

    Witam, psychiatria od początku w przypadkowej historycznie asocjacji znajdowała się w nurcie medycyny, a zatem przyrodoznawstwa [patrz Foucault czy Julia Sowa Kulturowe założenia pojęcia normalności w psychiatrii], choć z tą łączy ją jedynie niewielki jej dział, mianowicie neurologia, po wyłączeniu której wyraźnie widać, iż powinna wespół z psychologią przynależeć do „nauk” społecznych…a paradygmat biologiczny był także od samego początku dominującym paradygmatem [wyłączając odnogę francuską]- ideą fix na przykład Kraepelina czy Bleuera, twórców ” nowoczesnej” psychopatologii, symptomatologii w psychiatrii…a psychiatrzy od „zawsze” pozowali na naukowców będąc w istocie, jak słusznie zauważa Bartosz[ z metodologicznego punktu widzenia, a tym bardziej szerzej z filozoficznego], pseudonaukowcami…Tomasz Strugała

Komentuj

Powiązane posty